Zimowa aura sprzyja powstawaniu smogu. W Polsce, głównie na południu kraju normy są przekroczone wielokrotnie. stanowi to bezpośrednie zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi. Naukowcy odkryli, że smog zawiera nowe, dotąd nieznane substancje, z którymi układ odpornościowy sobie nie radzi.

Chodzi o substancje chemiczne, które powstają na skutek interakcji zachodzących pomiędzy składnikami smogu. Włodzimierz Urbaniak z Zakładu Chemii Analitycznej poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza ostrzega, że nie wszystkie substancje zawarte w smogu są dobrze poznane. NA skutek mieszania się składników smogu i zachodzenia między nimi interakcji powstają nowe, nieznane substancje. Ich wpływ na życie ludzi nie jest poznany.

Istotne jest też to, że przemiany w smogu zachodzą szybciej niż jest się w stanie do nich zaadaptować ludzki organizm. Układ odpornościowy ich nie rozpoznaje. Niesie to ogromne ryzyko zachorowań np. na raka.

W Polsce w wielu miastach normy są przekroczone o około 200 – 500 % a czasem nawet ponad 1000%. Powoduje to, że życie Polaków jest średnio krótsze o około 3 lata.

Źródło: Strajk. eu

Fot. Pixabay

ZOBACZ TEŻ: https://malydziennik.pl/przemoc-w-polsce-coraz-czesciej-w-domowym-zaciszu/

 

Zanieczyszczenie powietrza, odmowa poddawania się szczepieniom, odporność na antybiotyki i wirus HIV znalazły się na liście 10 największych zagrożeń dla zdrowia na świecie w 2019 roku przygotowanej przez Światową Organizację Zdrowia (WHO).

Według danych tej organizacji dziewięć na 10 osób na świecie codziennie oddycha zanieczyszczonym powietrzem i czynnik ten WHO uważa za największe zagrożenie dla ludzkiego zdrowia. Co roku ok. 7 mln ludzi umiera przedwcześnie na wywołane w ten sposób choroby nowotworowe, układu krążenia i płuc oraz udary.

WHO ostrzega też przed rosnącą odpornością bakterii, pasożytów, wirusów i grzybów na antybiotyki, leki antywirusowe i antymalaryczne. Jako przyczynę wskazuje tu zbyt częste przepisywanie i stosowanie antybiotyków i pozostałych środków, a także nadużywanie ich w hodowli zwierząt przeznaczonych do produkcji żywności, a także w środowisku naturalnym.

Alarmuje się również, że niechęć lub odmowa poddawania się szczepieniom ochronnym mimo ich dostępności grozi zaprzepaszczeniem postępów w walce z niektórymi chorobami. WHO wskazuje, że choć szczepionki co roku pozwalają uniknąć śmierci 2-3 mln ludzi, to liczba zachorowań np. na odrę wzrosła na świecie o 30 proc., a w części krajów bliskich całkowitego wyeliminowania tej choroby zaobserwowano ponowny wzrost liczby zachorowań.

Na liście zagrożeń znalazł się również ludzki wirus nabytego upośledzenia odporności, czyli HIV. Mimo postępów w prowadzonych badaniach i udostępnianiu środków profilaktycznych epidemia zarażeń HIV trwa nadal i co roku blisko milion ludzi umiera na HIV lub wywoływany przez ten wirus zespół nabytego upośledzenia odporności (AIDS). Obecnie na świecie żyje 37 mln osób zarażonych HIV i często są to ludzie pozbawieni dostępu do opieki medycznej.

WHO wśród pozostałych globalnych zagrożeń dla zdrowia wskazuje ponadto: choroby niezakaźne takie jak cukrzyca, choroby nowotworowe i choroby serca, łącznie odpowiedzialne za ponad 70 proc. zgonów na świecie (ok. 41 mln ludzi); zagrożenie globalną pandemią grypy; niebezpieczne patogeny takie jak wirus Ebola czy wirus MERS; niewystarczająca podstawowa opieka zdrowotna, zwłaszcza w krajach mało- i średniozamożnych; ostra choroba zakaźna denga; złe warunki życia ponad 1,6 mld ludzi na świecie, mieszkających w regionach długotrwałego kryzysu (konflikt zbrojny, susza, klęska głodu, przesiedlenia) i ze słabą opieką medyczną.

Źródło: PAP, Nauka w Polsce

Fot. Pixabay

ZOBACZ TEŻ: https://malydziennik.pl/dramat-norweskich-studentow-w-polsce-samobojstwa-i-przemoc/

W wypowiedziach myśliwych, ale też w wielu lokalnych mediach, pojawia się teza, że wilki, na które się nie poluje, tracą lęk przed ludźmi i stają się niebezpieczne. Nie ma jednak dowodów na takie zjawisko.

W Polsce, od zakończenia II Wojny Światowej do momentu objęcia wilka ochroną nie zarejestrowano przypadków ataków zdrowych wilków na ludzi (Okarma 1992). Istnieją natomiast takie relacje z lat wcześniejszych, a dotyczą one najczęściej osobników chorych na wściekliznę. Generalnie, im bardziej odległe czasy, tym więcej dramatycznych opisów ataków wilków na ludzi. Jednak wiarygodność tych informacji jest niemożliwa do zweryfikowania.

