W pewnym momencie liczba wyznawców sekty Charlesa Mansona sięgała nawet 144 tys. członków. Przedstawiał siebie jako nowego proroka i na trwale zapisał się w najnowszej historii Ameryki jako jeden z jej największych złoczyńców.

Był nieślubnym dzieckiem prostytutki Kathleen Maddox. Dorastając w patologicznym środowisku szybko wstąpił na drogę przestępstwa. W wieku 9 lat trafił za kradzież do zakładu poprawczego, a w kolejnych latach dokonywał notorycznie drobnych wykroczeń. Był wychowywany przez fanatycznie religijne wujostwo w czasie pobytu jego matki w więzieniu (trafił tam za napad z bronią w ręku).

Czytaj także: Zgubiła TOREBKĘ z 25 tysiącami ZŁOTYCH! Zgadnij, co ZROBIŁ znalazca!?

W latach 60. Manson przewodził sekcie religijnej o nazwie „Rodzina”. Jej członkowie odpowiadali za serię zabójstw w Los Angeles, w tym będącej w zaawansowanej ciąży aktorki Sharon Tate – żony reżysera Romana Polańskiego.

Do głośnego morderstwa doszło nad ranem 9 sierpnia 1969 r. w domu reżysera. Wraz z Tate zginęło czterech jej gości : milionerka i aktywistka polityczna Abigail Folger, producent filmowy Wojciech Frykowski (narzeczony Folger), fryzjer i stylista Jay Sebring oraz 18-letni student Steven Parent (zamordowano go wcześniej, gdy opuszczał willę Polańskiego).

Tate, której termin porodu przypadał za dwa tygodnie, została dźgnięta nożem 16 razy, a na jej brzuchu sprawcy nacięli znak „X”. Wychodząc napisali krwią na drzwiach słowo „Pig” („Świnia”). Wszyscy goście, za wyjątkiem Parenta, zostali zabici przez Susan Atkins – jedną z licznych kochanek przywódcy sekty.

Manson podawał się za proroka, przekonując wyznawców, że Ameryka kroczy ku upadkowi. Przepowiadał, że po Armagedonie, który ma nieuchronnie nastąpić,  władza przejdzie w ręce czarnoskórych. Nowi włodarze dokonają następnie rzezi białych i tylko rewolta pod jego przywództwem pozwoli im przetrwać. Liczba ludzi uwiedzionych przez samozwańczego Mesjasza liczyła w pewnym momencie aż 144 tys. osób.

Przerażająca postać Mansona była inspiracją dla wielu artystów. Jednym z najbardziej wyrazistych jest malarz i wokalista rockowy Brian Hugh Warner. Muzyk występuje pseudonimem artystycznym Marilyn Manson, będącym – jak sam mówi – połączeniem dwóch przeciwieństw: piękna (Marilyn Monroe) i zła (Charlesa Mansona).

Charles Manson zmarł 13 listopada 2017 r. w więzieniu. Miał 83 lata.

 

Fot. Kadr z filmu „Charles Milles Manson : Serial Killer Documentary” (youtbue.com)

 

Przywódca sekty Jonestown obiecywał swoim wyznawcom raj na ziemi. Zwiedzeni jego kazaniami ludzie nie wiedzieli, że tak naprawdę szykuje dla nich piekło. Ponad 900 osób wypiło przygotowaną dla nich truciznę, popełniając tym samym największe zbiorowe samobójstwo w dziejach świata.

Jonestown to nazwa niewielkiej osady założonej w Gujanie przez Amerykanina Jima Jonesa – lidera apokaliptycznej sekty Świątynia Ludu. Samozwańczy kaznodzieja już w młodości zaczął kreować swoją wizję raju. Świątynię Ludu założył w 1955 r., w wieku 24 lat.

Czytaj także: Wstrząsające słowa o. Amortha: sekta satanistyczna działa w Kościele. Co mamy robić?

Tym, co przyciągało jego wiernych były głoszone przez Jonesa hasła społecznej równości. Do kościoła mógł wstąpić każdy – zarówno biali, jak i Afroamerykanie. W tamtych czasach było to bardzo liberalne podejście – aż do lat 60. XX w. w USA obowiązywała bowiem segregacja rasowa.

