Rząd planuje zmiany w ustawie o przemocy w rodzinie. Jednorazowe pobicie nie będzie już przemocą domową, a „Niebieska Karta” będzie zakładana tylko za zgodą ofiary.

Na stronach Rządowego Centrum Legislacji 31 grudnia pojawił się projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, którego wnioskodawcą jest minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska. W  dokumencie sformułowania „przemoc w rodzinie” zostałaby zastąpiona hasłem „przemoc domowa”.

Zmiana definicji przemocy polegałaby na tym, że osoba, która doznałaby nawet dotkliwego, ale jednorazowego pobicia, nie byłaby już uważana za osobę doznającą przemocy domowej. Jeśli chodzi zaś o „Niebieską Kartę”, obecnie nie jest wymagana zgoda ofiary do jej założenia.

Jeśli chodzi zaś o „Niebieską Kartę”, obecnie nie jest wymagana zgoda ofiary do jej założenia. Przy nowym brzmieniu ustawy część ofiar przemocy ze strachu przed oprawcami mogłaby wycofywać oskarżenia.

„Niebieska Karta” to specjalna procedura opracowana przez Komendę Główną Policji i Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Dokument jest wypełniany podczas interwencji ws. przemocy domowej i może być dowodem, jeśli ofiara złoży doniesienie o popełnieniu przestępstwa. Po założeniu „Niebieskiej Karty” policja odwiedza dom, w którym doszło do przemocy przynajmniej raz w miesiącu. Informacji zawartych w „Niebieskiej Karcie” nie można wycofać ani zmienić, nawet na wniosek ofiary. Wynika to m.in. z obawy, że zmiany byłyby dokonywane przez ofiary w wyniku zastraszenia przez swoich oprawców.

Źródło: Gazeta.pl

Fot. Pixabay

ZOBACZ TEŻ: https://malydziennik.pl/w-obronie-ksiedza-pedofila-rodzina-podejmuje-zaskakujacy-krok/

Prezydent Andrzej Duda ogłosił datę referendum konstytucyjnego na 10 i 11 listopada 2018 r., czyli w 100 rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. Nowa Konstytucja miałaby uwzględnić nowe zjawiska w społecznej przestrzeni. Nie ulega wątpliwości, że tym największym polem, które wymyka się prawu jest Internet i wszystko co związane z prezentowanym tam przekazem. Warto rozpocząć dyskusję na ten temat. Nad ewentualnymi zmianami w artykule 14 i 54 Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej – pisze dla malydziennik.pl Paweł Zastrzeżyński. 

Artykuł 14 brzmi: „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu”, warto zaproponować następującą zmianę:

„Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu, z poszanowaniem godności człowieka”.

Artykuł 54 pkt. 2 stanowi: „Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej i telewizyjnej”, tu zmiana musiałaby być konieczna:

„Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej, telewizyjnej i Internetowej transmisji na żywo”.

Te dwa rozwiązania ograniczyłyby eskalację patologii w transmisjach internetowych i zrównałyby prawa wszystkich nadawców. W obecnym stanie obwarowanie prawne koncesjonowanych przedstawicieli mediów jest niesprawiedliwe w stosunku do nadawców internetowych, którzy są nadawcami spoza terenu Rzeczpospolitej, co uniemożliwia stosowanie wobec nich prawa.

W tym kontekście warto również przemyśleć zmianę art. 54 Konstytucji w ujęciu procentowego kapitału koncesjonowanego nadawcy w oparciu o stosunek kapitału polskiego do obcego. Aby wykluczyć możliwość wpływania obcych interesów na politykę wewnętrzną Polski.

W tym ujęciu warto również przemyśleć rolę mediów publicznych, gdzie trzeba jednoznacznie opisać warunki finansowania, tak aby obywatel czuł się właścicielem, a nie odbiorcą rządowej propagandy. Trzeba jednoznacznie odciąć media od rządu przez nić finansowania radia czy telewizji bezpośrednio z podatków. Musi być tu zbudowana nowa relacja, gdzie obywatel będzie pewny, że wolność prasy i środków społecznego przekazu jest realizowana w tym duchu.

