Kościół jest dobry, bo jest święty! To stwierdzenie budzi wiele emocji, zderzając się z rzeczywistością słabości we wspólnocie. Jednak właśnie ten Kościół: jeden, święty, powszechny i apostolski rodzi ludzi świętych! Zapraszamy na drugi odcinek adwentowych rekolekcji.

 

 

 

Pokolenie Facebooka nie chce słuchać tego, co powinno robić, a czego nie. Poszukuje przestrzeni, w której można czegoś doświadczyć, być akceptowanym i odkrywać samego siebie. Dzisiaj wiara jawi się coraz bardziej jako potrzeba doświadczenia relacji zdolnej wzbudzić uczucia. To pragnienie przyciąga o wiele bardziej niż katechizm, dlatego spróbujmy wyjść temu naprzeciw.

Linda i skradziony krzyż

Sztuka teatralna składa się zwykle z trzech aktów. Akt pierwszy. Przepytuję w trzeciej klasie1. Jedna z dziewczyn, Linda, stoi przy biurku i zastanawia się nad moim pytaniem, wpatrując się w poszukiwaniu natchnienia w ścianę za moimi plecami, nagle wykrzykuje:

– Nie ma już krzyża! Panie profesorze, ukradli krzyż!

– Co ty mówisz, Linda? – odpowiadam.

– Tak, panie profesorze, proszę się odwrócić, nie ma go, został tylko gwóźdź, a jestem pewna, że w zeszłym tygodniu tu był!

Prawdę mówiąc, nie zauważyłem, że zniknął. Odwracam się i widzę, że rzeczywiście gwóźdź jest pusty. Mówię do Lindy:

– A skąd pewność, że tutaj był?

– Ech, w piątek na sprawdzianie z matematyki nie umiałam rozwiązać połowy zadań i dwa razy patrzyłam na niego z nadzieją, że coś mi przyjdzie do głowy – odpowiada.

– Naprawdę, Lindo? – pytam ją.

– Tak, panie profesorze, nigdy nic nie wiadomo; kiedy czegoś nie umiem, próbuję wszystkiego. I dlatego denerwuje mnie, że już go nie ma.

– Hm, mnie też to denerwuje – mówię jej – ale nie sądzę, że powinien tu być tylko dlatego, że działa jak rożek na szczęście albo podkowa.

– Pani profesor od fotografii zdjęła krzyż w laboratorium, ponieważ nie chciała, żeby tam był – odzywa się gdzieś z klasy Luca.

– Zaczekajcie – mówię klasie – muszę skończyć wystawianie ocen, kończy się semestr. Nie chcę teraz rozwijać tego tematu.

Wracam do przepytywania, decydując, że o zniknięciu krzyża poinformuję woźnego, co też robię zaraz po zakończeniu lekcji.

Akt drugi. Trzy dni później, gdy wchodzę do szkoły o ósmej rano, podchodzi do mnie Linda:

– Mam rozwiązanie – mówi mi, pokazując krzyż ścienny, gwóźdź i młotek.

– O, odnaleziony? – pytam.

– Nie, nie, kupiony! Chcę, żeby był tam krzyż, a kosztuje tak niewiele.

– Ale Linda, przecież to szkoła powinna zająć się jego powieszeniem.

– To nieważne. Jeśli będę czekać, aż zrobi to szkoła, zobaczę go pewnie dopiero w czwartej klasie.

Żegna się ze mną i kieruje w stronę klasy, zostawiając mnie z pytaniami, które zaczynają we mnie wrzeć. Wiara czy magia? Czy należałoby to wspierać, czy powstrzymać? Czy powinienem teraz wykorzystać okazję, by wrócić do przerwanej rozmowy z klasą, czy zacząć ogólnoszkolną dyskusję na temat obecności krzyży w salach? Czy jedno i drugie? Czeka na mnie poranna lekcja, pytania na razie pozostają bez odpowiedzi.

Akt trzeci. Po kilku dniach, na przerwie, podchodzi do mnie na korytarzu Linda i mówi:

– Czy wie pan, panie profesorze, że pani profesor od fotografii narzekała, że krzyż wrócił?

– O, i co się stało? – pytam.

– Nic, nikt w klasie nie podjął tematu. Wydaje mi się, że ona jest trochę dziwna. Robi uwagi o świeckości szkoły, nie do końca rozumiem, co ma na myśli.

– Ale czy pani profesor wie, że to ty powiesiłaś krzyż?

– Nie, oczywiście, że nie. Powiesiłam go, gdy byliśmy w laboratorium, nikt mnie nie widział. Poza panią profesor nikt nie zauważył różnicy.

– Aha, rozumiem. No wiesz, niektórzy sądzą, że ponieważ szkoła jest miejscem publicznym, nie powinno się w niej eksponować symboli religijnych. Inni myślą, że ponieważ jest to miejsce publiczne, powinniśmy eksponować wszystkie symbole wszystkich wyznań obecnych w szkole. Natomiast jeszcze inni uważają, że ponieważ żyjemy w kraju o tradycji chrześcijańskiej, słuszne jest tylko wystawianie symboli religijnych naszej tradycji religijnej.

– Dla mnie to nieważne – odpowiada Linda – ja zawiesiłam krzyż, ponieważ dzięki temu czuję się spokojniej i sądzę, że w klasie lepiej się dzieje. Dodatkowa pomoc nigdy nie zaszkodzi.

– Czyli chcesz powiedzieć, że nie będzie to miało dla ciebie znaczenia, jeśli zamiast krzyża ustawimy figurkę Buddy?

– No, nie wiem… może nie… A może gdybym urodziła się w Chinach, to tak, nie byłoby różnicy.

Pozostawiam czytelnikom decyzję, czy wygląda to bardziej na komedię, tragedię czy farsę. Moje wnioski z tej historii są takie, że to pokolenie jest naprawdę postświeckie. A nasze dywagacje o świeckości już go nie dotyczą.

Tendencja kultury masowej, by przenieść zagadnienie poszukiwania sensu i duchowości w zakres pojęć niewiele znaczących, zatrzymała się, a może tak naprawdę nigdy nie wystąpiła. Kiedy moja koleżanka ucząca literatury postanowiła zaproponować jako jeden z tematów wypracowań zagadnienie relacji między młodymi a wiarą, na 54 uczniów z trzech piątych klas wybrało ten temat 31 osób (57,4%), i to nie dlatego, że pozostałe tematy były zbyt trudne, wręcz przeciwnie.

Istnieje jednak pewna bardziej „rozmyta” wersja sekularyzacji, rozumiana jako tendencja kulturalna, według której przesuwa się poszukiwanie sensu i duchowości w sferę prywatną. Wówczas wiara przestaje mieć wpływ na życie społeczne i publiczne. Wiarę uznaje się więc za słuszną, o ile pozostaje ograniczona w wymiarze prywatnym, zaś religia okazuje się w takiej perspektywie absurdalna, ponieważ jest ona właśnie społecznym wyrazem wiary. Jednak również w tej kwestii wybór moich uczniów pokazuje, że podział na publiczne i prywatne już się zaciera. Zadanie podobnego tematu wypracowania w szkole publicznej trzydzieści lat temu rozpętałoby burzę, również wśród uczniów. Dziś nie tylko to „przechodzi”, ale wręcz zostaje docenione.

