To była jedna z najbardziej perfidnych zbrodni w czasie II wojny światowej. Niemcy najpierw wmówili więźniom, że jutro zostaną uwolnieni przez aliantów, a potem zamknęli ich w ogromnej stodole i podpalili.

 

Do tragicznych wydarzeń w miejscowości Gardelegen doszło 13 kwietnia 1945 r. – dzień przed wyzwoleniem miasta przez Amerykanów. Większość z 1016 spalonych żywcem ofiar – więźniów obozów koncentracyjnych – stanowili Polacy. Zastanawiające, iż o zbrodni tej nie jest dziś tak głośno jak o historii stodoły w Jedwabnem, za sprawą której próbuje się kreować fałszywy obraz Polaka antysemity.

Czytaj także: Śmieciowy brytyjski brukowiec obraża Polaków! Według nich Hans Frank to… masowy polski morderca

Tymczasem masakra w Gardelegen nie tylko nie pozostawia wątpliwości co do narodowości sprawców, ale ukazuje także poziom ich perfidii i zdegenerowania. Przesiąknięci ideologią nazistowską Niemcy dobrze wiedzieli, że przegrali wojnę, a mimo to postanowili realizować swoje ludobójcze plany do samego końca.

Na początku kwietnia 1945 r. Niemcy – wskutek zbliżania się aliantów – zarządzili ewakuację więźniów z obozu Mittelbau-Dora do oddalonych o wiele kilometrów Bergen-Belsen, Sachsenhausen i Neuengamme. Pociąg  z ok. 2-3 tys. więźniami nie dotarł jednak na miejsce, ponieważ w trakcie transportu Amerykanie zbombardowali linie kolejowe. Pozostałą część trasy liczącej przeszło 20 km trzeba było zatem pokonać pieszo. W trakcie tego wyczerpującego marszu śmierci wielu więźniów zmarło z wycieńczenia lub zostało zastrzelonych przez strażników.

Należy wspomnieć, że w tym pierwszym akcie zbrodni uczestniczyli nie tylko członkowie SS – wśród obstawy znaleźli się także piloci z Luftwaffe, miejscowi strażacy, chłopcy z Hitlerjugend i zwykli cywile. Po dotarciu do miejscowości Gardelegen więźniowie zostali nakarmieni i zakwaterowani w koszarach. Przyszli oprawcy uspokajali ich, że już wkrótce zostaną przejęci przez wkraczających do miasta Amerykanów. W rzeczywistości Gardelegen miało stanowić postój na trasie prowadzącej prosto do Bergen-Belsen.

Los więźniów był już wtedy z góry przesądzony. 13 kwietnia dowództwo SS wydało rozkaz o wypędzeniu z koszar osób niezdolnych do dalszego marszu. Niemcy wytypowali ponad 1000 ludzi, którym kazali się ustawić przed ogromną murowaną stodołą. Po godz. 18.00 niczego nieświadomi więźniowie weszli do wnętrza budynku. Chwilę potem chłopcy esesmani wrzucili do środka zapalone zapałki, a chłopcy z Hitlerjugend zabarykadowali drzwi.

Jochen Böhler uchodzi dziś za jedynego historyka niemieckiego, który w szerokim zakresie podejmuje badania dotyczące niemieckich zbrodni na Polakach w pierwszych latach okupacji. W jednym z artykułów w gorzkich słowach ocenia stan wiedzy o na ten temat wśród swoich rodaków.

„Od pierwszego dnia wojny Polacy z dnia na dzień stali się dosłownie zwierzyną łowną” – pisze  Böhler w artykule, który ukazał się  na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Historyk twierdzi, że mała wiedza o działaniach niemieckich w okupowanej Polsce nie wynika wcale z braku dostępu do informacji.

Czytaj także: Cejrowski ostro o niemieckiej polityce historycznej: Mają cuchnące zwłoki w szafie. To mechanizm wyparcia

Historyk przypomina również, że aż do lat 90. XX w. na rynku wydawniczym w RFN istniała tylko jedna publikacja dotycząca zbrodni niemieckich w Polsce. Uczony ma na myśli wydaną w 1961 r. monografię  Martina Broschata „Narodowosocjalistyczna polityka wobec Polski”.

Böhler zauważa, że w RFN nie podjęto konkretnych działań mających rozliczyć Niemcy z ich wojennej przeszłości. W swoim artykule historyk wspomina m.in. esesmana Heinza Reinefartha, jednego z „katów Woli”. Po zakończeniu wojny zbrodniarz nie tylko nie został ukarany, ale został szanowanym burmistrzem jednego z niemieckich miast. Postać Reinefartha został potępiona przez Niemców dopiero w 70. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.

