Tuż przed zakończeniem II wojny światowej członkowie załogi niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz próbowali zbiec przed czekającą ich karą. Jedna z ich dróg ucieczki wiodła przez Czechy. W poszyciu leśnym u naszych południowych sąsiadów odnaleziono niedawno nieśmiertelnik obozowego strażnika. 

Wiadomo, że znalezisko należało do niemieckiego żołnierza ze zbrodniczego oddziału SS-Totenkopf-Sturmbann. Nieśmiertelnik esesmana posiada numer osobisty 1965.

Czytaj także: Amerykański historyk: Po wojnie Hitler ukrywał się w…

Odkrycia dokonał czeski detektorysta Daniel Jirků. Swoim znaleziskiem pochwalił się na facebookowej grupie „Detektor kovů – víc než koníček” (Wykrywacz metalu – więcej niż hobby), skupiającej poszukiwaczy i eksploratorów. Jirků zdradził, że znalazł nieśmiertelnik w przygranicznej miejscowości Harrachov, położonej zaledwie 14 km od Szklarskiej Poręby.

Autor bloga Zwiadowca Historii przypomina, że po wojnie udało się osądzić tylko niewielką liczbę osób pracujących z niemieckich obozach koncentracyjnych.

Szacuje się, że w całym kompleksie nazistowskich obozów pracowało z wolnej stopy około 70 000 osób (głównie SS i gestapo). Po wojnie osądzono około 1700 osób, czyli 2,5% z nich. Z załogi obozu Auschwitz, liczącej około 6500-8000 esesmanów, do jakiejkolwiek odpowiedzialności pociągnięto nie więcej niż 750 osób, z czego 673 sądzonych było w Polsce.

– pisze autor bloga Bartłomiej Stój.

Źródło: Zwiadowca Historii

Fot. Nieśmiertelnik esesmana / Zrzut ekranu (Facebook)

Naukowcom udało się ostatecznie rozszyfrować 13-stronicowe zapiski Marcela Nadjari, więźnia Auschwitz, członka Sonderkommando, który pod przymusem pracował przy krematoriach.

Zapiski greckiego Żyda zostały odkryte w 1980 roku, ale z powodu uszkodzenia gleby tylko około 10 proc. tekstu można było odszyfrować. Dzięki najnowszej technologii całość udało się teraz rozszyfrować rosyjskiemu historykowi Pavelowi Polianowi. Nadjari szczegółowo opisuje, jak każdego dnia eskortował Żydów do komór gazowych, którzy byli „zapakowani jak sardynki”.

Czytaj także: III WOJNA ŚWIATOWA wisi w powietrzu?! Iran zagroził, że…

„Często myślałem, by pójść za nimi i z tym wszystkim skończyć” – pisał 26-letni Nadjari. „Ale chęć zemsty mnie powstrzymywała. Chciałem żyć, by pomścić śmierć mojego taty, mamy i mojej malutkiej siostry”. Najbliżsi Nadjariego zginęli w obozie w 1943 roku.

Nadjari był jednym z 2,2 tys. członków Sonderkommando – żydowskich niewolników SS, którzy eskortowali innych Żydów do komór gazowych. Następnie musieli zbierać złoto, włosy, palić ciała i wyrzucać prochy do rzeki.

26-latek również był myśli, że czeka go tragiczny koniec. Postanowił więc zapisywać swoje przeżycia, by wszyscy dowiedzieli się o zbrodniach hitlerowców. W listopadzie 1944 roku schował 13-stronicowy tekst w termosie, który następnie zakopał nieopodal krematorium.

„Krematorium to wielki budynek z szerokim kominem. Pod ogrodem są dwie potężne piwnice. W jednej ludzie się rozbierają, a druga jest komorą śmierci. Wchodzą tam nadzy i kiedy uzbiera się ich około 3 tysięcy, to są zamykani i gazowani. Po sześciu lub siedmiu minutach cierpienia umierają” – pisał. Zaznaczył także, że w komorze zamontowano rury, by loch przypominał pomieszczenie z prysznicami. O prochach ludzi pisał: Wszystkie ważyły około 640 gramów.