W pierwszych latach mojej pracy, zdarzało mi się często dyskutować z uczniami, o wiele częściej niż dzisiaj, o Kościele, zasadach moralnych, relacjach wiary z nauką. Ale prawie nigdy nie udało mi się uzyskać od nich odpowiedzi na pytanie: „W co wierzysz?”. Zwykle odpowiedź nie padała albo brzmiała: „To moja sprawa”. Dzisiaj to uczniowie pytają mnie: „A co pan, panie profesorze, o tym sądzi?”. Jeśli odpowiadam, oni ze swojej strony zaraz deklarują, po której stoją stronie, nie przejmując się tym, że potem muszą ze mną o tym dyskutować i sprzeczać się. Kolejny przykład zmian: 25 lat temu byłem świadkiem tego, jak dyrektor szkoły wezwał do siebie jednego z moich kolegów, nauczyciela historii, ponieważ często pozwalał on sobie na przedstawianie swojego zdania w kwestii wartości wiary katolickiej w epoce nowożytnej. Dyrektor przekonywał, że takie uwagi należą do osobistej opinii, która nie powinna być włączana w zakres obiektywnej rekonstrukcji historycznej przedstawianej uczniom. Dziś to sami uczniowie pytają, po której stronie opowiada się profesor, nalegają, by odpowiedział, ponieważ bardziej niż ogólna treść interesuje ich jego osobista opinia.

Te fakty i liczby dotyczące tematu wypracowania to dostrzeżone przeze mnie bardzo jasne sygnały zjawiska, jakie już od lat dobrze opisują bardziej wiarygodni ode mnie socjolodzy i filozofowie. Coś musiało się zmienić. Choć jeszcze tego nie odkryjemy. Od pewnego czasu wiemy już, że postmodernizm burzy granicę pomiędzy publicznym a prywatnym, niemal zawsze sprawiając, że znika istota życia „prywatnego” na rzecz „panoszenia się” życia „publicznego”. Nie istniejesz, jeśli cię nie widać. I zwykle odczuwamy to jako coś negatywnego. Musimy jednak postawić sobie pytanie: Jakie możliwości dla przyszłości wiary przynosi nadejście wrażliwości postświeckiej?

Właśnie dlatego, że granica pomiędzy publicznym a prywatnym zanika również na płaszczyźnie wiary, pojawia się zagrożenie, że także tutaj przestanie się istnieć, jeśli nie będzie się widzianym. Powrót zainteresowania duchowością w tej epoce coraz bardziej grozi prawdziwym pozbawieniem znaczenia osobistego przeżywania wiary, ustępującego na rzecz zjawiska „ustawiania się pod flagą” publicznej przynależności do wiary. Nieprzypadkowo najczęstsze tematy, o jakich dyskutują katolicy, dotyczą właśnie stron „publicznych” przynależności religijnej: katolicy a polityka, katolicy a wartości niezbywalne, katolicy a zasady społeczne.

A wiara? Oczywiście, ktoś powie, że gdzieś w tym wszystkim jest i wiara. Jest na pewno, jeśli zastanawiamy się nad tymi tematami… No właśnie. Gdy przestaniemy ją pielęgnować, ciesząc się, że przestrzeń publiczna „dla” wiary pozostaje niezmieniona lub zwiększa się, czy też smucąc się, gdy zdaje się, że się zmniejsza, gdy założymy, że wiara jest czymś oczywistym, zwiększa się ryzyko, że o niej zapomnimy. Czy nie jest tak, że dbając jako Kościół o zewnętrzną przestrzeń dla wiary, tracimy istotę szacunku wiary? Młode pokolenie jest w tym wypadku najczujniejszym strażnikiem, jaskółką ukazującą nam początek tego, co nadejdzie jutro. Dzisiejsi młodzi to jutrzejsi dorośli. Dlatego też przyglądanie się ich religijności pozwala nam przewidzieć, jakie są możliwości zapewnienia wierze przyszłości.

Ośrodkiem prawdziwego zagrożenia dla tego pokolenia i jego stosunku do wiary nie jest wcale trudność z dbaniem o swój własny wymiar duchowy, który zostaje w nich na nowo „wyrażony”. Jest nim natomiast zagadnienie, jak rozwijać życie duchowe, by nie było przesadnie związane z sakralnością, lecz by opierało się na prawdziwej, osobistej relacji z Bogiem. Chodzi więc o to, by wiara i dbanie o relację z Bogiem nie stały poza osobą, by młodzi nie traktowali Chrystusa jak zwykłego elementu kultu, etykietki czy też, co gorsza, jak „przedmiotu na szczęście” czy lekarstwa, sposobu rozwiązywania problemów. Dla nich jest czymś oczywistym, że „religijność jest integralną częścią codziennego życia, zaszczepioną w ludzkiej naturze” (cytuję z ich wypracowań). „Chciałbym znaleźć odpowiedzi na pytania, ale życie w nieunikniony sposób prowadzi mnie do tego, żeby wierzyć albo nie wierzyć”. I dalej: „Wydaje się, że wielu młodych woli nie zadawać sobie pytań i żyć życiem, które toczy się „samo”, ale ja jestem przekonana, że to tylko pozory”.

Jednak gdy próbujemy zarysować wyraźniejszy, bardziej konkretny kształt tego duchowego wymiaru ludzkiej natury, zdajemy sobie sprawę, że pierwsza cecha, z którą liczy się to pokolenie, jest bardzo odległa od tego, czego mógłby oczekiwać Kościół. „Nie brakuje nam zainteresowania sferą sacrum, ale nie identyfikujemy się z daną religią ani z jej wyznawcami” czy też „Młodzi szukają sensu i duchowości już w Kościele” albo „Ja dbam o indywidualną relację z Bogiem, poza tradycyjną religijnością”. Badania socjologiczne już od pewnego czasu ukazują tę tendencję: wymiar duchowy zostaje dziś na nowo przyjęty jako możliwy i interesujący, ale raczej poza tradycyjnymi ścieżkami, które dotychczas nadawały kształt takim poszukiwaniom.

Nie będę przyłączał się do tych, którzy płaczą nad tym faktem, ani do tych, którzy szukają sposobu, by skłaniać do powrotu do tradycyjnych sposobów poszukiwań duchowych.

Mnie zastanawia przede wszystkim to, jak te dane mogą pomóc nam zrozumieć postmodernistyczną zmianę w stawianiu zasadniczego pytania o sens istnienia. Jeśli chcemy bowiem, by wiara miała przyszłość, musimy zacząć właśnie od tego zasadniczego faktu: „W obliczu pytań, które przychodzą nam do głowy, dobrze jest szukać odpowiedzi, lecz oczywiście dochodzimy do smutnego wniosku, że człowiek nigdy nie będzie mógł znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, że będzie musiał zadowolić się domysłami albo przyznać, że po prostu nie może poznać odpowiedzi. A czasem dobrze jest zadowolić się tymi nielicznymi odpowiedziami, które znajdujemy, nie oczekując wyjaśnienia wszystkiego. Trzeba poddać się wobec faktu, że odpowiedź nie jest tak ważna, jak oczekiwanie na nią, oraz że za tym wszystkim czai się coś niemal niemożliwego do zrozumienia”.

W zdaniu tym widoczna jest cała postmodernistyczna zmiana w postrzeganiu poszukiwania sensu. Może przychodzi pora, by potraktować poważnie fakt, że jesteśmy „postchrześcijanami”. Może zamiast próbować pisać na nowo historię kultury, powinniśmy wykorzystać jako oś nowej narracji ponowne przyjrzenie się historii. Wtedy może uda nam się dostrzec pewne relacje przyczynowo-skutkowe. W średniowieczu życie polegało na zaakceptowaniu własnego miejsca w porządku stworzeń Bożych, a ewangelizowanie wiązało się zasadniczo z nakłanianiem innych do zaakceptowania tej wizji poprzez budowanie w nich odpowiedniej gotowości do wypełniania celu życia: dążenia do pełni świętości. Sens istnienia określany był więc w odniesieniu do porządku życia społecznego i kościelnego. Tradycja uczyła zaś, że sens ten można co najwyżej odnaleźć i zaakceptować.

