Wychowywali mnie rodzice mojej mamy. Moi rodzice po burzliwych sprawach rozwodowych zajęli się sobą, swoimi nowymi rodzinami, a ja zostałam sama w środku tego wszystkiego.

 

Moi kochani dziadkowie, którzy mnie wychowywali, wpoili mi zasady życia prostego, opartego na wierze. Uczestniczyłam w roratach, nabożeństwach majowych i różańcowych.

Potem mama wzięła mnie do siebie, chciała chyba nadrobić stracone lata i spróbować mnie wychować. Ale dla mnie, piętnastolatki, był to okres buntu. Nie rozumiałyśmy się, choć przecież kochałyśmy.

W tym czasie dowiedziałam się od dermatologa, że jestem chora na nieuleczalną chorobę: łuszczycę. Tę chorobę można tylko zaleczyć. Nadal  więc był bunt, pytania o to, dlaczego ja, dlaczego na mnie trafiło…

Myślałam:

„Jak ja wyglądam! Moja skóra krwawi, prześcieradło po każdej nocy jest całe w plamach krwi…”.

Maści, oleje, męka młodej dziewczyny, a w myślach zgorzknienie, żal, rozpacz… Chwytałam się różnych sposobów leczenia, ale o Panu Bogu całkowicie zapomniałam.

Gdy po latach się zorientowałam, że wszelkie lekarstwa na dłużej nie pomagają, że każda maść sterydowa w trakcie stosowania jest skuteczna, ale po jej odstawieniu następuje pogorszenie, skierowałam się w stronę medycyny niekonwencjonalnej.

POZORNE SZCZĘŚCIE

Szukałam ratunku dla siebie, dla swojej chorej skóry. A stąd był już jeden krok w stronę szerszej ezoteryki.

Im bardziej wchodziłam w okultyzm, tym bardziej oddalałam się od Chrystusa i Jego Kościoła, obrażona na wszystkich księży, widząca tylko bezsens religii i wiary.

Były więc kursy Silvy, widzenie aury, reiki, bioenergoterapia, feng shui, joga, numerologia, chodzenie do wróżek, śpiewanie mantr, reinkarnacja, jakieś kryształowe czaszki i już sama nie wiem co jeszcze. Chodziłam też po żarze. Kiedyś był to dla mnie powód do dumy:

„Chodziłam cztery razy po rozpalonych węglach!”.

Dziś śmieję się z tego i myślę:

„I co z tego?! Czy mi to coś dało? Nic, kompletnie nic! Więc po co robić coś, co jest bez sensu, i jeszcze może mi zaszkodzić?…”.

Lekarstwa na swoją chorobę również nie znalazłam, a mimo wszystko nadal byłam zafascynowana okultyzmem i ezoteryką.

Poznałam swojego męża, który też w pewnym stopniu był nią zainteresowany, więc potem razem w to brnęliśmy. Wzięliśmy ślub cywilny, bo o zawarciu sakramentu małżeństwa nie chciałam nawet słyszeć.

Po dwóch latach urodził się nam syn. Nie miałam wtedy oczywiście czasu na uczestniczenie w kursach związanych z okultyzmem, ale bardzo dużo o tym czytałam. Żyło nam się dość dobrze, nie doświadczaliśmy większych trudności.

Punktem zwrotnym dla nas była przeprowadzka z naszego miasta do Polski centralnej, skąd pochodzi mąż. Dobrze czułam się w nowym środowisku, mniejszym mieście, z przychylnymi ludźmi, kochanymi teściami, daleko od swojej rodziny, z którą i tak byłam ciągle skłócona.

Kolejne lata mijały. Nasz syn rósł, ochrzciliśmy go dopiero wtedy, gdy miał prawie dwa latka. Żyliśmy dalej tak, jakby Bóg nie istniał. Gdy przyszedł czas Pierwszej Komunii Świętej syna, po raz pierwszy poczułam bezsens swojej sytuacji.

„Skoro nie ma żadnych przeciwwskazań do zawarcia sakramentu małżeństwa, to dlaczego go nie bierzemy?” – myślałam.

WEŹCIE TEN ŚLUB

I nagle dzięki synowi zbliżyłam się na nowo do Kościoła. Było to w momencie, gdy on sam (bo przecież ja bym go do tego nie namówiła) zdecydował, że chce być ministrantem.

Nagle zaczęłam częściej być w kościele, rozmawiać z księdzem opiekującym się ministrantami, z proboszczem.

Zobaczyłam, że ci mężczyźni w koloratkach są mi przychylni, podczas kolędy nie grzmią na mnie i męża, lecz delikatnie uzmysławiają:

„Weźcie ten ślub kościelny! Na co czekacie?”.

Na co ja czekałam? Coś mnie wciąż trzymało z daleka od tej myśli, ale minęło znów trochę czasu i w końcu dojrzeliśmy do tej decyzji.

Nasz ślub kościelny odbył się 26 maja 2012 roku. Byli na nim obecni tylko świadkowie i syn. Gdy spytałam go parę dni przed tą uroczystością, co o tym wszystkim myśli, powiedział:

„Jestem z was dumny!”.

Moje serce się uradowało! Już nie miałam obaw, naprawdę chciałam wrócić do Pana Boga, do Jezusa. Boże działania są niesamowite.

Bóg posłużył się naszym dzieckiem, aby doprowadzić nas do zerwania z grzechem, do przyjęcia sakramentu małżeństwa i do pojednania z Panem. Chwała Panu!

Przez kolejne dwa miesiące przeżywałam wielką duchową radość. Mogłam teraz przyjmować Komunię Świętą. Moja radość z przyjęcia Pana Jezusa była ogromna i tak było za każdym razem.

Nagle pewnego dnia spadło na mnie jak grom z jasnego nieba coś, co trudno jest mi nawet opisać. Doświadczyłam olśnienia. Zaczęłam słyszeć i rozumieć słowo Boże. Było to niesamowite.

 

WIĘCEJ >>>