Nadjari przeżył Auschwitz, skąd został przeniesiony do obozu obok austriackiego Mauthausen. III Rzesza Niemiecka w końcu upadła i Nadjari odzyskał wolność. Wziął ślub i w 1951 roku wyjechał do Nowego Jorku, gdzie pracował jako krawiec. Zmarł w 1971 roku.

Źródło: metro.co.uk / RMF24

Chociaż za obchodzenie Wigilii Bożego Narodzenia więźniowie mogli zostać surowo ukarani, w barakach potajemnie śpiewano kolędy. 

Pierwsza wigilia w Auschwitz sprawiała pozory normalności. Więźniom zezwolono na ubieranie drzewek w blokach obozowych, a dzięki wstawiennictwu arcybiskupa Adama Sapiechy komendant Rudolf Hoess zgodził się na przesłanie więźniom ok. 6 tys. niedużych paczek żywnościowych. Mylił się jednak ten, kto przypuszczał, że na czas świąt oprawcy postanowią okazać człowieczeństwo.

Czytaj także: SZOKUJĄCE słowa niemieckiego historyka! „Od początku wojny Polacy byli…”

24 grudnia 1940 r. na placu apelowym stanęła duża choinka przystrojona elektrycznymi lampkami. Nieopodal drzewka Niemcy ustawili stosy martwych ciał, a zastępca Hoessa Karl Fritzsch oznajmił bezceremonialnie, że jest to prezent od załogi obozowej dla pozostałych przy życiu więźniów… Następnie oświadczył, że śpiewanie polskich kolęd jest surowo zabronione.

– W blokach zezwolono na ustawienie choinek. Jedną ogromną choinkę ustawiono przed placem apelowym, obok obozowej kuchni. Parę dni wcześniej jeden z kapów stojąc na podwyższeniu, przeprowadzał naukę śpiewu niemieckiej kolędy „Stille Nacht, heilige Nacht”.  (…) Na lewym skrzydle ułożono ciała zmarłych, które znalazły się akurat w pobliżu oświetlonej choinki. Następnie na podaną komendę wszyscy więźniowie musieli śpiewać kolędę „Stille Nacht, heilige Nacht” – wspominał po latach jeden z byłych więźniów Auschwitz, Karol Świętorzecki.

Pierwsze ofiary Birkenau

Równie dramatyczna była Wigilia w 1941 r. W tym czasie sowieccy jeńcy budowali przeznaczony dla nich podobóz Birkenau. Miejsce to, wznoszone od października 1941 r., stało się jednak ostatecznie – jak dobrze wiemy z historii – obozem zagłady dla tysięcy więźniów różnej narodowości. Ponurą ironią losu jest fakt, że jednymi z pierwszych ofiar Birkenau byli właśnie przymusowi robotnicy, zaangażowani w jego powstanie. A ich masowa egzekucja odbyła się właśnie w Boże Narodzenie, kiedy to Niemcy rozstrzelali 300 najbardziej wycieńczonych więźniów.

Kolejne 42 osoby zamarzły na śmierć w trakcie apelu, który zarządzono zaraz po uroczystej kolacji dla esesmanów. Pomimo siarczystego mrozu strażnicy kazali stać licho odzianym więźniom na placu i słuchać wygłoszonego w języku niemieckim orędzia papieża Piusa XII.

Mimo tych strasznych wydarzeń do kilku bloków przemycono choinki i śpiewano „Bóg się rodzi”. Na czubku jednego z drzewek umieszczono nawet figurkę białego orła, wyciętą z brukwi przez rotmistrza Witolda Pileckiego.  Ponadto przebywający w bloku 18A ksiądz katolicki odprawiał komunię świętą, zastępując hostię kawałkami chleba.

Podobne do pierwszej obozowej Wigilii były także święta w 1942 r. Niemcy kazali wówczas więźniarkom z bloku kobiecego ustawić pod choinką ciała zabitych wcześniej mężczyzn. – W obozie męskim w dzień wigilijny zebrano komando mężczyzn i kazano im przenosić w połach marynarek ziemię, kto zbyt mało jej nazbierał, był zabijany strzałem. Ułożono wtedy cały stos zwłok pod choinką – opisywała ten dzień była więźniarka Krystyna Aleksandrowicz. 