Wilki są chronione w całej Polsce od 1998 r. Ich liczebność wzrosła w tym czasie z około 560 do ponad 2000 osobników, a zasięg występowania rozszerzył się na prawie całą zachodnią Polskę (Nowak i Mysłajek 2016). Przez 19 lat ochrony gatunkowej nie zdarzyły się w naszym kraju żadne przypadki pogryzienia ludzi przez wilki, choć ich liczebność jest teraz znacznie większa, niż tuż przed rozpoczęciem akcji zwalczania wilków w latach 50. ubiegłego wieku. W połowie 2018 r. doszło w dwóch odległych regionach Polski (Bieszczady i Puszcza Notecka) do pokąsania pięciu osób przez te drapieżniki. W obu tych miejscach szybko zidentyfikowano sprawców i dokonano ich legalnych odstrzałów, po których ataki ustały. W Bieszczadach sprawcą pokąsań był młody samiec wilka, pochodzący z jednej z dwóch watah sąsiadujących z miejscowościami Wetlina i Cisna. Wilk ten miał bardzo starte pazury i zupełnie nie bał się ludzi, żerując na zapleczach lokalnych jadłodajni, co może wskazywać na jego wcześniejsze przetrzymywanie w niewoli, lub przynajmniej systematyczne dokarmianie przez człowieka. W terytorium jednej z tamtejszych watah znajdują się przed czatowniami fotograficznymi obficie zaopatrywane w mięso nęciska dla drapieżników. Na skraju Puszczy Noteckiej dwie osoby zostały pokąsane przez roczną samicę wilka (jeden z przypadków potwierdzony analizami DNA), która od marca 2018 r. regularnie odwiedzała miejscowości Trzebicz Młyn i Bagniewo, nie bała się ludzi i była dokarmiana resztkami obiadowymi wyrzucanymi za płot z gospodarstw. Sekcja tej samicy ujawniła, że była ona otłuszczona w stopniu rzadko występującym nawet u psów. Oba wilki łączył młody wiek, ograniczony do dwóch-trzech metrów dystanas ucieczki przed człowiekiem i tzw. uwarunkowanie pokarmowe, czyli przyzwyczajenie przez ludzi do pokarmu pochodzenia antropogenicznego. Oba wilki nie były chore na wściekliznę.

Wcześniejszy przypadek agresji wilka w stosunku do ludzi  miał miejsce w maju 2004 r. w okolicach Mucznego (gmina Lutowiska, powiat bieszczadzki, około 3-4 km od granicy z Ukrainą). Ten wilk nikogo nie pogryzł, ale biegł za ludźmi i próbował kąsać opony auta, w którym się schronili. Po zastrzeleniu i zbadaniu tego osobnika okazało się, że był chory na wściekliznę, znajdował się w ostatnim stadium choroby.

Przypadki agresji wilków w stosunku do człowieka są zjawiskiem niezmiernie rzadkim (Linnell i Alleau 2016). Każde takie doniesienie wymaga wnikliwej analizy, nierzadko z zastosowaniem zaawansowanych narzędzi badawczych. Powodem jest to, że spanikowani ludzie mają tendencję do przesady, a czasami po prostu zmyślają. Przykładem może być bardzo głośna w 2015 roku relacja meżczyzny z północnej części włoskich Apeninów, który twierdził, że został pogryziony przez wilka. Jego relację uwiarygadniały rozległe rany na ciele. Analizy genetyczne śliny zebranej z odzieży i ran poszkodowanego wykazały jednak, że sprawcą ataku był pies. Pogryziony mężczyzna w obliczu tych dowodów przyznał, że zaatakował go pies sąsiada (rasy Akita), a kłamstwo miało uchronić zwierzę przed eutanazją (Caniglia i Galaverni 2016).

Poczucie zagrożenia ze strony dzikiego zwierzęcia jest oceną niezwykle subiektywną. Zależy bardzo często od relacjonującej osoby, stopnia jej oswojenia z przyrodą, ale też od gatunku, o którym mowa. Ponieważ wilk zawsze wzbudzał i wciąż wzbudza w ludziach lęk, spotkanie z tym drapieżnikiem i jego zachowanie są zazwyczaj błędnie interpretowane. Często jako próba ataku, lub co najmniej zuchwałość. Wystarczy, że wilk nie reaguje na widok człowieka gwałtowną ucieczką, przygląda się dłuższą chwilę, a już uważa się, że ma wobec nas złe zamiary. Tymczasem wilki za dnia widzą dość słabo, nieostro, dostrzegają lepiej obiekty poruszające się, niż nieruchome. Wilki są też daltonistami, rozpoznają głównie kolor szary, oraz żółty i niebieski (N. eitz i in. 1989, Miller i Murphy 1995). Badania dowodzą, że ludzie w dzień są w stanie rozróżnić szczegóły z odległości cztery razy większej niż udomowieni potomkowie wilków, czyli psy (Miller i Murphy 1995). Są podstawy by uważać, że wilki mają taką samą trudność i dopiero w nocy ich wzrok staje się lepszy od naszego. Jeśli za dnia nasz zapach i głos nie dotrze do wilka, bo wiatr wieje w inną stronę, drapieżnik może mieć problem w szybkiej identyfikacji człowieka.