O sytuacji Polaków podczas niemieckiej okupacji Böhler pisze:

Będąc Polakiem, można było w ciągu sześciu lat stracić w każdej chwili cały majątek, trafić do obozu koncentracyjnego, zostać zmuszonym do pracy niewolniczej na miejscu lub w Reichu, a także w ramach akcji odwetowych za zamachy polskiego podziemia być zastrzelonym. 

Böhler twierdzi jednocześnie, że w ostatnich latach można mówić o pewnej poprawie. W jego ocenie nowe pokolenie niemieckich historyków coraz częściej sięga pi obszerne i zróżnicowane materiały źródłowe. Böhler zauważa, że w swoich badaniach sięgają oni zarówno po relacje sprawców, jak i ofiar, poddając je dokładnej analizie i krytyce.

Publicysta  „FAZ” powołuje się na szereg źródeł – m.in. na dokumenty Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Historyk argumentuje, że o ile podczas I wojny światowej Niemcy prowadzili politykę imperialistyczną, o tyle w czasach Hitlera opierali się już wyłącznie  na rasizmie. Böhler pisze także o Państwie Podziemnym i polskich bohaterach – m.in. Janie Karskim, który próbował poinformować świat o Holokauście.

Jochen Böhler aktywnie współpracuje z polskimi historykami XX w. W przeszłości pracował m.in. w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie. Jest też autorem książki „Najazd 1939. Niemcy przeciwko Polsce”.

Źródło: nczas.pl / tvp info

Fot. Zbrodnia w Bochni (1939 r.), domena publiczna

Niebywały heroizm powstańców warszawskich robił wrażenie nawet na wrogu. W pewnym momencie młody niemiecki oficer Peter Stölten, który przyglądał się walkom w polskiej stolicy, coraz bardziej wątpił w sprawę, za którą przysięgał oddać życie…

Gdy pierwszy raz trafił na front był świeżo upieczonym maturzystą. 18-letni wówczas Peter Stölten od dziecka przejawiał zainteresowania artystyczne.

Zaraz po szkole zamierzał zdawać na akademię sztuk pięknych. W czasie wojny uznał jednak, że powinien teraz walczyć za ojczyznę i zgłosił się na ochotnika do Wehrmachtu.

Czytaj także: Przerażająca wizja ojca Pio o III WOJNIE ŚWIATOWEJ! Jaki los czeka POLSKĘ?

W 1941 r. został wysłany na front wschodni, gdzie walczył w 2 Armii Pancernej gen. Heinza Guderiana. W czerwcu 1944 r. – już jako porucznik i dowódca czołgu – brał udział w ciężkich walkach w Normandii.

Dwa miesiące później został przerzucony wraz z innymi żołnierzami 9. armii do ogarniętej powstaniem Warszawy. Tam po raz pierwszy zobaczył jak bezduszni esesmani mordują bezbronnych cywili.

Rozumiał i osobiście popierał dążenia Polaków do wolności. Nie krył również swojego podziwu dla waleczności i odwagi powstańców. W liście do matki pisał:

Powstańcy zasłużyli na to, aby traktowano ich jak żołnierzy. Cóż mogli Polacy poradzić na to, że utracili swoją państwowość, że nie mieli już środków do obrony. Ja sam nie chciałbym żyć pod niemiecką administracją.

Esesmani kroczyli za posuwającymi się oddziałami Wehrmachtu, rabując i paląc wszystko po drodze. W młodym oficerze narastał coraz większy bunt wobec tych barbarzyńskich praktyk. Jednocześnie utrwalał na papierze swoje wrażenia dotyczące pobytu w Polsce.

Jako człowiek wrażliwy na piękno był zafascynowany nowoczesnym wystrojem warszawskich mieszkań. Pod tym względem – twierdził Stölten – wyprzedzaliśmy Niemcy oraz „starą i całkiem zakurzoną” Francję.

Przede wszystkim jednak dzięki polskim powstańcom Peter miał zrozumieć, czym są prawdziwe bohaterstwo i honor. W jednym z listów do narzeczonej pisał:

My, Niemcy, nie jesteśmy jeszcze narodem, który wcieliłby w życie tyle patriotyzmu, poświęcenia i siły.

Innym razem przyznawał, że obrońcy walczyli znacznie lepiej od Niemców.

