Jak się oblicza w drodze na najwyższy szczyt świata zmarło ponad 200 wspinaczy z całego świata. Jeden ze współczesnych himalaistów dokonał makabrycznego odkrycia. Ich martwe, niepogrzebane ciała służą dziś jako swoiste drogowskazy dla kolejnych wspinaczy…

Mount Everest nosi dumne miano najwyższej góry świata. Mało kto jednak wie, że równocześnie powinien być nazywany największym open-air cmentarzem. Od czasu gdy w 1953 roku Edmund Hillary i Tenzing Norgay jako pierwsi weszli na ten szczyt marzeń, w ich ślady ruszyły już ponad 4000 osób. Wielu z nich nigdy nie wróciło do domu.

Strefa śmierci

Według lekarzy i alpinistów strefa gór powyżej wysokości 8000 m npm nazywana jest po prostu „strefą śmierci” W tym nieludzkim miejscu jest zaledwie 1/3 tej ilości tlenu, jaką mamy do dyspozycji na nizinach. Ciśnienie atmosferyczne jest kilkakrotnie niższe niż „na dole”. To wszystko sprawia, że wspinacze odczuwają właśnie dziesięć razy większy wysiłek przy najmniejszym ruchu.

Czytaj także: TEGO nie wiedziałeś! We wrześniu 1939 r. Polacy użyli… broni chemicznej

Przyjmuje się, że żaden człowiek nie wytrzyma w takich warunkach dłużej niż 48 godzin. Już choćby jeden nocleg na tej wysokości może doprowadzić wspinacza do niemal pomieszania zmysłów…

Wielu wspinaczy, którzy zbyt długo przebywali w „strefie śmierci” zapłaciło za to odmrożeniami, inni zostali tam na zawsze.

Ciała smagane wiatrem i śniegiem

Standardowo etykieta wspinaczy mówi, że ciała należy zostawiać tam, gdzie są. Inie próbować ich pogrzebać. Tak się też dzieje… Dziś jednak ciała poległych kolegów służą kolejnym wspinaczom jako makabryczne punkty orientacyjne i „drogowskazy”.

Jednym z najbardziej znanych punktów jest ciało wspinacza określane jako „zielone buty”. Nazwa pochodzi oczywiście od obuwia nieszczęśnika, które świetnie zachowane nadal „cieszą oko swoją jaskrawą zielenią. Nie można tego stwierdzić z całą pewnością, ale przypuszcza się, że są to zwłoki hinduskiego wspinacza: Tsewanga Paljora, który zaginął w drodze na szczyt w 1996 roku.

Ciało Tsewanga leży w zagłębieniu skały, którą nazwano nawet „Green boots cave”. Odpoczywa tam w drodze na szczyt wielu himalaistów, także jest niemal niemożliwe, by go nie zauważyć. W 2006 roku do Tsewanaga „Zielone buty” dołączył kolejny wspinacz, Amerykanin David Sharp, który usiadł na chwilę w pieczarze i… zamarzł tam na śmierć. Jego zamarznięte zwłoki, w makabrycznej pozie, kucającego z rękami obejmującymi kolana do dziś „siedzą” w rogu tej małej jaskini.

Ponura prawda jest taka, że w dniu śmierci sharpa jego zamarznięte zwłoki minęło około czterdziestu (!) wspinaczy. W tym czasie on jeszcze żył! Mimo, że widzieli w jakim jest stanie, nikt nie zatrzymał się koło nieszczęśnika i nie zaoferował mu pomocy.

Ich zachowanie skrytykował pierwszy zdobywca Everestu Sir Edmund Hillary:

Jeśli widzisz kogoś w takim stanie jak Davis, Twoim cholernym obowiązkiem jest pomoc. Musisz zatrzymać się i zejść z nim na dół. Zdobywanie jakiegoś cholernego szczytu w takich okolicznościach staje się naprawdę mało ważne.

Najstarsze truchło

W 1999 roku odkryto na zboczu Mount Everest ciało najdłużej poszukiwane w historii. To pozostałości Geogra`a Mallorego sławnego brytyjskiego wspinacza, który zaginał w 1924 roku. Jego ciało odnaleziono więc dopiero po 75 latach! Było to możliwe dzięki wyjątkowo ciepłej wiośnie, która tego roku panowała w Himalajach. Być może Mallory był pierwszym prawdziwym zdobywcą Ojca Gór, a zginął już podczas zejścia po udanym ataku szczytowym Niestety on sam nigdy nie mógł tego nikomu opowiedzieć…

Jego ciało, a właściwie jego część – korpus, lewe ramię i połowa nóg zachowała się w znakomitym stanie. Jego skóra była biała jak marmur. Pozostały na nim ślady ubrania, a także niezużyte butle z tlenem. Wokół jego barku pozostały widoczne otarcia skóry powstałe na skutek tarcia liny wspinaczkowej o ciało. Mallory był za życia sławnym himalaistą – był on autorem słynnego powiedzenie. Kiedy dziennikarze pytali go, dlaczego tak bardzo stara się zdobyć Everest, odpowiedział, „po prostu., dlatego, że jest!”

Komentarze