Badacze skandynawscy wykorzystując radiotelemetrię badali na jaką odległość można podejść niepostrzeżenie do dzikiego wilka zanim zacznie on uciekać (Karlsson i in. 2007). Dystans ten wynosił od 17 do 310 m, średnio 106 m. W przypadkach, gdy wiatr był silny i wiał od wilka czy grupy tych drapieżników w kierunku intruza, odległość ta była znacznie mniejsza. O wrażeniu, jakie na wilkach wywoływało spotkanie z człowiekiem świadczy to, iż w ciągu następnej godziny drapieżniki oddalały się średnio na odległość 1,2 km od miejsca zdarzenia. Kolejne badania z Finlandii pokazały, że w sąsiedztwie ludzkich siedzib pojawiały się najczęściej wilki młodociane, niedoświadczone. Co ciekawe, dorastając stawały się zdecydowanie ostrożniejsze i rzadziej zbliżały się do domostw (Kojola i in. 2016).

To, że wilki nie uciekają na widok samochodu lub ciągnika, lecz pozwalają się z pojazdów obserwować, a nawet fotografować, także uważane jest za dowód utraty strachu przed ludźmi. Nikt nie zadaje sobie pytania skąd wilk miałby wiedzieć, że samochód jest maszyną wprawianą w ruch przez siedzącego w niej człowieka. Drapieżnik nie zna się na mechanice, wątpliwe jest też czy widzi człowieka za szybą, lub wyczuwa go w maszynie emitującej wiele różnych innych zapachów takich jak oleje lub paliwo. Wiele pojazdów i sprzętu do prac leśnych pozostawianych jest na leśnych drogach, którymi regularne chodzą wilki. Drapieżniki przywykają do ich zapachu, ale też do ciągłej obecności ludzi. Żeby zrozumieć reakcje wilka należy spojrzeć na świat oczami, albo raczej zmysłami drapieżnika. Trzeba też pamiętać, że nie ma on pojęcia o wielu oczywistych dla nas rzeczach. Większość wilków –  bez względu na to, czy się do nich strzela, czy nie – unika ludzi. Ale każdy wilk, podobnie jak każdy pies, ma swoją własną osobowość. Są wśród nich osobniki mniej i bardziej płochliwe, mniej i bardziej ciekawskie. Takie zróżnicowanie cech osobowości jest spotykane w populacjach wielu gatunków zwierząt i pozwala ono m.in. na eksplorację i osiedlanie się w nowych miejscach (Carere i Maestripieri 2013).

Trzeba pamiętać, że straszenie ludzi wilkami, co od wielu już lat robią myśliwi, ma na celu spotęgowanie niechęci do tych drapieżników i uzyskanie społecznego poparcia dla powrotu do polowań na te zwierzęta. Tymczasem, jeśli spojrzeć na statystyki, wilki są znacznie mniej niebezpieczne od naszych domowych pupili. W Polsce każdego roku psy ranią lub zagryzają kilka osób. Podczas leśnych spacerów zdecydowanie bardziej niebezpieczne może się okazać spotkanie z dzikami, które zaskoczone i spanikowane czasami atakują na oślep. A prawdziwymi seryjnymi zabójcami są… zaledwie kilku milimetrowe kleszcze, które co roku powodują zachorowania na groźne dla życia choroby odkleszczowe (boreliozę lub zapalenie mózgu) u kilku tysięcy osób w Polsce!

Literatura
Caniglia R., Galaverni M. 2016. Big bad wolf or man’s best friend? Unmasking a false wolf aggression on humans. Forensic Science International: Genetics 24: e4–e6.
Claudio C., Maestripieri D. (red.).2013. Animal personalities. Behavior, physiology, and evolution. Chicago University Press, Chicago.
Karlsson J. Eriksson M. i Liberg O. 2007. At what distance do wolves move away from an approaching human? Canadian Journal of Zoology 85: 1193–1197.
Kojola I., Hallikainen V., Mikkola K., Gurarie E., Heikkinen S., Kaartinen S., Nikula A., Nivala V. 2016. Wolf visitations close to human residences in Finland: The role of age, residence density, and time of day. Biological Conservation 198: 9–14.
Linnell J., Alleau J. 2016. Predators that kill humans: myth, reality, contex and the politics of wolf attacks on people. W: Angelici F.M. (red.). Problematic wildlife. A cross-disciplinary approach. Springer, New York: 357–371.
Miller P.E., Murphy, C.J. 1995. Vision in dogs. Journal of the American Veterinary Medical Association 207: 1623–1634.
Neitz J., Geist T., Jacobs G.H. 1989. Color vision in dogs. Visual Neuroscience 3: 119–125.
Nowak S., Mysłajek R.W. 2016. Wolf recovery and population dynamics in Western Poland, 2001-2012. Mammal Research 61: 83–98.
Okarma H. 1992. Wilk – monografia przyrodniczo-łowiecka. Nakładem Autora, Białowieża.

Źródło: dr Sabina Nowak http://www.polskiwilk.org.pl/zuchwale-wilki

Fot. Pixabay

ZOBACZ TEŻ: https://malydziennik.pl/wilczy-pazur-czyli-o-pokocie-holland-slow-kilka/

Dla wielu z nas wystrzeliwanie petard w sylwestrową noc to wspaniała i beztroska zabawa. Z radością i podziwem patrzymy w niebo obserwując niezliczone efekty specjalne w postaci mieniących się wszystkimi kolorami tęczy rozbłysków.  Jednak dla większości zwierząt to czym się zachwycamy jest w rzeczywistości koszmarem nie do opisania.

Przerażone i przestraszone, w panice uciekają swoim opiekunom podczas spacerów lub chowają się w najgłębsze zakamarki mieszkań. Są zdenerwowane, pobudzone i roztrzęsione. Nie rozumieją skąd biorą się te dziwne kolorowe światełka i odgłosy wybuchów.

