Mam trzydzieści pięć lat. Urodziłem się w rodzinie obojętnej religijnie. Oboje moi rodzice mają wykształcenie. W wieku siedmiu lat, dzięki staraniom mojej babci, zostałem ochrzczony, a rok później przystąpiłem do I Komunii Świętej. Praktycznie na tym zakończył się mój związek z Kościołem katolickim.

 

Bóg nie zostawił mnie jednak samemu sobie. Cierpienia fizyczne zwią­za­ne z ast­mą oskrze­lo­wą i czę­sty­mi in­fek­cja­mi dróg od­de­cho­wych, kło­po­ty w szko­le, brak przy­ja­ciół w wie­ku szes­na­stu lat do­pro­wa­dzi­ły mnie do utraty sen­su życia oraz myśli sa­mo­bój­czych.

Stale na­ra­sta­ją­ce pra­gnie­nie wy­zwo­le­nia się z cierpienia i py­ta­nie o jego sens sta­ły się głów­nym mo­to­rem mo­je­go dzia­ła­nia.

Na po­cząt­ku roku 1983 wpadły mi w ręce bro­szu­ry do­ty­czą­ce filozofii zen. Po­nie­waż nie zna­la­złem w nich jasnej od­po­wie­dzi na nurtujące mnie pro­ble­my – szu­ka­łem dalej.

Ku­pi­łem Bha­ga­wadgitę oraz inne ma­te­ria­ły roz­po­wszech­nia­ne przez Ruch Świa­do­mości Kriszny. Pod ich wpły­wem zo­sta­łem we­ge­ta­ria­ni­nem, co niemal na­tych­miast wy­wo­ła­ło kon­flik­ty w ro­dzi­nie.

W po­ło­wie maja 1983 roku po­rzu­ci­łem szko­łę i po­sta­no­wi­łem zo­stać bha­k­tą – czyli słu­gą pana Krisz­ny. Wsta­wa­łem więc o 3:45 nad ranem, spałem na karimatce na pod­ło­dze, a nie na łóż­ku, myłem się tylko w zimnej wodzie, od­ma­wia­łem man­try „Hare Kriszna, Hare Rama…” przez trzy go­dzi­ny dzien­nie.

Na początku czerw­ca tego samego roku po­je­cha­łem na tzw. far­mę ruchu, która w tamtym okresie znaj­do­wa­ła się w Ostrowach koło Kut­na. Na farmie spo­tka­łem praw­dzi­wych – jak są­dzi­łem – wy­znaw­ców Kriszny.

Mimo że ca­łym ser­cem chcia­łem się oddać ru­cho­wi świa­do­mo­ści Kriszny, to za­da­wa­łem jego człon­kom coraz wię­cej pytań. Jesz­cze dziś doskonale pa­mię­tam ich od­po­wie­dzi, mimo że upły­nę­ło już tyle lat.

Oto kilka z nich:

„Jedyną praw­dzi­wą wiarą jest ruch Świa­do­mo­ści Krisz­ny, reszta to idą­cy na za­tra­ce­nie głup­cy.

Już wkrót­ce Ko­ściół ka­to­lic­ki w Polsce i na świe­cie zo­sta­nie cał­ko­wi­cie wy­par­ty przez ruch Świa­do­mo­ści Kriszny.

Duch Świę­ty to tak wielka ta­jem­ni­ca, że uczeń nie po­wi­nien za­da­wać pytań na jego temat.

Cał­ko­wi­te po­słu­szeń­stwo mi­strzo­wi du­cho­we­mu jest wa­run­kiem po­dą­ża­nia na dro­dze do do­sko­na­ło­ści.

Je­śli chcesz do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o ru­chu i o Krisz­nie, to mu­sisz na to za­słu­żyć.

Sam mistrz du­cho­wy zadecyduje, kie­dy bę­dziesz ini­cjo­wa­ny i jakie bę­dziesz miał nowe hin­du­skie imię.