Liczba zwolenników Jonesa rosła także za sprawą rzekomych cudów z jego udziałem. Na kazaniach pokazywał, jak za sprawą dotyku leczy ludzi chorych i niepełnosprawnych. Dzięki swoim „niezwykłym mocom” przywracał wzrok niewidomym, a kalecy wstawali z wózków inwalidzkich.

Taki widok z pewnością musiał robić wrażenie, jednak licznie zgromadzeni wyznawcy nie mieli pojęcia, że są do początku oszukiwani. W rzeczywistości osoby „uzdrawiane” przez Jonesa były jego współpracownikami. I oczywiście wszyscy byli całkowicie sprawni.

Komunistyczne Jonestown

Członkowie rozrastającej się w szybkim tempie sekty nie zdawali sobie również sprawy z tego, że ich kaznodzieja przejawia prokomunistyczne sympatie. Z czasem wpływy ideologii marksistowskiej na poglądy Jonesa zaczynały być coraz wyraźniejsze. Przywódca sekty mówił o konieczności założenia samowystarczalnej wspólnoty, którą określał mianem „współczesnego ogrodu Eden”.

Konsekwencją tego postulatu było założenie przez niego w Ameryce Południowej osady, którą nazwał na swoją cześć Jonestown. Wioska znajdowała się w niedostępnej dla świata dżungli, a mieszkańcy mieli wyżywić się pracą własnych rąk.

Prawdziwym powodem stworzenia tej specyficznej komuny były jednakże nasilające się ataki medialne na Świątynię Ludu. Jones zaczął wówczas przekonywać wyznawców, że muszą odciąć się od zepsutego świata zewnętrznego. I że wszyscy spoza ich wspólnoty pragną zniszczyć stworzone przez niego dzieło oparte na równości wszystkich ludzi.

W 1977 r. przybyli do Gujany najbardziej oddani zwolennicy Jonesa. Dookoła osady rozmieszczono głośniki, z których kaznodzieja codziennie wygłaszał kazania oraz zachęcał wszystkich do jeszcze intensywniejszej pracy dla dobra całej społeczności.

Jonestown coraz bardziej zaczynała przypominać komunistyczne quasi-państwo, ze wszystkimi złowrogimi elementami typowymi dla reżimów totalitarnych. Bezpieczeństwa osady strzegli strażnicy uzbrojeni w karabiny maszynowe, a ludność pracowała przy uprawie ziemi po kilkanaście godzin dziennie. Tak jak w ZSRR i innych demoludach mieszkańcy nie mogli dobrowolnie opuścić wioski.

Największe zbiorowe samobójstwo

W pewnym momencie Jones przestał kryć się ze swoimi poglądami politycznymi. Mówił mieszkańcom, że  „wierzy, iż są najczystszymi istniejącymi komunistami”.

Tymczasem wśród amerykańskich elit narastało zaniepokojenie związane sytuacją z Jonestown. Z osady docierały niepokojące wieści, z których wynikało, że charyzmatyczny przywódca zaprowadził terror zabraniając wyznawcom kontaktów ze swoimi bliskimi. Ponadto Jones straszył ich, że cały cywilizowany świat dąży do zniszczenia ich idealnej społeczności.

18 listopada 1978 r. zaniepokojony tymi informacjami kongresmen Leo Ryan osobiście udał się do siedziby Jonestown. Na miejscu przygotowano dla niego uroczyste przyjęcie, a przywódca sekty przekonywał go, że każdy znajduje się tu z własnej woli.

Ryan uległ z początku niezwykłej atmosferze panującej w obozie. Gdy jednak tuż przed odlotem kilku mieszkańców zadeklarowało chęć powrotu do USA wraz z kongresmenem, na lotnisko wkroczyli ludzie Jonesa. Chwile potem puścili serię z karabinów w stronę Ryana oraz towarzyszących mu adwokatów i reporterów.

W wyniku strzelaniny śmierć poniosły trzy osoby, w tym kongresmen. Jones wiedział, że USA nie podarują mu tej zbrodni. Na pospiesznie przygotowanym zebraniu znów zaczął straszyć wiernych, że ludzie z zewnątrz chcą zaatakować Jonestown. I że w tej sytuacji pozostaje tylko jedno rozwiązanie – wszyscy muszą zażyć cyjanek.