Odgłosy wybuchu petard, fajerwerków i sztucznych ogni słyszalne są przez zwierzęta kilkanaście razy głośniej niż przez człowieka. Zwierzak potrafi wpaść w panikę słysząc z oddali nawet sam pogłos wystrzału, zrywa się ze smyczy albo podkopuje pod ogrodzeniem i biegnie przed siebie nie zwracając uwagi na otaczającą go rzeczywistość. Jeśli ma szczęście przeżyje, jeśli ma pecha wpadnie pod samochód, do zimnego rwącego potoku lub jeziora z którego być może nie uda mu się wydostać.

Sposobów na to jest bardzo wiele. Najlepszym rozwiązaniem jest podanie zwierzakowi specjalnej tabletki uspokajającej kupionej u lekarza weterynarii, dobranej odpowiednio do wagi naszego czworonoga. Trzeba jednak pamiętać aby tabletkę podać na kilka godzin przed nadejściem nowego roku.

Kolejnym sposobem jest odpowiednie zabezpieczenie zwierzaka w domowym zaciszu. Jeśli spędzamy tą noc wraz z nim pozamykajmy szczelnie okna, puśćmy cichą nastrojową muzykę, która zakłóci odgłosy wybuchów, podobno skutecznym sposobem jest także włączenie odkurzacza. Postarajmy się poświęcić pupilowi dużo czasu, zajmijmy jego uwagę. W ostateczności zamknijmy się z nim na kilka minut w łazience, lub innym wyciszonym i zaciemnionym pomieszczeniu.

Nagły huk spowodowany wystrzałem fajerwerków może wywołać u psa stany lękowe. Zdarza się, że zwierzak wpadnie w panikę, załatwi się w niekontrolowany sposób, lub do końca życia będzie bał się gwałtowniejszych dźwięków.

W sylwestrową noc koniecznie wyprowadzajmy psa na smyczy, pod żadnym pozorem nie spuszczajmy go z uwięzi. Podczas spacerów unikajmy miejsc, w których ludzie nawet teoretycznie mogą odpalać petardy. Jeśli nie zabezpieczymy odpowiednio naszego pupila na spacerze, może się zdarzyć, że na dźwięk wystrzału pobiegnie bez opamiętania w bliżej nie określonym kierunku narażając swoje życie.

Jeżeli zaginie Ci zwierzak najszybciej jak będzie to możliwe poinformuj o tym fakcie schronisko dla bezdomnych zwierząt, a następnie rozpocznij poszukiwania na własną rękę. W okresie pomiędzy Świętami Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem do schronisk trafia bardzo wiele zwierząt, które prawdopodobnie uciekły od opiekuna wystraszone odgłosem wystrzału fajerwerków.

Należy też pamiętać, że huk ma bardzo negatywny wpływ także na dzikie zwierzęta, których jest mnóstwo w naszym otoczeniu. Potworny hałas może być przyczyną ich paniki, i śmierci. Dla niektórych gatunków huk wystrzałów oznacza wybudzenie z zimowego snu, co wprost zagraża ich życiu.

Źródło: http://chwiladlapupila.pl/informacje/stop-petardom/

Fot. Pixabay

ZOBACZ TEŻ: https://malydziennik.pl/znecanie-sie-nad-zwierzetami-to-tradycja-swiateczna-zobacz-do-czego-namawia-magda-gessler/

Skóra jest ważniejszym szlakiem wychwytu rakotwórczych związków powstających podczas grillowania niż oddychanie i płuca. Autorzy artykułu z pisma Environmental Science & Technology zauważyli też, że ubranie nie chroni tak dobrze, jak mogłoby się wydawać – czytamy w serwisie kopalniawiedzy.pl.

Każdy z nas lubi grillować, ale każdy z nas w ogóle nie ma pojęcia co się dzieje z naszym ciałem podczas tego miłego biesiadowania.

Podczas grillowania powstaje sporo wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA), które mogą powodować choroby dróg oddechowych i mutacje.

Naukowcy postanowili precyzyjnie wyliczyć skórny wychwyt WWA. Biorących udział w 2,5-godzinnym grillu ochotników podzielono na grupy, które różniły się pod względem ekspozycji na pokarm i dym. Gdy zbadano próbki krwi, tak jak się spodziewano, okazało się, że za największą część ekspozycji na WWA odpowiadała konsumpcja grillowanych pokarmów. Na drugim miejscu znalazła się jednak skóra, a nie oddychanie.

Co istotne, ubranie ogranicza ten proces tylko na krótką metę, nim samo przesyci się dymem z grilla. Później znaczące ilości WWA są pobierane właśnie ze spodni czy koszulki. Po powrocie z grilla warto więc od razu wrzucić garderobę do pralki.

kop/kopalniawiedzy.pl

Handlarze  pierścieniami atlantów zapewniają, że talizman ten stwarza niezwykle skuteczną ochronę przed wszelkiego rodzaju złem: agresją, wypadkami, kradzieżą, a także przed klątwami i urokami – pisze ks. Andrzej Trojanowski w „Miłujcie Się!”/ 

Ponadto – według nich – przedmiot ten zapobiega wielu (jeśli nie wszystkim) chorobom czy wręcz z nich uwalnia.