Tyl­ko wie­dza zwią­za­na z ru­chem Świa­do­mo­ści Krisz­ny ma ja­ką­kol­wiek wartość.

Po­wi­nie­neś ze­rwać wszyst­kie kon­tak­ty ze swoją ro­dzi­ną i wszyst­ki­mi, którzy nie mają Świa­do­mo­ści Kriszny.

Tyl­ko dzięki swoim dobrym uczyn­kom można się wyrwać z koła narodzin i śmier­ci.

Im goręcej czcisz Krisznę, je­dy­ne­go Boga, oraz im peł­niej oddany jesteś lo­to­so­wym sto­pom mistrza du­cho­we­go (w owym cza­sie mistrzem duchowym opie­ku­ją­cym się krajami Europy Środ­ko­wo-Wschod­niej był ja­kiś Ame­ry­ka­nin), tym mniej do­zna­jesz cier­pie­nia tu na ziemi, a w nie­bie go­tu­jesz sobie szczę­ście wiecz­ne”.

Ta ostat­nia myśl trzy­ma­ła mnie w sek­cie przez prawie sześć miesięcy.

To, co zaczęło mnie wtedy na­praw­dę nie­po­ko­ić, to oddawanie czci żyjącym „mistrzom duchowym”.

Obec­nie, gdy­by ktoś chciał czcić na przykład Jana Pawła II, to też wy­da­wa­ło­by mi się to bardzo podejrzane i nie na miejscu. Przecież samemu Bogu należy się tyl­ko chwała, a nie stwo­rze­niom.

Szczęśliwie Pan Jezus sprawił, że im więcej man­tro­wa­łem, sypałem kwiat­ków przed obrazem mistrza du­cho­we­go, od­da­wa­łem mu po­kło­nów i im więcej skła­da­łem duchowych ofiar dla boga Krisz­ny, tym bardziej czu­łem się nie­szczę­śli­wy.

Chciałem uciec od cier­pie­nia, a ono do­ty­ka­ło mnie z jeszcze więk­szą mocą. Pró­bo­wa­łem nawet dwa razy nie­le­gal­nie prze­kro­czyć gra­ni­cę kra­ju i wyjechać do „kra­iny szczę­śli­wo­ści” – na farmę ruchu Świa­do­mo­ści Krisz­ny do Tek­sa­su w USA.

Na szczę­ście Matka Boża, za pierw­szym razem poprzez słowa ofi­ce­ra statku z Fi­li­pin, a potem przez po­waż­ny uraz nogi, nie dopuściła do sze­re­gu ko­lej­nych głupstw.

W końcu, zroz­pa­czo­ny, po­sta­no­wi­łem szukać ukojenia i po­cie­chy w nie­zna­nym mi Bogu – Jezusie Chry­stu­sie.

Co najważniejsze, w Nim od­kry­łem war­tość i sens cierpienia, od którego tak bar­dzo chciałem uciec.

Obec­nie cierpienie, którego do­świad­czam, uwa­żam za jed­ną z więk­szych łask i nie zamieniłbym Krzy­ża Chry­stu­so­we­go na żadne dobra ma­te­rial­ne czy duchowe. To wła­śnie Je­zus dał mi głęboki spo­kój i radość, pozwolił mi skoń­czyć wy­ższe stu­dia zawodowe i się ożenić.

Od sze­ściu lat je­stem w ruchu Ro­dzin Na­za­re­tań­skich i mam swo­je­go kie­row­ni­ka duchowego.

Teraz głęboko wierzę, że nie ma zba­wie­nia poza Je­zu­sem Chry­stu­sem. Trze­ba jasno powiedzieć: jeśli czło­wiek ochrzczo­ny z wła­snej woli staje się człon­kiem sek­ty, to au­to­ma­tycz­nie zdra­dza swego Jedynego Mi­strza Je­zu­sa Chry­stu­sa i od­da­je cześć de­mo­nom.