Zborowe samobójstwo kosztowało życie aż 909 osób. W całej tej historii najbardziej przejmujący jest los niewinnych i niczego nieświadomych dzieci, którym podawano truciznę dożylnie lub doustnie. Sam Jones również popełnił samobójstwo, strzelając sobie z pistoletu w głowę.

Fot. Jim Jones, Wikimedia Commons (Nancy Wong [CC BY-SA 3.0)])

Mam trzydzieści pięć lat. Urodziłem się w rodzinie obojętnej religijnie. Oboje moi rodzice mają wykształcenie. W wieku siedmiu lat, dzięki staraniom mojej babci, zostałem ochrzczony, a rok później przystąpiłem do I Komunii Świętej. Praktycznie na tym zakończył się mój związek z Kościołem katolickim.

 

Bóg nie zostawił mnie jednak samemu sobie. Cierpienia fizyczne zwią­za­ne z ast­mą oskrze­lo­wą i czę­sty­mi in­fek­cja­mi dróg od­de­cho­wych, kło­po­ty w szko­le, brak przy­ja­ciół w wie­ku szes­na­stu lat do­pro­wa­dzi­ły mnie do utraty sen­su życia oraz myśli sa­mo­bój­czych.

Stale na­ra­sta­ją­ce pra­gnie­nie wy­zwo­le­nia się z cierpienia i py­ta­nie o jego sens sta­ły się głów­nym mo­to­rem mo­je­go dzia­ła­nia.

Na po­cząt­ku roku 1983 wpadły mi w ręce bro­szu­ry do­ty­czą­ce filozofii zen. Po­nie­waż nie zna­la­złem w nich jasnej od­po­wie­dzi na nurtujące mnie pro­ble­my – szu­ka­łem dalej.

Ku­pi­łem Bha­ga­wadgitę oraz inne ma­te­ria­ły roz­po­wszech­nia­ne przez Ruch Świa­do­mości Kriszny. Pod ich wpły­wem zo­sta­łem we­ge­ta­ria­ni­nem, co niemal na­tych­miast wy­wo­ła­ło kon­flik­ty w ro­dzi­nie.

W po­ło­wie maja 1983 roku po­rzu­ci­łem szko­łę i po­sta­no­wi­łem zo­stać bha­k­tą – czyli słu­gą pana Krisz­ny. Wsta­wa­łem więc o 3:45 nad ranem, spałem na karimatce na pod­ło­dze, a nie na łóż­ku, myłem się tylko w zimnej wodzie, od­ma­wia­łem man­try „Hare Kriszna, Hare Rama…” przez trzy go­dzi­ny dzien­nie.

Na początku czerw­ca tego samego roku po­je­cha­łem na tzw. far­mę ruchu, która w tamtym okresie znaj­do­wa­ła się w Ostrowach koło Kut­na. Na farmie spo­tka­łem praw­dzi­wych – jak są­dzi­łem – wy­znaw­ców Kriszny.

Mimo że ca­łym ser­cem chcia­łem się oddać ru­cho­wi świa­do­mo­ści Kriszny, to za­da­wa­łem jego człon­kom coraz wię­cej pytań. Jesz­cze dziś doskonale pa­mię­tam ich od­po­wie­dzi, mimo że upły­nę­ło już tyle lat.

Oto kilka z nich:

„Jedyną praw­dzi­wą wiarą jest ruch Świa­do­mo­ści Krisz­ny, reszta to idą­cy na za­tra­ce­nie głup­cy.

Już wkrót­ce Ko­ściół ka­to­lic­ki w Polsce i na świe­cie zo­sta­nie cał­ko­wi­cie wy­par­ty przez ruch Świa­do­mo­ści Kriszny.

Duch Świę­ty to tak wielka ta­jem­ni­ca, że uczeń nie po­wi­nien za­da­wać pytań na jego temat.

Cał­ko­wi­te po­słu­szeń­stwo mi­strzo­wi du­cho­we­mu jest wa­run­kiem po­dą­ża­nia na dro­dze do do­sko­na­ło­ści.

Je­śli chcesz do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o ru­chu i o Krisz­nie, to mu­sisz na to za­słu­żyć.

Sam mistrz du­cho­wy zadecyduje, kie­dy bę­dziesz ini­cjo­wa­ny i jakie bę­dziesz miał nowe hin­du­skie imię.

Tyl­ko wie­dza zwią­za­na z ru­chem Świa­do­mo­ści Krisz­ny ma ja­ką­kol­wiek wartość.