Jednym słowem, pierścień ten przynosić ma szczęście. Wielu ludzi w to wierzy, skoro go kupuje i zakłada na palec. Spontanicznie nasuwa się pytanie: co lub kto, albo jakaż to siła miałaby tu tak cudownie działać?

W przypadku poświęconego krzyżyka lub medalika z wizerunkiem Pana Jezusa, Matki Bożej czy świętych nie ma problemu z odpowiedzią na pytanie: dlaczego nosimy te dewocjonalia?

Noszę medalik na znak mojego zawierzenia się Matce Bożej. Jej wizerunek pomaga mi ufać w Jej nieustanną obecność przy mnie, szczególnie w chwilach pokus, zwątpień, przeciwności itd.

Nie wierzę, aby medalik ten „magicznie” chronił mnie przed napadem, kradzieżą, chorobą, itd., lecz z całego serca ufam, że w tych czy innych nieszczęściach – jeśli Opatrzność je dopuści – nie spotka mnie prawdziwe i najgorsze nieszczęście: odrzucenie Pana Boga i utrata życia wiecznego.

Nosząc medalik nie proszę o szczęście, lecz abym wytrwał przy Panu Bogu w każdej, nawet najgorszej sytuacji, a to będzie mym największym szczęściem.

Zastanawiam się, w kim pokładają swoją ufność ludzie ochrzczeni, którzy na swój palec zakładają pierścień atlantów? Pewnie sami dokładnie nie wiedzą.

W każdym razie, amulet ten wydaje się być znakiem nieufności wobec Pana Boga, jako mego Ojca, w którego rękach spoczywa całe moje życie. Jeśli oczekuję, że noszenie tego czy innego amuletu przyniesie mi szczęście, to znaczy, iż wiarę moją można wyrazić w słowach:

Ufam nie Tobie, Boże, lecz komuś lub czemuś innemu; oczekuję pomyślności w życiu nie od Ciebie, lecz od czegoś lub kogoś innego.

Być może, nie od razu tego rodzaju postawa duchowa owocuje porzuceniem praktyk religijnych, lecz żywa wiara nieuchronnie przemienia się w „praktykowanie” chrześcijaństwa z sercem odwróconym od Boga.

Tymczasem religijność pozbawiona ufności wobec Pana Boga staje się pusta. Jaką wartość miałaby modlitwa Ojcze nasz, gdyby w żaden sposób nie ożywiał jej duch dziecięctwa Bożego?

Nadzieja, iż magiczny pierścień uchroni mnie od przeciwności i zagwarantuje pomyślność, jest oszustwem, które żeruje na naszej ludzkiej skłonności do wierzenia czasami w byle co.

Czy jednak w życiu można się uchronić od jakichkolwiek przeciwności, trudności i cierpień? Codzienne doświadczenie przekonuje, iż nie, i żaden amulet faktu tego nie zmieni. Lecz przywiązanie do niego, naiwna wiara w jego skuteczność, niszczy zdolność stawiania czoła przeciwnościom w sposób chrześcijański, czyli z ufnością, że każdy krzyż codzienności ma w sobie głęboki, zbawczy sens.

Wielokrotnie owego sensu nie widzimy, lecz właśnie wtedy ufność w Bożą miłość – niejako wbrew poczuciu opuszczenia i samotności – okazuje się środkiem ratującym życie.

CAŁOŚĆ CZYTAJ TUTAJ 

Jak informuje Niebezpiecznik, cyberprzestępcy postanowili wykorzystać wejście nowych przepisów dotyczących zarządzania danymi osobowymi. Jeśli dostaniesz takiego SMS-a NIE KLIKAJ W NIEGO, BO …

 

Serwis donosi, że niektórzy użytkownicy systemu Android otrzymali w ostatnim czasie podejrzaną wiadomość od numeru „Info”. Oto jej treść: „W zycie weszla nowa ustawa RODO. Masz 2 dni na zainstalowanie certyfikatu LTE 5+. W przypadku braku wgrania certyfikatu wszystkie polaczenia przycodzace, wychodzace jak i internet zostana zablokowane. Instrukcja w linku: http://vrte462[.]com/nieblokuj/ Operator” – czytamy w Niebezpiecznik.pl.

Co się stanie jeśli to zrobimy? Otworzy nam się instrukcja instalacji rzekomego certyfikatu, a także uruchomi się pobieranie aplikacji o nazwie „app”. Już na etapie instalacji prosi ona o szereg uprawnień, które pozwalają jej na dostęp do kontaktów, lokalizacji oraz wysyłanie wiadomości i wykonywanie połączeń.

Użytkownikom Androida zalecą się więc podwójną ostrożność i nieklikanie w żadne nieznane linki, które zostaną nam przesłane za pomocą wiadomości SMS, a także mailowo czy za pośrednictwem komunikatorów. Jeśli masz wątpliwości, czy którakolwiek otrzymana wiadomość rzeczywiście pochodzi od operatora, skontaktuj się z infolinią, gdzie z pewnością uzyskasz wszystkie potrzebne informacje.

 

To nie jedyne tego typu oszustwo w ostatnim czasie. Przykładowo, cyberprzestępcy postanowili podszyć się pod znany serwis turystyczny Airbnb i w ataku phishingowym wyłudzić dane osobowe oraz dane kart płatniczych jego użytkowników. Aby uwiarygodnić swój podstęp, wykorzystali w przesłanej im wiadomości aktualizację polityk prywatności serwisu związaną z wprowadzeniem w życie zmian w prawie.

