POLITYKA

Życie jest cudem, czyli "doświadczyłam Bożej interwencji"

Dziennikarka i matka czwórki dzieci Dorota Łosiewicz podkreśla w rozmowie z PAP Life, że cuda się zdarzają. "Nie mam wątpliwości, że doświadczyłam bożej interwencji" – mówi.

PAP Life: Kochasz życie?

 

D.Ł.: Kto go nie kocha? Z miłości do niego i z wdzięczności za nie napisałam książkę.

 

PAP Life: "Życie jest cudem"?

 

D.Ł.: Właśnie tę! Chociaż wcześniej były jeszcze dwie inne. Z tym, że tu nie chodzi o moje życie, a życie mojego dziecka, dzieci. Kocham życie we wszystkich jego przejawach, także takich, które dzisiejszy świat uważa za niepełnowartościowe. O tym, ile szczęścia może dać wszystkim wokół takie życie, przekonują bohaterowie mojej książki. Okazuje się na przykład zresztą, że chore dziecko, którego się wszyscy bali, może być w rodzinie brakującym ogniwem. Na szczęście spotykam w życiu wielu pięknych wspaniałych ludzi, którzy podobnie, jak ja cenią życie i wciąż uczą mnie tej miłości.

 

PAP Life: A czego uczą cię twoje dzieci?

 

D.Ł.: Aniela na przykład nauczyła mnie ufać w Boży Plan. Urodziła się chora, miała skręt jelit i niedrożność przewodu pokarmowego. Konieczna była natychmiastowa operacja. Podczas zabiegu miała niewydolność oddechową i krążenia, później spędziła kilka dni w śpiączce. Gdy już się wybudziła, mieliśmy przed sobą perspektywę wielomiesięcznego życia ze stomią i częstych wizyt w szpitalu w celu płukania części jelita, która była za skrętem, tak, żeby może kiedyś możliwe było zespolenie. Trudno mi się było pogodzić z tą sytuacją. Właśnie wówczas skończyłam pisać książkę "Cuda nasze powszednie" i myślałam, że to dla mnie test wiary w sytuacji, gdy cud się nie zdarzy.

 

PAP Life: Ale się zdarzył?

 

D.Ł.: Nie mam wątpliwości, że doświadczyłam bożej interwencji. Po pierwsze na początku z Anielką nie było za dobrze. Przyjaciele zorganizowali modlitwę, do której dołączało się mnóstwo ludzi. Im było ich więcej, tym lepszy był stan córki. Podczas pisania książki dostałam od jednej z bohaterek olej Św. Charbela. Zapomniałam, że go mam. Pożyczałam ampułkę, tym, którzy potrzebowali. U mnie wszyscy byli zdrowi. Gdy sobie przypomniałam o oleju, znajoma odwiozła mi go do szpitala i namaściliśmy córkę. Dzień później profesor zdecydował się na operację. Rana się nie goiła, wdała się infekcja, bo treść ze stomii ją zalewała. Trzeba było inaczej tę wyłonić. Po to miała być druga operacja. Jednak już na stole okazało się, że druga część jelita, która miała być miesiącami płukana, sama podjęła pracę. Profesor zdecydował o zespoleniu. Dziś dziecko jest zupełnie zdrowe. Dla mnie, to był nasz cud. Jednak było nim też to, że spotkaliśmy świetnych lekarzy. Osoba wierząca w wielu aspektach życia widzi Boga, a niewierząca zobaczy wyłącznie pracę lekarzy.

 

PAP Life: Stąd ta wdzięczność, o której mówiłaś?

 

D.Ł.: Właśnie. Nie ma dnia, żebym nie była wdzięczna za to, co mam. Po pierwsze za życie dzieci, za ich zdrowie. Zapach włosów, tupot stópek, śmiech i płacz smakują po tym przeżyciu inaczej, mocniej. Ja się naprawdę delektuję widokiem Anielki zajadającej parówkę z pomidorem. Wzruszam się w głupich momentach, najprostszymi rzeczami, bo mogłoby tych zwykłych momentów nie być. Chociaż oczywiście, z drugiej strony, jak każda mama denerwuję się, jak dzieci robią bałagan, niemożliwie zrzędzę, jak rzucają skarpetki obok kosza na brudy i jak nie zbierają klocków.

 

PAP Life: Za męża też jesteś wdzięczna?

 

D.Ł.: To miałoby być po drugie, chociaż może powinno być po pierwsze. Nie mam wątpliwości, kto mi go postawił na drodze. Bez niego nie byłabym dziś taka jaka jestem. Najpierw to on mnie ciągnąć do kościoła, później ja jego na rekolekcje małżeńskie i tak się wzajemnie ciągniemy przez życie. Mam nadzieję, że w kierunku zbawienia.

 

PAP Life: Wcześniej nie byłaś osobą wierzącą?

 

D.Ł.: Mówiąc najoględniej, nie byłam blisko kościoła. Zrywami mnie do niego ciągnęło, ale później znów odchodziłam. Teraz już się go uczepiłam i nie wypuszczę.

 

PAP Life: A jak dbacie o małżeństwo?

 

D.Ł.: Po pierwsze fundamentem jest skała, a nie piasek. Ważne jest to, żeby się wspólnie modlić, chodzić do kościoła. Równie ważne jest jednak to, żeby spędzać ze sobą czas. Tylko we dwoje, bez dzieci.

 

PAP Life: Przy czwórce dzieci macie na to czas?