Po­wi­nie­neś ze­rwać wszyst­kie kon­tak­ty ze swoją ro­dzi­ną i wszyst­ki­mi, którzy nie mają Świa­do­mo­ści Kriszny.

Tyl­ko dzięki swoim dobrym uczyn­kom można się wyrwać z koła narodzin i śmier­ci.

Im goręcej czcisz Krisznę, je­dy­ne­go Boga, oraz im peł­niej oddany jesteś lo­to­so­wym sto­pom mistrza du­cho­we­go (w owym cza­sie mistrzem duchowym opie­ku­ją­cym się krajami Europy Środ­ko­wo-Wschod­niej był ja­kiś Ame­ry­ka­nin), tym mniej do­zna­jesz cier­pie­nia tu na ziemi, a w nie­bie go­tu­jesz sobie szczę­ście wiecz­ne”.

Ta ostat­nia myśl trzy­ma­ła mnie w sek­cie przez prawie sześć miesięcy.

To, co zaczęło mnie wtedy na­praw­dę nie­po­ko­ić, to oddawanie czci żyjącym „mistrzom duchowym”.

Obec­nie, gdy­by ktoś chciał czcić na przykład Jana Pawła II, to też wy­da­wa­ło­by mi się to bardzo podejrzane i nie na miejscu. Przecież samemu Bogu należy się tyl­ko chwała, a nie stwo­rze­niom.

Szczęśliwie Pan Jezus sprawił, że im więcej man­tro­wa­łem, sypałem kwiat­ków przed obrazem mistrza du­cho­we­go, od­da­wa­łem mu po­kło­nów i im więcej skła­da­łem duchowych ofiar dla boga Krisz­ny, tym bardziej czu­łem się nie­szczę­śli­wy.

Chciałem uciec od cier­pie­nia, a ono do­ty­ka­ło mnie z jeszcze więk­szą mocą. Pró­bo­wa­łem nawet dwa razy nie­le­gal­nie prze­kro­czyć gra­ni­cę kra­ju i wyjechać do „kra­iny szczę­śli­wo­ści” – na farmę ruchu Świa­do­mo­ści Krisz­ny do Tek­sa­su w USA.

Na szczę­ście Matka Boża, za pierw­szym razem poprzez słowa ofi­ce­ra statku z Fi­li­pin, a potem przez po­waż­ny uraz nogi, nie dopuściła do sze­re­gu ko­lej­nych głupstw.

W końcu, zroz­pa­czo­ny, po­sta­no­wi­łem szukać ukojenia i po­cie­chy w nie­zna­nym mi Bogu – Jezusie Chry­stu­sie.

Co najważniejsze, w Nim od­kry­łem war­tość i sens cierpienia, od którego tak bar­dzo chciałem uciec.

Obec­nie cierpienie, którego do­świad­czam, uwa­żam za jed­ną z więk­szych łask i nie zamieniłbym Krzy­ża Chry­stu­so­we­go na żadne dobra ma­te­rial­ne czy duchowe. To wła­śnie Je­zus dał mi głęboki spo­kój i radość, pozwolił mi skoń­czyć wy­ższe stu­dia zawodowe i się ożenić.

Od sze­ściu lat je­stem w ruchu Ro­dzin Na­za­re­tań­skich i mam swo­je­go kie­row­ni­ka duchowego.

Teraz głęboko wierzę, że nie ma zba­wie­nia poza Je­zu­sem Chry­stu­sem. Trze­ba jasno powiedzieć: jeśli czło­wiek ochrzczo­ny z wła­snej woli staje się człon­kiem sek­ty, to au­to­ma­tycz­nie zdra­dza swego Jedynego Mi­strza Je­zu­sa Chry­stu­sa i od­da­je cześć de­mo­nom.

To nieważne, czy sek­ta na­zy­wa się Zjed­no­czo­ny Kościół Mo­ona, Misja Cza­ita­nii czy Ko­ściół Scjen­to­lo­gicz­ny, nie­bez­pie­czeń­stwo po­le­ga na tym, że czło­wiek taki na­ra­ża się bar­dzo po­waż­nie na utratę życia wiecz­ne­go.

Tylko Matka Boża, mocą Je­zu­sa Chry­stu­sa, jest w stanie dokonać cudu prze­mia­ny serc i umysłów wszyst­kich tych, któ­rzy oddają bał­wo­chwal­czą cześć de­mo­nicz­nym bożkom. Nie może Ona jednak tego uczynić bez nas, bez na­sze­go udzia­łu.