W świecie nowożytnym natomiast życie polegało na przechodzeniu od bycia „postacią”, która odgrywa uprzednio ustaloną rolę na scenie świata, do bycia „autorem” swojego życia. W tej perspektywie Bóg i relacja z Nim nie były już oczywiste ani najważniejsze. Wiara musiała stać się dla człowieka na nowo „wiarygodna”. Ewangelizowanie oznaczało więc ukazywanie, że Jezus staje się wiarygodny, ponieważ oferuje transcendencję „rozsądną”, czyli zdolną objąć i wyjaśnić niełatwe relacje wiary i rozumu. Sens życia stawał się czymś tworzonym przez samego człowieka, przede wszystkim w oparciu o poszukiwania rozumowe, polegające na stałym spieraniu się rozumu z tradycją religii i jej instytucjami o stałą walkę o autonomię człowieka i transcendencję Boga.

Dziś, w świecie ponowoczesnym, sprawy mają się jeszcze inaczej. Żyć to znaczy, mówiąc krótko, eksperymentować, przeżywać doświadczenia na każdym możliwym poziomie. Nie ma już konieczności realizowania i wyjaśniania wiary, nie ma już żadnego powszechnego porządku, w ramach którego można odnaleźć rolę nadającą naszemu życiu sens.

„Fundament” uporządkowanego pojmowania rzeczywistości rozpadł się na tysiące kawałków, które uleciały w najróżniejszych kierunkach, natomiast przestrzeń dla sensu skurczyła się tylko do potencjalności, „trwania w oczekiwaniu”, jak mówi mój uczeń. Jeśli opieramy się na samych zdolnościach ludzkich, konkretne zarysowanie tego, na co czekamy, nie jest możliwe. (…)

Czy w tym jest przesłanie?

Dawanie jest najlepszą formą komunikacji

Co można więc zrobić, by przeprowadzić komunikację Kościoła ku formie sieciowej? Jeśli tekst i kontekst mają iść równym krokiem, jak przedstawiać Jezusa Chrystusa w komunikacji sieciowej, a nie piramidalnej? Powróćmy na chwilę do klasy.

Wracam do pracy po okresie choroby i wpadam w sam środek sytuacji awaryjnej, w której szkoła zwykle się poddaje. Sześciu nauczycieli jest nieobecnych tego ranka. I jeszcze:

– Panie profesorze, proszę nie uciekać – mówi do mnie sekretarka, biegnąc za mną. – Dzwoniła właśnie asystentka nauczyciela Lory’ego, mówiła, że ma jakiś problem z dojazdem i się spóźni. Pan zabiera teraz klasę na film, czy nie mógłby pan również zająć się Lorym? Jeśli nie, to nie wiem, co zrobić, trzecia klasa Lory’ego ma warsztaty, a on jest tu sam!

Lory jest z nami od trzech lat. Ma 16 lat, ale jego opóźnienie jest ewidentne. Nie formułuje zdań, lecz mówi pojedynczymi słowami, panowanie nad jego zachowaniami nie jest łatwe, często ma zmienne humory, a jego reakcje fizyczne są nagłe i niezrozumiałe. Tak więc wszyscy go znają. Trzy lata temu dołączył do pierwszej klasy, mając asystenta nauczyciela w pełnym wymiarze godzin. Pomoc ta jednak w ostatnich dwóch latach została zredukowana do 30% z powodów finansowych.

– Ech, jeśli nie ma innego wyjścia, to dobrze. Ale co zrobię z piątą klasą, która ogląda film?

– Są już duzi – mówi mi sekretarka – a poza tym są tam z nimi trzej inni nauczyciele.

Tak to jest w szkole! Przekazuję więc koledze siedzącemu w sali, w której wyświetlany jest film, że będę nieobecny, i kieruję się do sali Lory’ego. Przechodzę obok portierni, która znajduje się przy drzwiach wejściowych.

– Co tu robisz? – pytam Nicolasa siedzącego „za karę” między czterema krzesłami w korytarzu, blisko pokoju woźnego. To rodzaj niepotrzebnego publicznego pręgierza, który dla kogoś, kto musi w nim tkwić staje się często okazją do „pokazania się”; taki delikwent, zamiast się wstydzić, cieszy się, że jest znany.

– Wyrzuciła mnie z klasy! – odpowiada Nicolas.

– Kto?

– Ta od sztuki, a któż by inny?

– Aha. – Podczas gdy szukam w głowie słów pouczenia, wypowiadam niespodziewanie inne zdanie. – Pójdziesz ze mną? Potrzebuję pomocy. – W czym, panie profesorze?

– Z Lorym, jest na tej lekcji sam.

Nie skończyłem jeszcze wypowiadać tego zdania, a Nicolas już stał i przyłączał się do mnie, mówiąc:

– Pewnie.

Gdy przechodzimy za róg, woźna, która pilnowała Sali Lory’ego, uśmiecha się z ulgą i ucieka, mówiąc:

– O, dobrze, zostawiam go wam.

Lory wygląda na korytarz i dostrzegłszy Nicolasa, biegnie mu naprzeciw i prawie go przewraca, zarzucając mu ręce na szyję.

– Ach, Nicooooo!

– Cześć Lory, no co, może spędzimy chwilę razem. Pasuje ci? – odpowiada Nicolas z prawdziwym entuzjazmem kogoś, kto spotyka sympatycznego przyjaciela.

– Pewnie! – odpowiada Lory.

– Lory, chcesz pograć na komputerze? – pytam go.

– Jasne!

Nie zwlekając, otwiera laptopa, którego dostał w szkole, i zaczyna grać w „Memory”. Nicolas siada koło niego i pomaga mu w grze, zachowując niemal doskonały dystans edukacyjny. Wspiera sukcesy, nie podpowiada rozwiązań, jest cierpliwy w trudnościach. Zrozumiał w instynktowny sposób, że z Lorym można porozumieć się „fizycznie”, a więc uśmiecha się do niego, przytula go, przybija „piątki”, klepie po plecach. Patrzę i podziwiam!

Z trudem rozpoznaję w nim Nicolasa, którego znam. W klasie jest zawsze ostry, złośliwy, czasem znęca się nad słabszymi, widać jego ogromną potrzebę uznania, a jednocześnie obraz „czarnej owcy”, który już w sobie nosi i który mimowolnie stara się zawsze potwierdzić. W tym roku już dwa razy był zawieszony w prawach ucznia. Często rozmawia z nauczycielami i ciągle prowokuje dwóch klasowych „prymusów”, zyskując uwagę dziewczyn. Jednak teraz nie ma to znaczenia.

Dwadzieścia minut spędzone z Lorym pokazało mi innego Nicolasa. Kiedy przyszła asystentka nauczyciela, zdyszana i zdenerwowana z powodu utrudnień, wychodzimy z sali, żegnając się z Lorym. Już na korytarzu mówię do Nicolasa:

– Wiesz co, naprawdę świetnie sobie poradziłeś z Lorym, podobało mi się to. – Cisza, wzrok wbity w ziemię, tylko nie- śmiały uśmiech pojawia się na ustach. Po chwili dodaję: – Wydaje mi się, że ty jesteś o wiele lepszy, niż pokazujesz.

Zatrzymuje się i z opuszczoną głową, nie patrząc na mnie, mówi:

– Może pan tak mówi, ale nikt inny tak nie myśli.

– Niestety, nawet ty tak nie myślisz – dodaję.

Patrzy na mnie i mówi:

– No nie wiem, panie profesorze, miło było z Lorym. Tak naprawdę on jest trochę „wyklęty” jak ja. Jestem szczęśliwy, gdy mogę zrobić coś, co mu się podoba. Pewnie nie ma to ani dla niego, ani dla mnie żadnego znaczenia, ale jestem szczęśliwy, gdy widzę, że on sobie gra i dobrze się ze mną bawi.

– Nie ma żadnego znaczenia? – mówię. – A to szczęście, które zabierasz ze sobą, się nie liczy? Pomaganie Lory’emu, by ćwiczył swoją pamięć, nie ma znaczenia? Sprawianie, że czuje, że go lubisz, nie ma znaczenia?