 

D.Ł.: Kto nie ma czasu dla małżeństwa, będzie musiał poświęcać czas na jego ratowanie. Staramy się wyskakiwać gdzieś sami przynajmniej raz w miesiącu. Uroczyście obchodzimy rocznice, sprawiamy sobie drobne przyjemności. To oczywiście nie znaczy, że się czasem nie kłócimy, ale umiemy się godzić.

 

PAP Life: Gdzie zrobiliście sobie ostatnią randkę?

 

D.Ł.: Ostatni wypad, to była rocznica ślubu. Mąż zrobił mi niespodziankę i zabrał mnie… albo wiesz co, lepiej zostawię to dla siebie. Nie o wszystkim trzeba mówić.

 

PAP Life: Dzieci nie marudzą, że wychodzicie?

 

D.Ł.: Chyba świetnie to rozumieją. Lubią jak się przytulamy, bo zaraz się wszyscy zbiegają i się do nas lepią. Ostatnio ze zdziwieniem odkryły, że nie wszystkie małżeństwa tak wyglądają, że są różne relacje. Do niedawna myśleli, że my to norma, teraz do nich dociera, że niekoniecznie. Jak ostatnio wychodziliśmy, sześcioletnia Hania zapytała gdzie idziemy, a starszy brat wziął ją na bok i mówi: "chodź, wszystko ci wytłumaczę. Rodzice muszą być sami, bo inaczej nie byłoby dzieci" – usłyszałam wychodząc. Nieźle mają wszystko poukładane w główkach.

 

PAP Life: Sporo pracujesz: piszesz do „wSieci”, do „wPolityce.pl”, współprowadzisz "Kwadrans Polityczny" w TVP1, "W Tylewizji" w TVP Info i teraz jeszcze wPolsce.pl, piszesz książki, prowadzisz dom. Jak to ogarniasz?

 

D.Ł.: Po pierwsze, to, że się udaje, to łaska. Po drugie, mój mąż świetnie sobie radzi z dziećmi i nie boi się z nimi zostać, jak muszę iść do pracy, np. na wieczorny program. Po trzecie pomaga mi mama, przychodzi do Anielki, jak muszę wyjść o świcie. Po czwarte mimo łączenia tylu obowiązków i tak mam więcej czasu dla rodziny niż, gdy pracowałam w korporacji.

 

PAP Life: Jak to możliwe?

 

D.Ł.: Nikt mnie nie rozlicza z przepracowanych godzin. Ważna jest efektywność pracy, a ja chyba jestem efektywna. Jak muszę coś zrobić, to to robię, a nie zastanawiam się, jak to zrobić i czy sobie poradzę. Nie wychodzę na papieroska, nie wdaję się w pogaduszki. Niedawno zdarzyło mi się jednego dnia poprowadzić dwie poranne rozmowy polityczne, zrobić wywiad do tygodnika, napisać stałą kolumnę, odebrać dzieci, pójść na przedstawienie w szkole i zrobić jeszcze parę pomniejszych rzeczy. Ja po prostu nie mam czasu na marnowanie czasu i każde pół godziny wykorzystuję bardzo efektywnie. Z pisaniem to jest tak, że jak siadam, to tak jakby mi się wyświetlało, co mam napisać. Mam takie projekcje. Poza tym bardzo lubię to, co robię, a podobno, kto kocha swoją pracę, ten nie przepracował ani dnia.

 

PAP Life: Mąż ci pomaga?

 

D.Ł.: Nie znoszę tego pytania. Często je słyszę. Pomaga ktoś, kto jest mniej zaangażowany. A my jesteśmy tak samo zaangażowani. I dzieci, i dom są na naszej głowie po równo, więc po równo robimy. Oboje wiemy, co trzeba zrobić i to robimy. Ten, kto akurat może.

 

PAP Life: O czym marzysz?

 

D.Ł.: O tym, żeby zestarzeć się z mężem w zdrowiu i żeby nie przeżyć własnych dzieci. O tym, żeby zawsze być tak szczęśliwą, jak teraz. Ale raczej nie snuję dalekosiężnych planów. Co ma być to będzie, wiesz jak to się mówi: chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach. Ludzie za często zapominają, że to nie ich plan na życie ma się realizować.

 

PAP Life: Jak wyobrażasz sobie siebie za kilkadziesiąt lat?

 

D.Ł.: Nie myślę w takiej perspektywie, bo to nie ma sensu. Ludzie za często myślą, o tym, jaka powinna być ich przyszłość i nie cieszą się teraźniejszością. A ja się cieszę tym, co mam, co zostało mi dane. Czasem staje mi przed oczyma obraz niedużego domku w lesie, uśmiechnięta starsza pani siedzi na tarasie i pisze książkę. Jej mąż kosi trawnik, jej wnuki biegają po podwórku. Czy to jestem ja? Okaże się…

 

Z Dorotą Łosiewicz, dziennikarką prasową i telewizyjną, publicystką, autorką książek o tematyce społecznej, matką czwórki dzieci, rozmawiała Małgorzata Suchocka (PAP Life).

 

msu/ jbr/

Źródło:

Komentarze

Zobacz także

Polska gospodarka jest SZALONA: wzrost PKB, spadek bezrobocia, a to nie wszystkie prognozy tego instytutu

Redakcja malydziennik

Ale jazda! Wyrzucili JEZUSA z modlitwy. Większego absurdu chyba nikt nie wymyślił!

Redakcja malydziennik

WIEMY, jaka była bezpośrednia przyczyna śmierci polskiego kierowcy bohatera z Berlina

Ładuję....