Wyzwanie obec­nych czasów i obec­nej sy­tu­acji Ko­ścio­ła do­ma­ga się od nas wszystkich ra­zem i każ­de­go z osobna ra­dy­ka­li­zmu wiary.

„Nie wy­star­czy – pisze Jan Pa­weł II – odnawiać metody dusz­pa­ster­skie ani lepiej ko­or­dy­no­wać in­sty­tu­cje ko­ściel­ne, ani też z większą prze­ni­kli­wo­ścią studiować biblijne i teo­lo­gicz­ne pod­sta­wy wia­ry: trzeba wzbudzić nowy zapał świę­to­ści” (Redemptoris missio, 90).

Radykalizm wiary nie jest moż­li­wy bez ra­dy­kal­ne­go naszego na­wró­ce­nia i re­ali­za­cji po­wszech­ne­go po­wo­ła­nia do świę­to­ści. Bez licz­nych za­stę­pów świętych po­cząt­ku trzeciego ty­siąc­le­cia współ­cze­sny świat – prędzej czy później – skazany jest na sa­mo­za­gła­dę.

Artur Suski

 

https://milujciesie.org.pl/bylem-w-sekcie-hare-kriszna.html

Byli wyznawcy mówią wprost: o zepsuciu, przyzwoleniu na molestowanie czy przemoc w rodzinie. Wyznania byłych Świadków Jehowy, którzy przerwali milczenie są szokujące. Zza wizji religii doskonałej wyłania się przerażający obraz – czytamy w „Fakcie”.

Krążą od domu do domu i głoszą, że jedynym Bogiem jest Jehowa. Zapraszają na nauki. Są schludnie ubrani, uśmiechnięci, rozdają broszury, a na pytania odpowiadają cytatami z Biblii. Zachęcają do wspólnych rozmów, studiowania Biblii i udziału w uroczystościach. Nie mają innego wyboru, bo każdy świadek musi pełnić posługę. O tym, jak ona wygląda zgodziła się opowiedzieć pani Anna, która przez kilka lat należała do wspólnoty Świadków Jehowy.

– Po przyjęciu chrztu, trzeba chodzić na zebrania kilka razy w tygodniu, rozdawać czasopisma i głosić, czyli chodzić od drzwi do drzwi i nagabywać ludzi – mówi pani Anna (45 l.), która odeszła ze wspólnoty Świadków Jehowy gdy miała 21 lat. Była tym zmęczona psychicznie i poznała kogoś „ze świata” – tak świadkowie określają innych ludzi. Utrzymywanie z nimi relacji nie jest mile widziane, chyba że robi się to tylko w celu przeciągnięcia ich na stronę świadków.

– To nie jest religia, to jest sekta. Człowiek na zebraniach jest poddawany takiej manipulacji, że nawet trudno ją opisać – opowiada pani Anna. Ze wspomnień byłych świadków dowiadujemy się, że zabiegów, które mają wciągnąć do świata Świadków Jehowy i nakłonić do przyjęcia chrztu jest wiele.

– Osobie zainteresowanej wyznaniem świadków nie mówi się o wielu rzeczach. O tym, że nie można mieć transfuzji krwi, że nie będzie choinki, że nie będzie obchodzenia urodzin, imienin, w święta Mikołaja i prezentów. To dopiero wychodzi w trakcie, jak ludzie przyjmą chrzest – tłumaczy nam pani Anna. Jej rodzina uległa urokowi wspaniałej wizji, ciepłych, opiekuńczych ludzi, zrzeszonych w zborach, którzy są w każdej chwili pospieszyć z pomocą, kiedy miała 14 lat.

– Pojechaliśmy z tatą na wakacje do rodziny, do Białogardu. Tam poszedł na spotkanie do zboru Jehowych. Po powrocie do domu przez 9 miesięcy spotykał się z rodziną świadków, którzy mieszkali w naszej wsi. Potem zaczęła się w domu rewolucja – wspomina. Skoro jej ojciec wykazał zainteresowanie i zaczął studiować Biblię to oznaczało dla świadków, że cała rodzina jest zainteresowana. W domu pani Anny coraz częściej pojawiali się świadkowie. Studiowali z jej tatą i siostrą, one z mamą nie chciały się przekonać do tej zmiany.