 

lop/interia

– Niektórzy szukają mocy, posiadania władzy, przez to wpływania na rzeczywistość, niektórzy szukają doświadczenia mistycznego i jest to często fałszywe i prowadzi do zniewolenia, praktyki medytacji niechrześcijańskich. Radość przede wszystkim płynie od Pana Boga. Chrystus zwycięża wszystko, a diabeł to istota smutna. On nie lubi jak się ktoś cieszy – mówił o. Przemysław Śliwiński CP, egzorcysta diecezji warszawsko – praskiej.

Kościół to nie tylko samo miejsce, świątynia, czy sanktuarium św. Gabriela, ale jest również taki zamiar, żeby to było takie centrum dla młodych, gdzie każdy młody będzie mógł otrzymać pomoc. Zaczynamy to już kreować przez różne zajęcia i warsztaty – dodawał

Egzorcysta diecezji warszawsko – praskiej odniósł się również do okultyzmu i współczesnych form zniewoleń.

– Jak ktoś się mieni świeckim egzorcystą, że ma władzę nad duchami, to często ociera się o okultyzm – zaznaczył

O. Przemysław Śliwiński wyjaśniał, czy jest dużo pracy dla egzorcysty w Polsce.

Pytany o to, w jaki sposób poznać, czy bliska osoba potrzebuje pomocy egzorcysty, mówił:

– Trudno powiedzieć jednoznacznie. Przede wszystkim pewien święto wstręt. Trzeba zobaczyć jak wyglądała historia człowieka, czy był okultyzm, spirytyzm, wróżbiarstwo, numerologia. To wszystko jest przeciwko pierwszemu przykazaniu. Jeśli chodzi o poczucie bezpieczeństwa to przede wszystkim życie sakramentalne – podkreślał o. Śliwiński OP

Miałem wszystko, czego tylko może zapragnąć człowiek: tytuł mistrza świata w kung-fu, sporo pieniędzy, nowy supermotocykl, dobrą pracę, piękną narzeczoną. Być może byłem szczęśliwy – ale nie było to trwałe szczęście. Pewnego dnia cały mój świat się zawalił, a ja zacząłem się staczać na najgłębsze dno piekła…

Urodziłem się w Wielkiej Brytanii jako syn Włocha i Chinki. Mój ojciec zachorował i nie był w stanie mnie utrzymywać, dlatego w wieku 4 lat znalazłem się w Chinach, gdzie moim wychowaniem zajęli się dziadkowie.

Mój dziadek był Wielkim Mistrzem Kung-Fu. Tradycja tej sztuki walki była przekazywana w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, przez ok. 500 lat. Dziadek postanowił nauczyć i mnie tej sztuki. Techniki kung-fu opierają się na naśladowaniu ruchów zwierząt – węży, małp, tygrysów (dlatego też zatytułowałem swoją książkę Poskromienie tygrysa). Być może brzmi to romantycznie, ale rzeczywistość była o wiele surowsza. Dziadek budził mnie co rano, wylewając na mnie kubeł zimnej wody, zmuszał mnie do ciężkiej pracy i często bił. Prawie codziennie miałem zakrwawioną twarz od uderzeń kijem bambusowym… Traktował mnie gorzej niż zwierzę.

Kiedy miałem 12 lat, rodzice zabrali mnie do Anglii, gdzie kontynuowałem treningi kung-fu. Szwajcarska Międzynarodowa Konfederacja Kung-Fu zauważyła moje postępy i sponsorowała moje ćwiczenia. Trenowałem sam i miałem uczniów, wypracowałem nawet swoją własną technikę. Brałem udział w mistrzostwach kung-fu w Pakistanie, Chinach i Tajlandii i nigdy nie przegrywałem – trzykrotnie zostałem mistrzem świata. Nie były to zawody „na niby”, tylko full contact – z prawdziwymi ciosami, nieraz śmiertelnymi…

Otrzymywałem różne oferty pracy. Przez pewien czas pracowałem w firmie szkolącej ochroniarzy. Oferowano im kompleksowe szkolenia, od kursów prawa jazdy po naukę strzelania. Moim zadaniem było nauczyć ich walczyć wręcz – i dobrze wykonywałem to polecenie. Doceniono mnie i zaproponowano, bym sam został ochroniarzem ważnych osobistości. W ten sposób pracowałem dla człowieka, do którego należał Empire State Building w Nowym Jorku, a potem dla ambasadora Arabii Saudyjskiej w Londynie, w Rzymie i na Cyprze. Byłem niezwyciężony, pewny siebie, miałem pieniądze i kochającą narzeczoną, z którą, po trzech latach znajomości, mieliśmy się wkrótce pobrać.

Miała na imię Aiya. Pochodziła ze Szwecji, studiowała prawo i była najpiękniejsza ze wszystkich dziewcząt, jakie kiedykolwiek widziałem. Była miła, zabawna i inteligentna. Kochałem ją bez pamięci, była dla mnie wszystkim. Ale pewnego dnia, kiedy pracowałem w Rzymie, otrzymałem wiadomość o jej śmierci. Kolega, który odebrał telefon, przekazał mi tę wieść. Nie mogłem uwierzyć własnym uszom, wszystko się we mnie gotowało. Wpadłem w taką wściekłość, że mocno uderzyłem swego kolegę i wybiegłem na ulicę. Byłem w takim stanie ducha, że gdybym znalazł w tym momencie jakiś przycisk do zniszczenia wszechświata, bez wahania bym go nacisnął. Tak szedłem przez miasto, które żyło swoim życiem, przepełniony wściekłością na wszystko i wszystkich, nie zauważając nic. Spotkałem przypadkowego człowieka, którego wygląd mnie zdenerwował. Dotkliwie go pobiłem. Z przerażeniem i wstydem myślę teraz o nim, bo przecież nic mi nie zrobił, a do tego nie miał żadnych szans obrony wobec mnie.