Koniec „makabrycznych” prezentów

Zmiana w podejściu strażników do obozowych Wigilii nastąpiła dopiero w listopadzie 1943 r., gdy Arthur Liebehenchel zastąpił Hoessa na stanowisku komendanta. Odtąd przekazywano więźniom paczki świąteczne od ich rodzin i wydano zgodę na dzielenie się opłatkiem. Można też było jawnie organizować wieczory świąteczne w blokach i śpiewać kolędy w narodowych językach. Rok później Boże Narodzenie obchodzono także w bloku śmierci. Strażnicy nie robili też problemów, gdy na choince pojawiły się małe polskie flagi. Jedna z więźniarek przebrała się nawet za świętego Mikołaja i rozdawała drobne prezenty dzieciom przebywającym w obozowym szpitalu.

Przez chwilę można było odnieść nawet wrażenie, że w obozie panuje dobra atmosfera, a to straszliwe piekło na Ziemi zaczyna nabierać cech normalności. Można było, gdyby nie fakt, że do czasu wyzwolenia Auschwitz ludzie wciąż byli zabijani przez esesmanów… Dla tysięcy więźniów, którym udało się przetrwać, dzień wolności nastał jednak już po miesiącu od zorganizowania ostatniej Wigilii w obozie.

Fot. Bundesarchiv, B 285 Bild-04413 / Stanislaw Mucha / CC-BY-SA 3.0

Wczoraj obchodzono 74 rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz przez Armię Czerwoną. Na zorganizowanych obchodach byli obecni więźniowie obozu i premier Morawiecki.

Na uroczystości nie pojawił się prezydent Andrzej Duda, który dzień wcześniej pił piwo z górnikami i Pawłem Kukizem.

Przybyli za to faszyści i antysemici z Piotrem Rybakiem na czele. Piotr Rybak zasłynął tym, że we Wrocławiu w 2015 roku spalił kukłę Żyda. Otrzymał za to wyrok 10 miesięcy bezwzględnego więzienia, zastąpiony później 3 miesiącami. Ostatecznie nie odsiedział wyroku.

Razem z Rybakiem przyjechało około 50  faszystów i antysemitów. Zorganizowali oni własny marsz, którym chcieli upamiętnić pomordowanych Polaków. W opinii Rybaka w Oświęcimiu zamordowano głównie Polaków. Nie jest to prawdą, bowiem Polaków zamordowano około 75 000 aa Żydów ponad 1 mln.

W drodze do Oświęcimia narodowcy zostali sześć razy zatrzymani i kontrolowani przez drogówkę, policjanci zabrali im też nagłośnienie. Głośno przeciwko temu protestował Rybak, krzycząc, że „to rozbiór Polski”.

Pod bramą obozu  Rybak krzyczał: „– Czy my jesteśmy krajem niepodległym?  na co zgromadzeni odpowiedzieli głośnym „nie”. – Czas walczyć z żydostwem i uwolnić od niego Polskę! Gdzie są rządzący tym krajem? Przy korycie! I to trzeba zmienić. Niech Bóg błogosławi moją ojczyznę! – krzyczał Rybak.

Demonstranci byli ubrani w tzw. odzież patriotyczną, nieśli flagi, jeden z mężczyzn niósł plakat z wizerunkiem Hitlera, flagą Niemiec i napisem „made in Germany”.

Dziś zostało złożone zawiadomienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa – propagowaniu haseł faszystowskich i antysemickich.

Media światowe obiegły relacje z tych wydarzeń wzbudzając oburzenie.

Pomimo apeli do policji, nie zatrzymała ona nikogo, ani nie przerwała faszystowskiej demonstracji.

Jacek Sasin w mediach społecznościowych uznał, że nie ma potrzeby nikogo zatrzymywać, bo chodzi o wybryk marginalny. Zapomniał jednak, że w Polsce tego rodzaju wystąpień zabrania prawo.

Źródło: naTemat

Fot. Wrocław

ZOBACZ TEŻ: https://malydziennik.pl/mocne-slowa-premiera-w-auschwitz-zaglady-nie-dokonali-jacys-nazisci-ale-niemcy/