Za rogiem dostrzegamy nauczycielkę sztuki, wołającą z irytacją już z daleka:

– Gdzie ty byłeś, Nicolas, szukałam cię!

Wyprzedzam go i odpowiadam za niego:

– Był ze mną, nie martw się, odbył „karę” ze mną.

– Aha, to dobrze – odpowiada – to mu posłuży, stał się nieznośny.

Kiedy dołączamy do nauczycielki, mówię do Nicolasa:

– I co, posłużyło ci? – Nie odpowiada, ale rzuca mi spojrzenie „wspólnika”, które nauczycielka sztuki dostrzega, ale którego nie rozumie.

I kiedy wracam do sali, gdzie wyświetlany jest film, mam o czym myśleć. Wszystko działo się poza regułami i poza schematami. W przestrzeni bez struktury, w czasie niezaplanowanym. Wszystko to było bezinteresowne. Nie było konieczności ani obowiązku motywowania Nicolasa (choć czekanie w „kozie” byłoby gorsze). Wszystko to skłoniło go, by ujawnił najlepszą część siebie. Później znowu ją zgubi, oczywiście, ale przynajmniej już wie, że ją ma. To przypadek czy siła bezinteresowności?

Skłaniam się ku tej drugiej odpowiedzi. Siła bezinteresowności naprawdę może wyciągnąć z ludzi to, co w nich najlepsze. Przede wszystkim jednak interesuje mnie tutaj, jak potrafi ona znaleźć niespodziewane, a jednocześnie bardzo skuteczne kanały komunikacji. Dawanie jest najlepszą formą komunikacji, jestem tego pewien. Przede wszystkim jest tak w sytuacji komunikacji sieciowej, tak jak przeżywa to Nicolas. On jest świadomy, że jego sytuacja jest podobna do sytuacji Lory’ego, że obaj są trochę „wyklęci”. Żaden z nich nie dowodzi. Nicolas z pewnością wie, że wcale nie jest nauczycielem, ponieważ płynie na tej samej łodzi co Lory. W takiej sytuacji moja prośba o chwilową pomoc sprawia, że nawiązuje kontakt z Lorym, podpierając się jedynie swoją ludzkością, wrażliwą i poranioną, lecz wystarczającą, by w tym niewielkim fragmencie wychowania mogła stać się pośrednikiem komunikacji, jednym z wielu możliwych, który przenika go i wystarcza z nawiązką.

Jeśli uważnie się temu przyjrzymy, dostrzeżemy w tym logikę uczniów po Pięćdziesiątnicy. Oni doskonale wiedzieli, że nie są „ważniejsi” od tych, którym przekazują to, co się stało. I teoretycznie wcale nie wiedzieli, gdzie znajdują się granice pomiędzy tym, co opowiadają, a tym, o czym opowiadają, sami wcale nie panują nad tym, co się dzieje, ale „są opanowani”. Wychodzą od swojej ludzkości, takiej, jaka jest. Bez uprzedzeń i z wielkim wcieleniem. I to dociera, jest skuteczne.

Sądzę więc, że można spróbować dostrzec przynajmniej dwie wskazówki odpowiadające na początkowe pytanie: Jak przekazywać Chrystusa „w sieci”? Wskazówka pierwsza: potrzebne są doświadczenia relacji „pełnych”, w których człowiek będzie zaangażowany od stóp do głów, łącznie z sercem i ciałem. Nicolas jest tego przykładem. To relacje, w których logika rozbicia, typowa dla sieci Internetu, stworzona z potrzeby kontroli nad innymi, ustąpiła miejsca logice zakochania się na rzecz innych, stworzonej z ewangelicznej świadomości, że oboje jesteśmy grzesznikami, lecz kochanymi w równym stopniu, wiecznie i w pełni.

Innymi słowy, nie jest najważniejszy sam fakt, że jesteśmy „w sieci” jako wychowawcy, lecz sposób, w jaki tę sieć zamieszkujemy. (…)

Jest to fragment książki:

Wiara w czasach Facebooka

Wydawnictwo: Edycja Świętego Pawła

Książka jest >>TUTAJ<<

Większość ludzi na świecie wierzy, że wydarzenia nadnaturalne są realnymi wydarzeniami, mimo że nie występują one regularnie i nie można ich przewidzieć. Współczesna nauka usiłuje znaleźć wyjaśnienia dla wszystkich zdarzeń na podstawie naturalnych przyczyn i skutków. Negowanie cudów, które realnie się zdarzają, tylko dlatego, że nie są powtarzalne i naturalne, jest poważnym błędem dzisiejszych naukowców.

 

NAUKA ŚWIADCZY O BOGU

Jeśli przypomnimy sobie, jak przebiegał rozwój nauki na Zachodzie, bez trudu zauważymy, że aż do XIX wieku absolutna większość naukowców wyznawała chrześcijaństwo. Kartezjusz, Kopernik, Kepler, Newton, Pascal czy Leibniz – to są nazwiska osób, bez których dzisiejszy postęp nauki byłby niemożliwy.

Ci wielcy naukowcy otwarcie uznawali nadprzyrodzone działanie Boga w obserwowanym świecie. Na przykład Kepler, po opublikowaniu swojej pracy o ruchu planet, powiedział:

„Widzimy, jak Bóg, podobnie do ludzkich architektów, zaplanował budowę świata według porządku i zasad i wszystko dokładnie zmierzył”.

Również Newton twierdził, że układy planetarne w kosmosie „mogą funkcjonować tylko dzięki myśli i panowaniu inteligentnej i wszechmocnej Osoby” – Boga.

Świadczą o tym także współcześni naukowcy. Na przykład Arno Penzias, laureat Nagrody Nobla, stwierdził:

„Najlepsze dane, jakie posiadamy, dokładnie odpowiadają temu, co przewidziałbym, mając do dyspozycji wyłącznie Pięcioksiąg Mojżeszowy, psalmy i całą Biblię”.

Po prostu widać gołym okiem, że wszechświat nie powstał sam, tylko został stworzony w sposób nadnaturalny – i nawet najwięksi naukowcy zwracają na to uwagę.

Niestety, w kulturze Zachodu nauka została pożeniona z naturalizmem. W mediach, odczytach publicznych, wypowiedziach polityków i nawet w publikacjach naukowych bez przerwy się podkreśla, że naukowe jest tylko to, co jest naturalistyczne.

Tymczasem wielu ludzi doznaje cudów lub jest ich świadkiem i te nadnaturalne wydarzenia są dla nich tak samo realne jak materialna rzeczywistość opisywana przez naturalistyczną naukę, która neguje samą możliwość wystąpienia cudu. Stąd pojawia się wrażenie, że nauka i wiara sobie nawzajem zaprzeczają.

WIARA W MATERIALIZM

Weźmy na przykład cud rozmnożenia chleba. Wspominają o nim wszyscy czterej ewangeliści, zaznaczając, że Jezus miał do dyspozycji pięć chlebów i dwie ryby. Jego uczniowie zaobserwowali realne wydarzenie nakarmienia ponad pięciu tysięcy ludzi i zebrania 12 pełnych koszów resztek.

Początkowa i końcowa ilość jedzenia jest określona ze stuprocentową pewnością i poświadczona przez dwóch świadków – ewangelistów Mateusza i Jana. Niewątpliwie to właśnie apostołowie rozdawali ludziom jedzenie, które zostało rozmnożone.

W sposób oczywisty prawa zachowania masy i energii mówią, że takie wydarzenie jest niemożliwe. Jeśli nauka ogranicza się wyłącznie do naturalizmu, jest zmuszona negować ten fakt, zaobserwowany przez wielu ludzi, którzy realnie się najedli i zliczyli kosze z resztkami.

Uczciwość intelektualna wymaga uznania dokonanego i poświadczonego faktu. Dlatego uczciwi naukowcy przywiązani do materializmu usiłują rozwiązać ten konflikt, mówiąc:

„pewnie kiedyś znajdziemy naturalistyczne wyjaśnienie”.

