Przywódca sekty Jonestown obiecywał swoim wyznawcom raj na ziemi. Zwiedzeni jego kazaniami ludzie nie wiedzieli, że tak naprawdę szykuje dla nich piekło. Ponad 900 osób wypiło przygotowaną dla nich truciznę, popełniając tym samym największe zbiorowe samobójstwo w dziejach świata.

Jonestown to nazwa niewielkiej osady założonej w Gujanie przez Amerykanina Jima Jonesa – lidera apokaliptycznej sekty Świątynia Ludu. Samozwańczy kaznodzieja już w młodości zaczął kreować swoją wizję raju. Świątynię Ludu założył w 1955 r., w wieku 24 lat.

Czytaj także: Wstrząsające słowa o. Amortha: sekta satanistyczna działa w Kościele. Co mamy robić?

Tym, co przyciągało jego wiernych były głoszone przez Jonesa hasła społecznej równości. Do kościoła mógł wstąpić każdy – zarówno biali, jak i Afroamerykanie. W tamtych czasach było to bardzo liberalne podejście – aż do lat 60. XX w. w USA obowiązywała bowiem segregacja rasowa.

Liczba zwolenników Jonesa rosła także za sprawą rzekomych cudów z jego udziałem. Na kazaniach pokazywał, jak za sprawą dotyku leczy ludzi chorych i niepełnosprawnych. Dzięki swoim „niezwykłym mocom” przywracał wzrok niewidomym, a kalecy wstawali z wózków inwalidzkich.

Taki widok z pewnością musiał robić wrażenie, jednak licznie zgromadzeni wyznawcy nie mieli pojęcia, że są do początku oszukiwani. W rzeczywistości osoby „uzdrawiane” przez Jonesa były jego współpracownikami. I oczywiście wszyscy byli całkowicie sprawni.

Komunistyczne Jonestown

Członkowie rozrastającej się w szybkim tempie sekty nie zdawali sobie również sprawy z tego, że ich kaznodzieja przejawia prokomunistyczne sympatie. Z czasem wpływy ideologii marksistowskiej na poglądy Jonesa zaczynały być coraz wyraźniejsze. Przywódca sekty mówił o konieczności założenia samowystarczalnej wspólnoty, którą określał mianem „współczesnego ogrodu Eden”.

Konsekwencją tego postulatu było założenie przez niego w Ameryce Południowej osady, którą nazwał na swoją cześć Jonestown. Wioska znajdowała się w niedostępnej dla świata dżungli, a mieszkańcy mieli wyżywić się pracą własnych rąk.

Prawdziwym powodem stworzenia tej specyficznej komuny były jednakże nasilające się ataki medialne na Świątynię Ludu. Jones zaczął wówczas przekonywać wyznawców, że muszą odciąć się od zepsutego świata zewnętrznego. I że wszyscy spoza ich wspólnoty pragną zniszczyć stworzone przez niego dzieło oparte na równości wszystkich ludzi.

W 1977 r. przybyli do Gujany najbardziej oddani zwolennicy Jonesa. Dookoła osady rozmieszczono głośniki, z których kaznodzieja codziennie wygłaszał kazania oraz zachęcał wszystkich do jeszcze intensywniejszej pracy dla dobra całej społeczności.

Jonestown coraz bardziej zaczynała przypominać komunistyczne quasi-państwo, ze wszystkimi złowrogimi elementami typowymi dla reżimów totalitarnych. Bezpieczeństwa osady strzegli strażnicy uzbrojeni w karabiny maszynowe, a ludność pracowała przy uprawie ziemi po kilkanaście godzin dziennie. Tak jak w ZSRR i innych demoludach mieszkańcy nie mogli dobrowolnie opuścić wioski.

Największe zbiorowe samobójstwo

W pewnym momencie Jones przestał kryć się ze swoimi poglądami politycznymi. Mówił mieszkańcom, że  „wierzy, iż są najczystszymi istniejącymi komunistami”.

Tymczasem wśród amerykańskich elit narastało zaniepokojenie związane sytuacją z Jonestown. Z osady docierały niepokojące wieści, z których wynikało, że charyzmatyczny przywódca zaprowadził terror zabraniając wyznawcom kontaktów ze swoimi bliskimi. Ponadto Jones straszył ich, że cały cywilizowany świat dąży do zniszczenia ich idealnej społeczności.

18 listopada 1978 r. zaniepokojony tymi informacjami kongresmen Leo Ryan osobiście udał się do siedziby Jonestown. Na miejscu przygotowano dla niego uroczyste przyjęcie, a przywódca sekty przekonywał go, że każdy znajduje się tu z własnej woli.

Ryan uległ z początku niezwykłej atmosferze panującej w obozie. Gdy jednak tuż przed odlotem kilku mieszkańców zadeklarowało chęć powrotu do USA wraz z kongresmenem, na lotnisko wkroczyli ludzie Jonesa. Chwile potem puścili serię z karabinów w stronę Ryana oraz towarzyszących mu adwokatów i reporterów.

W wyniku strzelaniny śmierć poniosły trzy osoby, w tym kongresmen. Jones wiedział, że USA nie podarują mu tej zbrodni. Na pospiesznie przygotowanym zebraniu znów zaczął straszyć wiernych, że ludzie z zewnątrz chcą zaatakować Jonestown. I że w tej sytuacji pozostaje tylko jedno rozwiązanie – wszyscy muszą zażyć cyjanek.

Zborowe samobójstwo kosztowało życie aż 909 osób. W całej tej historii najbardziej przejmujący jest los niewinnych i niczego nieświadomych dzieci, którym podawano truciznę dożylnie lub doustnie. Sam Jones również popełnił samobójstwo, strzelając sobie z pistoletu w głowę.

Fot. Jim Jones, Wikimedia Commons (Nancy Wong [CC BY-SA 3.0)])

Komentarze