To nieważne, czy sek­ta na­zy­wa się Zjed­no­czo­ny Kościół Mo­ona, Misja Cza­ita­nii czy Ko­ściół Scjen­to­lo­gicz­ny, nie­bez­pie­czeń­stwo po­le­ga na tym, że czło­wiek taki na­ra­ża się bar­dzo po­waż­nie na utratę życia wiecz­ne­go.

Tylko Matka Boża, mocą Je­zu­sa Chry­stu­sa, jest w stanie dokonać cudu prze­mia­ny serc i umysłów wszyst­kich tych, któ­rzy oddają bał­wo­chwal­czą cześć de­mo­nicz­nym bożkom. Nie może Ona jednak tego uczynić bez nas, bez na­sze­go udzia­łu.

Wyzwanie obec­nych czasów i obec­nej sy­tu­acji Ko­ścio­ła do­ma­ga się od nas wszystkich ra­zem i każ­de­go z osobna ra­dy­ka­li­zmu wiary.

„Nie wy­star­czy – pisze Jan Pa­weł II – odnawiać metody dusz­pa­ster­skie ani lepiej ko­or­dy­no­wać in­sty­tu­cje ko­ściel­ne, ani też z większą prze­ni­kli­wo­ścią studiować biblijne i teo­lo­gicz­ne pod­sta­wy wia­ry: trzeba wzbudzić nowy zapał świę­to­ści” (Redemptoris missio, 90).

Radykalizm wiary nie jest moż­li­wy bez ra­dy­kal­ne­go naszego na­wró­ce­nia i re­ali­za­cji po­wszech­ne­go po­wo­ła­nia do świę­to­ści. Bez licz­nych za­stę­pów świętych po­cząt­ku trzeciego ty­siąc­le­cia współ­cze­sny świat – prędzej czy później – skazany jest na sa­mo­za­gła­dę.

Artur Suski

 

https://milujciesie.org.pl/bylem-w-sekcie-hare-kriszna.html

Pochodzi z katolickiej rodziny. Wieloletni ministrant i lektor. – Myślałem, że jeśli ktoś prosiłby mnie o jakieś świadectwo, to „o czym miałbym mówić”? Po prostu sobie żyję, chodzę do kościoła, wszystko się zgadza. Nie mam spektakularnych nawróceń, wyjść z nałogów, ciężkich sytuacji, które jak opowiem, to będzie „wow” – wspomina. 

Aż w końcu do czasu, gdy został mężem i ojcem. Świadectwo Rafała Hilbrychta to opowieść o działaniu Pana Boga w codzienności i towarzyszeniu Chrystusa w naszym cierpieniu. – Urodził się Filipek, nasz pierwszy synek, ale niestety już nie żył. Kosmos – mówi basista zespołu Let Him Run.

Rafał opowiada jak wyglądała jego droga uzdrowienia po stracie dzieci. Jego historia to historia mężczyzny, który „daje się prowadzić Bogu”.

Rzucił teatr, by śpiewać dla Boga. – Przede wszystkim z Bogiem staram się szczerze rozmawiać – mówi Kuba Kornacki, aktor i lider zespołu Kanaan.

 

Zacząłem odbierać coraz bardziej natarczywe sygnały od Boga, żebym odszedł z teatru. Wyjście z teatru spowodowało, że zmieniłem mentalne otoczenie – mówił

– Uleciał strach – dodawał

– Kiedy bardzo pragnąłem, żeby Bóg się do mnie odezwał, to się to nie działo, ale czasem przychodził do mnie w sposób tak zaskakujący, dziwny, że też staram się w ten sposób tworzyć tę muzykę. To niesamowita przygoda spotykać Go – podkreślał

– Bóg postawił takich muzyków na mojej drodze, że kiedy zagrali pierwszy raz, to ja usiadłem na podłodze i popłakałem się ze szczęścia i wtedy wiedziałem, że na pewno chcę to robić – opowiadał

sjsk/salve.tv