– Przez wiele lat byliśmy zagorzałymi katolikami. Jak się ludzie dowiedzieli, że za sprawą taty weszliśmy do wspólnoty Jehowy to ludzie we wsi nas omijali szerokim łukiem, wytykali palcami. Ja straciłam wtedy wszystkie koleżanki, a byłam w ostatniej klasie podstawówki – wspomina pani Ania. W domu rozpoczął się koszmar. – Ojciec ściągał ze ściany krzyże, obrazki świętych, nasze zdjęcia rodzinne z komunii czy urodzin, imienin itd. Wszystko zostało spalone. Obrazy porąbał siekierą i wrzucił do pieca. Mama stała i płakała. Nic nie mogła zrobić – wspomina kobieta.

Przyjęła chrzest gdy miała 18 lat, bo tak chcieli rodzice, bo nie miała wyjścia. Wytrzymała w wierze świadków niecałe 4 lata. Ze wspólnoty odchodzi wiele osób, ale nie wszyscy mają siłę rozmawiać o tym co przeżyli. Rzadko zdarzają się takie osoby jak Sara Andrychiewicz, która na swoim blogu opublikowała list pożegnalny, po którym została wykluczona ze wspólnoty Świadków Jehowy. Opowiedziała tam o strachu jaki jej towarzyszył od urodzenia – ponieważ świadkowie wierzą, że wszyscy ludzie na świecie poza nimi zginą. „Już jako mała dziewczynka nie mogłam się pogodzić z myślą, że moje ciocie, moje koleżanki z klasy, wszyscy ci, którzy są dobrymi ludźmi – muszą zginąć” – czytamy w jej liście. To doprowadziło ją do myśli samobójczych i depresji. Po wielu latach przyznała także, że jako nastolatka była molestowana przez mężczyznę ze wspólnoty.

– Wzięto mnie na przesłuchanie, które miało wyjaśnić czy na pewno byłam molestowana. Mimo że byłam ofiarą czułam ogromne poczucie winy. Mężczyźni, którzy ze mną rozmawiali nie byli do tego przygotowani. Kilka tygodni nie mogłam dojść do siebie, planowałam wtedy samobójstwo – wspomina Sara w liście.

Jej osobiste wyznania na nowo wywołały dyskusję na temat kręgu Świadków Jehowy. O tym co dzieje się wewnątrz tego hermetycznego środowiska. Byli świadkowie mówią, że wszystko co mogłoby popsuć opinię o Świadkach Jehowy zostaje wewnątrz wspólnoty i jest ukrywane. Zapytaliśmy biuro prasowe wspólnoty o komentarz do listu Sary, a także wprost o to, czy wiedzą o przypadkach molestowania, znęcania się psychicznego i fizycznego oraz przyzwolenia na bicie dzieci wśród świadków?

– Część zagadnień pozostaje w sferze decyzji sumienia poszczególnych osób, a część w sferze kompetencji rodziców. Nie czujemy się więc upoważnieni, żeby w tej sprawie zabierać głos. Zgodnie z wzorcem biblijnym, to na rodzicach spoczywa odpowiedzialność za wychowywania swoich dzieci – czytamy w odpowiedzi nadesłanej z Biura Informacji Publicznej Świadków Jehowy w Polsce.

Policja nie prowadzi statystyk wykroczeń i przestępstw popełnionych przez Świadków. Nieoficjalnie policjanci mówią, że takich spraw nie ma prawie wcale. – Wśród świadków jest dużo patologii, ale wszystkie niewygodne tematy są zamiatanie pod dywan, żeby się tylko nie wydało – wyjaśnia pani Anna.

Mimo to wyznawcy mocno trwają w wierze, do tego stopnia, że są w stanie oddać swoje życie. Sara wierzyła w nauki głoszone przez świadków do tego stopnia, że po porodzie odmówiła transfuzji krwi, chociaż była w złym stanie – miała anemię i była bardzo słaba. Mało tego, przyznała, że taką samą decyzję podjęłaby gdyby transfuzji wymagała któraś z jej córek. Mimo że wychowała się wśród świadków dotarły do niej wątpliwości. Zrezygnowała po kilkunastu latach, odeszła.

WIĘCEJ CZYTAJ w „FAKCIE”