Te propozycje mają fundamentalne znaczenie dla systemu demokratycznego, który przez zmiany technologiczne i olbrzymie wykorzystanie środków społecznego przekazu do walki politycznej, muszą oprzeć się na nowym konstytucyjnym fundamencie Państwa Prawa.

Trzeba rozpocząć dyskusję na ten temat.

Czy wolno nam swobodnie rozmawiać o konsekwencjach islamskiej imigracji w Europie, bez cenzury i autocenzury? Takie pytanie stawia Bassam Tibi. 

Czy jest możliwe i dopuszczalne wyrażanie sprzeciwu – w kontekście opinii  trojga światowej sławy ekspertów, Bernarda Lewisa, Bat Ye’or i Waltera Laqueura – przeciwko narracji rządzącej dziś w merytorycznej debacie? Ta trójka myślicieli uważa bowiem, że w przyszłości Europa stanie się Eurabią. Wreszcie, czy można wyciągnąć wnioski ze statystyk przewidujących wzrost arabsko-islamskiej części populacji europejskiej?

Wśród ograniczeń wynikających z dominującej narracji o wolności słowa, w odniesieniu do tych zagadnień, znajduje się oskarżenie o „islamofobię”. Termin ten został ukuty w Iranie we wczesnych latach 80. XX w., aby stłumić wszelkie krytyczne dyskusje na temat islamu i islamizmu; został wykorzystany jako zarzut i przejęty przez lewicę. Francuski pisarz Pascal Bruckner sprzeciwia się temu trendowi. Mówi o fikcyjnej islamofobii, której głównymi ofiarami są ci, którzy nie przyłączają się do rozpaczliwej próby uczynienia tematu „islamskiej imigracji i jej konsekwencji” tematem tabu.

Znaczenie demografii

Opublikowałem książkę pod tytułem “Islamic immigration and its consequences” („Imigracja muzułmańska i jej konsekwencje”), o której milczą wszystkie niemieckojęzyczne media. Należę do ofiar. Argumenty można zawsze obalić – ale skuteczniej jest je uciszyć za pośrednictwem mediów. A co ze statystykami?

Na początku tego stulecia, w 2004 r. wspomniane ograniczenie wolności słowa (i badań naukowych) w odniesieniu do naszego tematu nie było jeszcze tak silne, jak obecnie. 28 lipca 2004 r. „Die Welt” opublikował wywiad z historykiem z Princeton, Bernardem Lewisem, zatytułowany „Europa będzie islamska pod koniec XXI wieku”. W tym samym roku, w artykule w „Weekly Standard”, autorstwa redaktora „Financial Timesa”, Christophera Caldwella, padł termin „Islamska Europa”.

Rok później urodzona w Egipcie żydowska pisarka Bat Ye’or opublikowała w Stanach Zjednoczonych wysoko cenioną książkę „Eurabia”. Mówi ona o ogromnym trendzie demograficznym i kulturowym, zmierzającym do przekształcenia Europy w twór islamsko-arabski. W dobie kryzysu imigracyjnego w 2015/2016 książka ta okazała się prorocza.

Zawsze przypominam sobie o tej książce, kiedy słyszę imigrantów, tzw. „nowych Niemców” (Herfried Münkler, politolog), którzy w transporcie miejskim czy innych miejscach publicznych, mówią bardzo głośno w prymitywnym dialekcie języka arabskiego. Jest to niepokojące nawet dla mnie, Syryjczyka, dla którego to właśnie arabski jest językiem ojczystym. Język arabski jest pięknym i wysoce cywilizowanym językiem, ale tylko wtedy, gdy opanuje się go poprzez edukację. Wykształceni Arabowie mówią po arabsku inaczej, niż słyszy się zbyt często na ulicach w Niemczech od 2015 roku, mając wręcz wrażenie, że jest się w kraju arabskim.

„Arabscy uchodźcy zmieniają Europę – nie na odwrót.”

Gazeta „Welt am Sonntag” donosi w artykule „Karalne, ale tolerowane” (28.01.2018 r.) o sprowadzaniu poligamii przez wielu syryjskich uchodźców, takich jak ten, który w ramach łączenia rodzin przywiózł do Niemiec cztery żony i 23 dzieci. Wszystko to na koszt podatnika. Gazeta  dodaje: „To nie jest odosobniony przypadek”.

WIĘCEJ >>>