W rzeczywistości takie twierdzenie jest wyznaniem wiary w materializm.

Często ta wiara w materializm prowadzi do absurdów i nienaukowego podejścia do wyników badań naukowych. Mówi o tym Richard Lewontin, światowej sławy genetyk z Harvardu, zajmujący się biologią ewolucyjną:

„Kluczem do zrozumienia prawdziwej walki nauki z tym, co nadnaturalne, jest nasza wola przyjmowania twierdzeń naukowych niezgodnych ze zdrowym rozsądkiem.

Stajemy po stronie nauki pomimo oczywistego absurdu w jej konstrukcji, pomimo jej niezdolności spełnienia poczynionych przesadnie obietnic dotyczących zdrowia i życia, pomimo tolerancji środowisk naukowych dla historyjek »jak by było, gdyby było« bez pokrycia, czynimy to dlatego, że jesteśmy oddani materializmowi. […]

Odwołanie się do wszechmocnego bóstwa oznaczałoby, że w każdym momencie prawa natury mogą być złamane i mogą się wydarzyć Cuda”.

Jak widać, cuda nie są uznawane tylko dlatego, że niektórzy nie uznają cudów, i prof. Lewontin uczciwie to przyznał.

WIĘCEJ >>>

sks/milujciesie.org.pl

Oto orędzie z La Salette zaakceptowane przez Watykan, za: http://saletyni.pl/la-salette/objawienie

Było to dnia 19 września 1846 roku, w sobotę, w dzień poprzedzający Święto Siedmiu Boleści Maryi. Słoneczny ranek zagościł w kotlinie La Salette. Dwoje pastuszków, Maksymin i Melania, wypędzają swoje stado zygzakowatą drogą po zboczu Planeau pod górę, na pastwisko w granicach gminy La Salette. Nie domyślają się, że prowadzi ich tajemnicza dłoń. Piotr Selme, gospodarz, u którego w tym tygodniu Maksymin jest na służbie, przez całe przedpołudnie kosi trawę w pobliżu dzieci pasących stada.

 

Około południa słychać z wioski La Salette głos dzwonu na Anioł Pański.  Dzieci spędzają zwierzęta razem i prowadzą je w inne miejsce płaskowyżu. Najpierw poją krowy w potoku Sezia, w tzw. zbiorniku dla bydła i pędzą je na łagodne zbocze góry Gargas. Same zaś siadają w dole, na lewym zboczu Sezii, obok źródła dla zwierząt i spożywają przyniesiony ze sobą  czarny chleb z serem. Piją do tego świeżą źródlaną wodę, a wierny towarzysz Maksymina – pies Lulu, również dostaje swoją porcję jedzenia.

Inni pasterze, pasący niedaleko Maksymina i Melanii, też przyprowadzili swoje bydło do źródła, aby je napoić i aby również się posilić. Maksymin i Melania zostają w końcu sami. Siadają wygodnie po prawej stronie strumienia, obok małej studni, która w lecie zawsze wysychała. Ponieważ bawiły się przez całe przedpołudnie i już od samego świtu były na nogach, są zmęczone. Słońce praży na odsłoniętych stokach – i dzieci, wbrew swoim zwyczajom, zasypiają.Po półtorej godzinie Melania nagle się budzi. Pierwsza jej myśl dotyczy krów. Zrywa się na równe nogi i rozgląda się wokoło, wypatrując zwierząt. Nie może ich jednak zobaczyć z niecki, w której się znajduje. Wówczas przestraszona woła: Maksyminie, chodź, nie ma naszych krów! Na wpół śpiący jeszcze chłopiec mówi do swej towarzyszki: Co się stało? Co tak krzyczysz? Melania znów powtarza: Krowy zniknęły! Dzieci zrywają się szybko z miejsca i pędzone strachem biegną pod górę, na małe wzniesienie. Spostrzegają, że krowy pasą się na przeciwległym zboczu góry Gargas.

Z westchnieniem ulgi Melania chce zawrócić z powrotem do niecki, ale w połowie drogi staje jak wryta, ogarnięta ponownie strachem. Najpierw nie może wydobyć z siebie żadnego słowa. Później woła słabym głosem: Memin, spójrz na tę wielką jasność tam w dole! Gdzie, gdzie? – odpowiada chłopiec i doskakuje do dziewczynki. Nad kamieniem, na którym spali niedawno, unosi się tajemnicza, wielka ognista kula To wyglądało jak słońce, które spadło na ziemię – powiedzą dzieci później – ale o wiele piękniejsze i jaśniejsze niż słońce. Światło staje się coraz większe i im bardziej się powiększa, tym intensywniej świeci. Co to może być? – jak błyskawica przez głowę dziewczynki przelatuje myśl: to może być Zły, którym grozili jej niekiedy ludzie majstra, gdy była niegrzeczna. Ach, Boże kochany – wzdycha i wypuszcza z ręki pasterski kij. Maksymin jest również wystraszony. Podobnie jak Melania wypuszcza kij, ale natychmiast go podnosi i mówi: Trzymaj swój kij, ja trzymam swój, a jeżeli to coś nam zrobi, już ja je zdzielę. W tym momencie jasność zaczyna robić się nagle przeźroczysta. W roziskrzonym świetle ukazują się dwie ręce, w rękach zaś ukryta twarz. Coraz wyraźniej zarysowuje się kształt postaci. Zdaje się siedzieć, pochylona z głową do przodu, jak kobieta, którą przygniata ciężkie brzemię lub wielkie cierpienie. Następnie świetlista kula zaczyna się rozjaśniać ku górze, a dziwna osoba wstaje, odejmuje ręce od twarzy, chowa je w szerokich rękawach sukni, zbliża się do pastuszków i uspokaja ich słowami pełnymi dobroci. Zwraca się do dzieci, które wciąż jeszcze stoją nieruchomo, nie spuszczając z Niej oczu. I teraz słyszą głos:„Zbliżcie się moje dzieci, nie bójcie się! Jestem tutaj, aby przekazać wam ważne Orędzie”.

Głos nieznajomej Pani brzmi serdecznie i łagodnie jak muzyka. Wszelki strach gdzieś pierzchnął, a dzieci zbiegają zboczem w dół, do tajemniczej postaci. Pani pełna majestatu podchodzi bliżej, a potem stają tak blisko siebie, że nikt nie mógłby przejść między nimi. Przed nimi stoi Pani pełna dostojeństwa, ale i matczynej troski. Jest tak piękna, iż od tej pory dzieci mają dla Niej tylko jedno imię – „la belle Dame” – Piękna Pani. Ma na sobie złocistą szatę, na której promienieją niezliczone gwiazdy. Korona z róż otacza Jej głowę. W każdej róży lśni świetlisty diament, a całość wygląda jak lśniący diadem królowej. Na długą, białą szatę ma zaś założony złocistożółty fartuch. Na Jej nogach – skromne białe buty, obsypane jednak perłami, a Jej stopy przyozdabia mała girlanda z róż we wszystkich kolorach. Trzeci wieniec z róż okala Jej niebieską chustę na ramionach, na których dźwiga ciężki, złoty łańcuch. Na małym łańcuszku wokół szyi wisi krzyż z młotkiem i obcęgami po bokach. A Chrystusa na krzyżu widzą dzieci, jak gdyby był żywy. Promienieje z Niego całe światło, w którym zanurzona jest Zjawiona. Szlachetna, owalna twarz Pięknej Pani jest pełna wdzięku, którego żaden artysta nie jest w stanie oddać. Promieniuje najjaśniejszym blaskiem. Oczy zaś pełne są nieskończonego bólu, Pani płacze bez przerwy gorzkimi łzami. Jednakże łzy te płyną jedynie do wysokości krzyża na piersi i zamieniają się tam w promienisty wieniec świetlistych pereł. Całe zjawisko jest przeźroczyste i unosi się odrobinę nad ziemią. Wszystko błyszczy i migocze, iskrzy się i promienieje.  Dzieci stoją zdumione i zapominają o wszystkim wokół siebie.