Mój świat się zawalił. Dawałem upust swojej agresji, wdając się w bijatyki. Ponieważ byłem ochroniarzem, nosiłem broń i miałem prawo używać jej w razie czyjegoś ataku na mnie. Zacząłem jednak nadużywać tego prawa i zamiast strzałów ostrzegawczych oddawałem strzały w klatkę piersiową napastnika. Nie umiem powiedzieć, ile ludzi pozbawiłem życia w ten sposób. Dodatkowo, na prośbę swego pracodawcy, zająłem się odzyskiwaniem jego długów. Chyba nie muszę wyjaśniać, w jaki sposób traktowałem jego dłużników… Nic nie mogło mnie powstrzymać od agresji i przemocy.

W tym czasie nasiliła się choroba mojego ojca. Potrzebował pieniędzy na operację. Rozpocząłem więc akcje rabunkowe. Kiedy pracowałem na Cyprze, zostałem schwytany przez policję i trafiłem na trzy lata do więzienia.

Było to okropne więzienie w tureckiej części Cypru. Chętnie bym zapomniał o tym koszmarze, w którym codziennie zdarzało się jakieś pobicie, a średnio raz na miesiąc kogoś zabili, pocięli lub zgwałcili. Do tego czasu zdążyłem zepsuć wszystkie swoje relacje z rodziną i przyjaciółmi, więc nikt mnie nie chciał odwiedzić ani napisać do mnie. I oto pewnego dnia otrzymałem list od nieznajomego człowieka.

To było niesamowite odczucie. W tym gnoju, w tym okropnym więzieniu, zapomniany przez wszystkich i nikomu niepotrzebny, otrzymałem list! Czyżby kogoś obchodził mój los? Myślę, że moje odczucia można porównać do radosnego znajdywania prezentów bożonarodzeniowych pod choinką, kiedy dziecko niezmiernie się cieszy i z zamierającym sercem oczekuje na to, co zobaczy po rozpakowaniu. Jednak czytając ten list, robiłem się coraz bardziej wściekły. Ten facet, który do mnie napisał, nazywał się Michael Wright i chciał się ze mną spotkać z powodu miłości Jezusa. Co za dziwactwo! Pewnie jakiś religijny fanatyk. Co mnie obchodzi jego religia, kiedy już od dawna miałem gdzieś swoją własną religię – buddyzm, w którym zostałem wychowany. Nie obchodził mnie jakiś tam Jezus.

Zdenerwowałem się, podarłem ten list i wrzuciłem do wiadra. I na pewno by nie doszło do naszego spotkania, gdyby nie mój kumpel, który opowiadał, że w czasie odwiedzin można dostać szklankę coca-coli. Pomyślałem sobie: A co mi szkodzi spotkać się z tym facetem? Skoro on chce zadać sobie tyle trudu i przyjść do tej śmierdzącej dziury, to czemu nie miałbym z tego skorzystać?.” Miałem naprawdę dosyć tej cuchnącej, brudnej wody, którą dawano nam do picia. Byłem jednak tak rozjuszony, że na pewno uderzyłbym Michaela, gdyby zaczął mi prawić kazania.

Na szczęście nie zaczął i – na szczęście – nie uderzyłem go. Tu, w więzieniu, nikogo nie interesowało, kim jesteś i co cię boli. Wszyscy się pytali tylko o to, za co siedzisz, ilu zabiłeś i w jaki sposób. Michael nigdy nie zadał mi takich pytań. Nie interesowała go moja przeszłość, pytał się tylko, jak ja się czuję dzisiaj! Gadał mi jakieś głupoty o codziennych sprawach, które mnie wcale nie interesowały, prawie go nie słuchałem. Ale po kilku naszych spotkaniach już czekałem z utęsknieniem na chwilę, kiedy zobaczę jego głupi uśmiech. Był jedynym człowiekiem, który zadawał sobie trud przyjść do mnie, który w ogóle chciał mnie widzieć i który czynił to regularnie raz w tygodniu przez trzy lata. Zaprzyjaźniliśmy się.

Po pół roku, dokładnie 3 maja 1990 r., jeden z moich więziennych przyjaciół, z którym byłem szczególnie związany, został zaatakowany przez innych więźniów. Zmasakrowali mu twarz żyletką. Byłem wściekły z bezsilności, chciałem kogoś rozwalić. Miałem się spotkać z Michaelem i byłem prawie pewien, że dzisiaj ode mnie oberwie. Dzięki Bogu nie tknąłem go jednak – bo właśnie w tym dniu Michael podzielił się ze mną tym, co zmieniło moje życie. Powiedział mi, że spotkał w życiu Jezusa, któremu powierzył swoje życie, i że ten Jezus chce uczynić mnie wolnym. Przeczytał mi trzy wersety z Biblii (J 8, 34-36):

„Odpowiedział im Jezus: »Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie przebywa w domu na zawsze, lecz Syn przebywa na zawsze. Jeżeli więc Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni«”.