W drugim liście do ojca wspominał także o dzielnej Polce, która miała przejść w jego kompanii do legendy:

Działo się to podczas przejmowania przez nas budynku banku. […] większość cywilów poddała się. Wyszli, ich twarze były pokryte kurzem, nieme ze strachu. […] pełzli po ziemi wśród gwizdu granatów nad ich głowami, błysku strzałów i huku działek szturmowych, skamląc jak opętani. Jednak ta dziewczyna stała wyprostowana ze spokojnym, poważnym wyrazem twarzy, lekko tylko kiwając głową nad tym szalonym zachowaniem wywołanym strachem o życie. Stała w ogniu, w obłąkaniu, nietknięta.

Młody oficer nie doczekał końca wojny. 24 stycznia 1945 r. został zaatakowany przez Sowietów w okolicach Olsztyna. Spłonął żywcem we własnym czołgu.

Fot. Powstaniec Warszawski / Domena publiczna

Adolf Hitler nie popełnił samobójstwa. 29 kwietnia 1945 roku do berlińskiego bunkra przybyła Hanna Reitsch  – osobisty pilot Fuhrera –  i pomogła mu oraz Ewie Braun w ucieczce do Hiszpanii. Taką teorię przedstawił amerykański historyk Harry Cooper.

Cooper przypomniał, że w teorię o samobójstwie przywódcy III Rzeszy przez długi czas wątpili Amerykanie. Rząd USA wysłał nawet swoich agentów do Ameryki Południowej, aby zbadali doniesienia o ukrywaniu się Hitlera w Argentynie. Oliwy do ognia dolał potem Józef Stalin, który miał powiedzieć prezydentowi Trumanowi, że niemiecki dyktator opuścił kraj. Cooper, opierając się na odtajnionych aktach FBI przekonuje, że jest w stanie udokumentować ostatnie 30 lat Hitlera po wojnie.

Czytaj także: Przerażająca wizja ojca Pio o III WOJNIE ŚWIATOWEJ! Jaki los czeka POLSKĘ?

„Mamy pewne dowody na to, że został (…) odwieziony do Hiszpanii i Ewa Braun, i Blondi – jego pies – mówił Cooper. Stamtąd dotarli okrętem podwodnym do Argentyny – dodał. Wsiedli więc do pociągu na zachód do Estancia San Ramon i zostali tam na zimę” –  mówi historyk.  Przed wyjazdem do Ameryki Południowej Hitler miał spędzać czas na hiszpańskiej farmie.

Zgodnie z doniesieniami badanymi przez FBI,  Fuhrer przybył do Argentyny wraz z 50 innymi osobami, w tym ze swoim osobistym lekarzem. Niedawne śledztwo położyło jednak ostatecznie kres podobnym teoriom. W 2017 r. Rosjanie pozwolili francuskim patologom na zbadanie kości szczękowej znalezionej w okolicach bunkra. Naukowcy potwierdzili, że należała ona do Hitlera.

Fot. Wikimedia Commons (Hola [CC BY-SA 4.0]) / Źródło: express.co.uk

W niemal 74 lata od zakończenia II wojny światowej na jaw wychodzą szokujące informacje.

 

W 1950 r. w Niemczech podpisano ustawę o zaopatrzeniu ofiar wojny (Bundesversorgingsgesetz BVG). Na jej mocy ok. 2 tys. osób pobiera świadczenia i są to m. in. kolaboranci III Rzeszy oraz byli członkowie Waffen-SS!

 

Josef Schuster, szef Centralnej Rady Żydów w Niemczech powiedział, że to „sytuacja nie do przyjęcia”

 

„Jesteśmy to winni ofiarom, by władze stanowczo sprawdziły żyjącą niewielką grupę osób pobierających świadczenia rentowe oraz wyciągnęły z tego konsekwencje.”

 

Oczywiście Josef Schuster ma rację, ale jak to możliwe, że naziści do tej pory, przez tyle lat dostawali świadczenia od państwa?

W czasie II wojny światowej zginęło ok 60 mln. ludzi. Tymczasem naród, który spowodował takie spustoszenie „nagradza” osoby, które w tym uczestniczyły.

 

Warto tez przypomnieć, że w par. 1 ustawy Bundesversorgingsgesetz BVG napisano:

 

„Odmawia się zasiłku, jeżeli osoba występująca z roszczeniem lub osoba, od której przysługuje prawo, naruszyła zasady humanitaryzmu lub państwa prawa”

 

Jak widać niemieckie władze nie uznają holokaustu jako naruszenia humanitaryzmu…

 

fot. pixabay