Zjawiona obejmuje dzieci spojrzeniem pełnym matczynej miłości. Potem zaczyna mówić: „Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna. Jest ono tak ciężkie i tak przygniatające, że już dłużej nie będę mogła go podtrzymywać.

Od jak dawna już cierpię z waszego powodu! Chcąc, aby Mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona nieustannie wstawiać się za wami. Ale wy sobie nic z tego nie robicie.

Choćbyście wiele się modlili i czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić mi trudu, którego się dla was podjęłam.
Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie, i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ramię Mego Syna tak ciężkim. Woźnice przeklinają, wymawiając Imię Mojego Syna. Te dwie rzeczy czynią ramię Mego Syna tak ciężkim.
Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to zeszłego roku na ziemniakach, ale nic sobie z tego nie robiliście; przeciwnie, znajdując zepsute ziemniaki, przeklinaliście, wymawiając Imię Mojego Syna. Będą się one psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale.”

Tu Zjawiona przerywa nagle. Podczas gdy mówi o ziemniakach, Melania odwraca się do Maksymina, jak gdyby chciała go zapytać, co Piękna Pani chce przez to powiedzieć. Melania rozumie tylko niektóre słowa francuskie, m.in. również pomme jako jabłko. „Ach, nie rozumiecie, dzieci! Powiem wam to inaczej.” Powtarza im w miejscowej gwarze to, co już powiedziała o zbiorach i kontynuuje w dialekcie: „Jeżeli macie zboże nie trzeba go zasiewać, bo wszystko, co posiejecie, zjedzą zwierzęta. A jeżeli coś wyrośnie, obróci się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód, lecz zanim to nastąpi, dzieci poniżej lat siedmiu będą dostawały dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą cierpieć z powodu głodu. Orzechy się zepsują, a winogrona zgniją.”

Zjawiona znowu przerwała. Każdemu z dwojga dzieci powierzona zostaje tajemnica w taki sposób, że żadne nie słyszy, co Pani mówi drugiemu. Później Pani kontynuuje: „Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. A teraz Zjawiona stawia im pytanie: Czy dobrze się modlicie, moje dzieci? Obydwoje odpowiadają zupełnie szczerze: Niespecjalnie, proszę Pani. Na to następuje matczyne napomnienie: Ach dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem. Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej. Latem na Mszę Świętą chodzi zaledwie kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedziele przez całe lato, a w zimie, gdy nie wiedzą, czym się zająć, idą na Mszę świętą jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu chodzą do rzeźni jak psy! Piękna Pani stawia dzieciom jeszcze jedno pytanie: Moje dzieci, czy nie widziałyście nigdy zepsutego zboża?”

Maksymin, nie zastanawiając się długo odpowiada w imieniu ich obojga: „Nie, proszę Pani, nigdy nie widzieliśmy”.
Wtedy Pani zwraca się do chłopca: „Lecz ty Maksyminie, musiałeś je widzieć. Nie przypominasz sobie, jak kiedyś szedłeś z ojcem z Coin do Corps? Tam wstąpiliście do zagrody. Gospodarz powiedział: „Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje”. Poszliście razem.

Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. W drodze powrotnej do domu ojciec dał ci kawałek chleba ze słowami: „Weź to, kto wie, czy na Boże Narodzenie będziemy mieli jeszcze cokolwiek, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło”. – „Tak, zgadza się, proszę Pani!” – woła ożywiony Maksymin – „teraz sobie przypominam. Nie pomyślałem o tym”.

Wtedy Piękna Pani daje im taki nakaz: „A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi!” 
Potem oddala się od pastuszków, przechodzi strumień Sezia i unosi się w górę drogą w kształcie litery S. Przy tym powtarza swoją prośbę, tym razem już nie w dialekcie, spoglądając w stronę Rzymu: „A więc, moje dzieci, przekażcie to dobrze całemu mojemu ludowi!” 
Przybywszy na szczyt wzniesienia Pani unosi się na około półtora metra nad ziemię. Jeszcze raz ogarnia swoim matczynym spojrzeniem dzieci i całą ziemię. Przestaje płakać i wydaje się jeszcze piękniejsza niż przedtem. Jednak głęboki smutek pozostaje na Jej obliczu. Pastuszkowie patrzą teraz ze zdziwieniem, jak postać zaczyna rozpływać się w blasku, który Ją opromienia. Najpierw znika głowa, później ramiona, a w końcu całe ciało. Tylko kilka róż, którymi były przyozdobione Jej stopy, unosi się jeszcze przez chwilę w powietrzu. Maksymin podskakuje do góry i chce je chwycić, jednak wtedy znikają również i one, i wszystko się kończy.
Dzieci stoją pogrążone w zadumie. Melania pierwsza odzyskuje mowę: Musiała to być jakaś wielka Święta! A Maksymin dodaje: O gdybyśmy wiedzieli, że to była wielka Święta, poprosilibyśmy Ją, aby nas zabrała ze sobą do nieba! A Melania z żalem wzdycha: Ach, gdyby tak jeszcze tu była! Potem dodaje: Chyba nie chciała, abyśmy zobaczyli, dokąd pójdzie.

Dzieciom zostaje wspomnienie – wspomnienie, które jest obecne w ich sercach i nigdy nie wygaśnie – a także polecenie Pięknej Pani, by przekazały dalej Jej Orędzie.

Wiadomość o Objawieniu i cudownym źródle rozchodziła się niezwykle szybko. W pierwszą rocznicę Objawienia, dnia 19 września 1847 roku, frekwencja przypominała wędrówkę ludów. Już dzień wcześniej wszystkie ulice i drogi pełne były ludzi. Kościoły w okolicznych wioskach były oblegane przez tych, którzy chcieli przystąpić do sakramentów świętych – znak, że to nie tylko ciekawość wiodła te tłumy ludzi do La Salette.

Do badania i oceny objawienia Maryjnego uprawniony jest biskup diecezji, w której się ono zdarzyło. Biskup wypowiada się w tym wypadku jako oficjalny reprezentant całego Kościoła przy czym zobowiązuje się do wnikliwego przeanalizowania faktów i potwierdza naturalną pewność idącą w parze

z tymi udowodnionymi faktami.
La Salette należy do diecezji Grenoble. Dlatego też Objawienie z La Salette zostało poddane badaniu przez ówczesnego biskupa Grenoble Philiberta de Bruillard. Gdy usłyszał o cudownym wydarzeniu w La Salette – po raz pierwszy dnia 5 października 1846 roku, a więc 14 dni po Objawieniu, od proboszcza Melin z Corps – powołał dwie komisje, składające się z kanoników katedralnych i profesorów seminarium duchownego. Miały one zbadać i sprawdzić szczegółowo Objawienie. On sam tym badaniom przewodniczył. Wysłał wszystkie dokumenty i wyniki badań do Rzymu i otrzymał za swoje surowe i mądre badanie wyraźną pochwałę.

W wyniku tego dnia 19 września 1851 roku mógł obwieścić światu:

„Objawienie się Najświętszej Maryi Panny dwojgu pastuszkom na jednej z gór należących do łańcucha Alp, położonej w parafii La Salette, dnia 19 września 1846 roku, posiada w sobie wszystkie cechy prawdziwości i  wierni mają uzasadnione podstawy uznać je za niewątpliwe i pewne”.