Być może dla Was te słowa niewiele znaczą, lecz dla mnie w tym więzieniu to była niesamowita wiadomość o uwolnieniu. Byłem w szoku. Wróciłem do swojej celi i nie mogłem przestać o tym myśleć. Patrzyłem na okno celi, a jego kraty przypominały mi krzyż. Nie wiedziałem, co myśleć. Jak ja mam uwierzyć w Jezusa, którego nigdy nie widziałem? Co to znaczy, że On przemawia do mnie przez Michaela i przez Biblię?

I nagle mnie olśniło. Przypomniałem sobie swoją narzeczoną, Aiyę, z którą byłem kiedyś tak szczęśliwy i która tak bardzo mnie kochała, mimo że mnie nigdy w życiu nie zobaczyła: Aiya była niewidoma. Nagle uświadomiłem sobie, że ktoś, kogo nie widzimy i nigdy nie zobaczymy, może być bardzo bliską i kochającą osobą.

Padłem na kolana i modliłem się. Być może jesteście przyzwyczajeni do tego, by się modlić, a może czasami myślicie, że Bóg Was nie wysłuchuje. Dzieje się tak dlatego, że w modlitwie nie rozmawiacie z Bogiem, tylko sami ze sobą. Proszę pamiętać, że byłem buddystą i nie wierzyłem w żadnego boga, i nigdy się nie modliłem. Tej nocy po raz pierwszy zwróciłem się do Boga w imieniu Jezusa i jestem przekonany, że On mnie wysłuchał. Płakałem jak dziecko – błagając Go o przebaczenie za całe zło, jakie wyrządziłem innym w swoim życiu, za tych wszystkich, których zabiłem lub okaleczyłem – gdy uświadomiłem sobie, że Jezus poniósł na krzyżu karę za każdy, nawet najmniejszy, grzech, że jest w stanie przebaczyć najgorsze przestępstwa. I Jezus przyszedł do serca takiego śmiecia jak ja i przemienił je.

Mówię Wam, następnego dnia obudziłem się, będąc bardziej wolny niż niejeden z Was. Nie musimy być za kratkami, by znajdować się w niewoli. Wielu z nas ma swoje więzienia i zniewolenia we własnym sercu – dla jednych jest to praca, dla innych pieniądze, dla innych alkohol, narkotyki, seks lub cokolwiek innego. Tym wszystkim próbujemy zapełnić pustkę w naszym sercu – ale ta pustka ma kształt Boga i tylko Bóg może naprawdę ją wypełnić, dając nam poczucie szczęścia. Michael mówił mi, że mogę wyjść z więzienia i zdobyć mnóstwo pieniędzy, ale i tak nie będę wolny, ponieważ w chwili śmierci żadne pieniądze nie pomogą żadnemu człowiekowi. Prawdziwą wolność daje tylko Jezus, którego możemy zaprosić do naszego życia. Nie ma innej możliwości.

Z całą odpowiedzialnością świadczę, że tej nocy w prawdziwym więzieniu na Cyprze prawdziwy Jezus prawdziwie przemienił moje serce. To się wydarzyło 18 lat temu – i przez całe 18 lat dzień w dzień świadczę o tym każdemu, kogo spotykam. Michael powiedział mi o dwóch rzeczach, które muszę uczynić, aby umożliwić Jezusowi zbawienie mnie. Pierwsza to odwrócenie się od grzechu. Trzeba uznać za grzech to, co Bóg nazywa grzechem, i okazać wolę przemiany. Ta wola jest najważniejsza. Czasami nam się nie udaje, czasami jesteśmy za słabi, żeby zerwać z grzechem. Ale nasza wola jest najważniejsza. Jeżeli szczerze pragniemy tego, Jezus poniesie nas na rękach pomimo naszej ułomności.

A druga rzecz to poddanie swojego życia Jezusowi. Poddanie oznacza uznanie, że Jezus jest Bogiem, władcą wszechświata oraz Panem i Władcą Twojego życia. To oznacza zwracanie się do Niego w każdej sytuacji swojego życia, poznawanie Go i trzymanie się Jego zasad w codziennym życiu oraz w każdej decyzji. Czy jest ktoś bardziej godny tego, aby objąć władzę nad Twoim życiem, niż Jezus, który stworzył Ciebie w łonie Twojej matki, który stworzył dookoła Ciebie wspaniały świat i który z miłości do Ciebie umarł na krzyżu?

Nie bądź taki głupi i nie odmawiaj Jezusowi. Skorzystaj z tej szansy! Zrób te dwa kroki, które będą decydujące w Twoim życiu!

18 lat temu odwróciłem się od grzechu i poddałem swoje życie Jezusowi, a On mnie przemienił. Byłem pierwszy z dziesięciu morderców, terrorystów i handlarzy narkotykami, którzy nawrócili się wtedy w więzieniu na Cyprze. Obecnie jestem żonaty, mam dwóch synów w wieku 8 i 4 lat. Przestałem uprawiać kung-fu, ponieważ nie mogę sobie wyobrazić, żeby Jezus, cichy i pokornego serca, w jakikolwiek sposób pochwalał lub tolerował tę „sztukę walki”. Nie pozostawajcie obojętni – czasu naprawdę jest mało i nikt z nas nie wie, czy dzisiaj w nocy nie pożegna się z życiem…

 

Na podstawie rozmów z Tonym Anthonym oprac. Mirosław Rucki

Źródło: milujciesie.org.pl