Za decydujące uznał następujące problemy:
1. Wydarzenia z La Salette, ani jego okoliczności, ani jego celu ściśle religijnego nie da się wytłumaczyć innymi przyczynami, jak tylko przez Bożą interwencję.
2. Cudowne następstwa wydarzenia są świadectwem samego Boga sprawiającego cuda, a takie świadectwo przewyższa świadectwa ludzi czy też ich zastrzeżenia.
3. Tym dwom motywom, rozważanym osobno i razem, należy podporządkować całe zagadnienie. Obalają one wszystkie, doskonale nam zresztą znane, zarzuty i wątpliwości związane z La Salette.
4. Zważywszy wreszcie, że poddanie się przestrogom z nieba może nas uchronić przed nowymi karami, które nam zagrażają, stwierdzamy, że dalsze wahanie się i upór może nas tylko narazić na zło, którego nie można by naprawić.

Rok później, w maju 1852 roku, biskup Philibert de Bruillard osobiście położył kamień węgielny pod sanktuarium, którego budowa w trudnych do przebycia górach do dzisiaj jest świadectwem wielkiej ofiarności ludzi owego czasu. W celu rozpowszechniania ważnego Orędzia z La Salette powołał do istnienia Zgromadzenie Księży – Misjonarzy Matki Bożej z La Salette. Założenie nowego zgromadzenia biskup de Bruillard uważał za ukoronowanie dzieła swojego życia. Jego ostatnią wolą było, aby jego serce zostało złożone na Świętej Górze w sanktuarium Pięknej Pani.

Za: http://saletyni.pl/la-salette/objawienie

Trzeba dziś otwierać się na działanie Ducha Świętego bardziej niż kiedyś – przypomina ks. Piotr Glas. – Potrzeba jednak rozwagi i umiejętności odróżniania Bożego Ducha od duchów zwodzicielów. Oddanie swojego życia duchowego Maryi gwarantuje prawidłową ścieżkę duchowego rozwoju. Ks. Piotr Glas uczy także, po czym rozpoznać, że Duch Święty owocnie w nas działa oraz przypomina, że działanie Ducha Świętego to nie tylko uzdrowienie i fajerwerki, ale wezwanie do oczyszczenia, realnego kroczenia za Jezusem Ukrzyżowanym. Zapis konferencji wygłoszonej na Forum Charyzmatycznym w Szczecinie, 12 maja 2018 roku.

Zanim zostałem egzorcystą, wiele razy zastanawiałem się czy to możliwe, że małe niewinne dzieci mogą być opętane przez złego ducha. Czytałem o tym u o. Amortha, czy innych egzorcystów. Nie mieściło mi się to jednak w głowie i zepchnąłem te moje pytajniki w niepamięć…

Problem wrócił do mnie, gdy już jako przeznaczony do posługi uwalniania ksiądz, spotkałem osobiście małe dziecko, przez które mówił do mnie szatan. Przekonałem się, że rzeczywiście jest to możliwe. Zacząłem więc na nowo poszukiwać odpowiedzi na to pytanie sprzed lat, ale nieco pod innym kątem. Pytałem Boga, jak to się dzieje… Pragnę jeszcze zaznaczyć, że wszystko co zostanie napisane poniżej, jest poruszaniem się w sferze wielkiej tajemnicy i wynikać będzie z mojego osobistego doświadczenia, które może być subiektywne. – zdecydujcie czy to zdanie ma iść!

Opętanie z definicji…

Wyjdźmy więc w ogóle od tego, czym jest samo opętanie? Jak naucza nas Kościół Katolicki i doświadczenie wielu wieków w walce ze złym duchem, opętanie może dotyczyć osób, miejsc lub rzeczy. Problem opętania wiąże się z napaścią jakiej dokonuje szatan, byt osobowy, przeciwko człowiekowi, którego nienawidzi. Odróżniamy je od nawiedzenia diabelskiego, opresji zewnętrznych czy wewnętrznych, którymi szatan nęka ludzi, jakby od zewnątrz. Opętanie zaś jest stanem, w którym zły duch wchodzi w ciało człowieka i w nim przebywa. Podobnie jest z rzeczami czy miejscami. Pamiętam jak kiedyś paliłem szamańskie maski, przywiezione przez naszych misjonarzy z Afryki. Wrzuciłem wysuszone na pieprz drewno do wielkiego ogniska. Maski przez 40 minut nawet się nie osmoliły. Ogień otaczał te przedmioty, ale ich nie niszczył. Spłonęły dopiero, gdy zalałem je wodą święconą! Zupełne zaprzeczenie, woda pomogła, by drewno spłonęło.
O ile jednak „zainfekowaną” rzecz możemy spalić lub zniszczyć, tak z człowiekiem, który cierpi z powodu opętania, nie uczynimy tego, co ze wspomnianymi maskami, ale musimy mu towarzyszyć poprzez sprawowanie egzorcyzmów, by złego ducha strącić do piekła. Warunkiem jednak jest nawrócenie i pragnienie ze strony osoby opętanej zarówno modlitwy jak i wolności. Schody więc zaczynają się w momencie, gdy osoba nie jest zdecydowana na rozstanie z szatanem, albo właśnie w przypadku dzieci, które nie mają świadomości co się z nimi dzieje.

Dziecko opętane…

Jak się jednak okazuje, problem jest bardzo stary. Otóż już w Ewangelii mamy historię opętania młodzieńca, który miał ducha niemego (Mk 9, 14-29).

Odpowiedział Mu jeden z tłumu: „Nauczycielu, przyprowadziłem do Ciebie mojego syna, który ma ducha niemego. Ten, gdziekolwiek go chwyci, rzuca nim, a on wtedy się pieni, zgrzyta zębami i drętwieje. Powiedziałem Twoim uczniom, żeby go wyrzucili, ale nie mogli”. On zaś rzekł do nich: „O plemię niewierne, dopóki mam być z wami? Dopóki mam was cierpieć? Przyprowadźcie go do Mnie!” I przywiedli go do Niego. Na widok Jezusa duch zaraz począł szarpać chłopca, tak że upadł na ziemię i tarzał się z pianą na ustach. Jezus zapytał ojca: „Od jak dawna to mu się zdarza?” Ten zaś odrzekł: „Od dzieciństwa. I często wrzucał go nawet w ogień i w wodę, żeby go zgubić. Lecz jeśli możesz co, zlituj się nad nami i pomóż nam!”.
W tej historii widzimy bardzo jasno kilka spraw, które dotyczą zniewoleń u dzieci. Można by na podstawie tego fragmentu podać kilka stycznych punktów dla omawianego problemu.

Potencjalne źródło…

Podobnie jak w ewangelicznej historii, często u opętanych dzieci mamy identyczne objawy zniewolenia jak te opisane powyżej. W przypadkach dzieci, które znam, wspólnym mianownikiem jest to, że dręczone są np. w kościele podczas Eucharystii. Boli je głowa, tarzają się po ziemi, swędzi ich skóra, tracą przytomność podczas podniesienia czy biją głową o podłogę. Na pytanie od jak dawna im się to zdarza, rodzice odpowiadają, od 1-2 roku życia. Gdy więc taki rodzic trafia do egzorcysty ze swoim dzieckiem, rozpoczyna się żmudny proces poszukiwania źródła opętania, które zazwyczaj upatrujemy w wydarzeniach przeszłości, dotyczących bezpośrednio rodziców dziecka, czy najbliższej rodziny. Samo przecież dziecko, nie może być winne temu stanowi, ale jest on konsekwencją grzechów w 90% jego rodziców. Rodzice bowiem mają nad dzieckiem wielką władzę duchową jakiej udziela im Bóg. Mają moc oddać dziecko Bogu, choćby przez sakrament chrztu, ale mają również moc oddać to dziecko złemu. To pierwsze potencjalne źródło opętania.

Drugim, na które chciałem zwrócić uwagę, to problem historii rodziny w szerszym znaczeniu. Otóż mogą istnieć pewne sytuacje, gdzie zło zostało zaproszone do jakiegoś rodu w minionych pokoleniach, poprzez pakty z szatanem i w momencie, gdy dziecko np. ogląda lub czyta satanistyczne treści jak choćby Harry Potter, otwiera się na przyjęcie tej spuścizny demonicznej.

Kiedyś przyszła do mnie kobieta ze swoim dzieckiem, które od pierwszego roku życia mówiło biegle po angielsku i włosku. W dodatku umiało modlić się na różańcu. Rzecz zupełnie niewytłumaczalna. Wpadało też w późniejszych latach w wielką agresję. Okazało się, że jest zniewolone. W odpowiedzi usłyszałem od zrozpaczonej kobiety: „Proszę księdza, to konsekwencja moich grzechów”.

Innym razem trafił do mnie kilkuletni chłopczyk, który został poczęty podczas rytualnego gwałtu w sekcie satanistycznej i oddany był złemu duchowi od poczęcia, przez członków sekty. Chłopczyk ten dzisiaj jest w bardzo ciężkim stanie.
Inny zaś, pochodzący z domu dziecka i adoptowany, dręczony jest napadami agresji, czy też wizjami postaci wychodzących z obrazów na ścianie. Przebadany przez psychiatrów na wszelkie możliwe sposoby. Nikt nie dopatrzył się choroby. Gdy teraz doszła wielka awersja do rzeczy świętych, wiemy już, że problem jest demoniczny. Nie znamy jednak historii tego chłopczyka i trudno wskazać na przyczyny.

Uwolnienie…

Podobnie jak to miało miejsce w tej historii z Ewangelii Marka, tak samo i dziś, mamy wielką trudność w uwalnianiu dzieci. Nie mają one bowiem świadomości problemu i nie mogą podjąć decyzji o walce duchowej. Do momentu bowiem choć minimalnej świadomości grzechu, nie uczestniczą one bezpośrednio w tych normalnych duchowych zmaganiach dnia codziennego. Jak więc im pomóc? Jedyną słuszną drogą jest ta wskazana przez Ewangelię.
Jezus mu odrzekł: “Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy”. Natychmiast ojciec chłopca zawołał: “Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!” A Jezus widząc, że tłum się zbiega, rozkazał surowo duchowi nieczystemu: “Duchu niemy i głuchy, rozkazuję ci, wyjdź z niego i nie wchodź więcej w niego!” A on krzyknął i wyszedł wśród gwałtownych wstrząsów. Chłopiec zaś pozostawał jak martwy, tak że wielu mówiło: “On umarł”. Lecz Jezus ujął go za rękę i podniósł, a on wstał. Gdy przyszedł do domu, uczniowie Go pytali na osobności: Dlaczego my nie mogliśmy go wyrzucić?” Rzekł im: “Ten rodzaj można wyrzucić tylko modlitwą i postem”.

Rodzice widząc problem muszą przyprowadzić dziecko do Jezusa, czyli oddać tę swoją pociechę Bogu w jakimś akcie zawierzenia. Następnie udać się do tych, którym Kościół udzielił władzy egzorcyzmowania, by rozeznali problem i podjęli modlitwę, jeśli będzie konieczna. Potrzeba też wielkiej wiary, cierpliwości i wytrwałości na drodze uwalniania dziecka, gdyż jak mówi nam Jezus, ten rodzaj duchów można wyrzucić tylko modlitwą i postem. Potrzeba więc zaangażowania wielu osób właśnie we wskazane praktyki duchowe, by modląc się i poszcząc w intencji dziecka, wspierali egzorcystę i rodziców w tej posłudze. Resztę „pytajników”, musimy ustawić w perspektywie Bożego Miłosierdzia i zgodzić się też z pewną tajemnicą wiary, której nasze oczy nie sięgają.

*********

Jeżeli ktoś z Was ma problem z dzieckiem, czy z dziećmi – nie załamujcie rąk! Zapiszcie się do Różańca rodziców, odmawiajcie codziennie dziesiątkę Różańca Św. a Maryja przyjdzie Wam z pomocą i pewnego dnia usłyszycie od dziecka: „mamo zapisz mnie na modlitwę uwolnienia. A może i na egzorcyzm”. I pojedziecie z dzieckiem do egzorcysty i on odmówi modlitwy z rytuału nad waszym dzieckiem, zwiąże co złe, odeśle pod stopy Jezusa i dziecko zacznie „nowe życie” z czysta kartą.
Tylko wierzcie i módlcie się. A Pan dokona reszty, uwierzcie mi 🙂

Ks. Michał Olszewski/ wobroniewiaryitradycji.wordpress.com

Na Mszy w Domu św. Marty Papież przestrzegł przed interesownym kroczeniem za Jezusem. Zachęcił, aby pytać się siebie o motywy bycia z Jezusem.

 

Nie można iść za Jezusem w sposób interesowny, z powodu cudów, których dokonywał, ale trzeba Go szukać w duchu wiary, aby słuchać Jego nauki – to myśl przewodnia homilii, którą Papież wygłosił na Mszy w Domu św. Marty. Odniósł się w niej do fragmentu Ewangelii św. Jana (6, 22-29), gdzie tłum idzie za Jezusem także dlatego, że czyni cuda. Z jednej strony szukali Go, bo chcieli zobaczyć, jak Jego słowo napełnia serce, ale z drugiej robili to interesownie, bo ich nakarmił.

Franciszek przypomniał, że z podobnym zachowaniem mamy do czynienia w historii wypędzenia demonów z opętanego z Gerazy. Ludzie chcieli, aby Jezus pozostawił ich w spokoju i odszedł, bo potracili świnie i zarobek z tym związany. Innym przykładem jest dziesięciu trędowatych, których Jezus uzdrowił. Tylko jeden wrócił, aby podziękować, inni o Nim zapomnieli.

Papież wskazał także na postać Szczepana z Dziejów Apostolskich (6, 8-15), który przemawiał w sposób jasny, tak że nikt nie umiał sprostać Jego mądrości.

“ Szedł za Jezusem, nie zważając na konsekwencje: to mi się opłaca, a to mnie nie przekonuje… nie był interesowny – mówił Ojciec Święty. Kochał. Szedł pewnie za Jezusem, a tak skończył. Wciągnęli go w pułapkę oszczerstw, wpadł w nią i skończył ukamienowany. Ale dał świadectwo Jezusowi. ”

Franciszek zachęcił, aby każdy zapytał siebie o motywy, którymi się kieruje idąc za Jezusem, czy są one interesowne, jak w przypadku tłumu, który szukał Jezusa, czy też daję życie za Niego na wzór Szczepana? Aby sobie w tym pomóc, kontynuował Papież, warto odświeżyć pamięć i zobaczyć, co konkretnego Jezus zrobił dla mnie, w moim życiu.

“ I znajdziemy wiele wspaniałych rzeczy, które Jezus dał nam za darmo, ponieważ nas kocha, każdego z nas – kontynuował Papież. Kiedy dostrzegę rzeczy, które Pan Jezus dla mnie uczynił, zadaję sobie drugie pytanie: a co ja powinienem zrobić dla Jezusa? I w ten sposób, z tymi dwoma pytaniami, może zdołamy w jakiś sposób oczyścić się z wszelkich sposobów interesownej wiary. Kiedy widzę to wszystko, co dał mi Jezus, hojność serca podpowiada: «Tak Panie, daję wszystko! Nie będę już więcej popełniał tych błędów, tych grzechów, w tym moje życie się zmieni…». Droga nawrócenia ze względu na miłość: Ty ofiarowałeś mi tyle miłości, także i ja Ci ją daję. ”

Na zakończenie homilii Franciszek jeszcze raz wskazał na dwa pytania, które mogą pomóc w oczyszczeniu wiary.

“ To dobry test sprawdzający, dlaczego idziemy za Jezusem: interesownie, czy też nie? Odnowić pamięć, te oba pytania. Co Jezus zrobił dla mnie, w moim życiu, z miłości? I widząc to zapytać, co ja powinienem zrobić dla Jezusa, jak odpowiedzieć na taką miłość? W ten sposób będziemy zdolni do oczyszczenia naszej wiary z każdej interesowności. Niech Pan nam pomaga na tej drodze. ”