CYWILIZACJA

Poród? Tylko z mężem. Innego sobie nie wyobrażam

„Z obecności mężczyzn przy porodzie jest więcej złych niż dobrych konsekwencji” – orzekli specjaliści zebrani w Katowicach na II Kongresie Wyzwań Zdrowotnych. Być może mówili o sobie, bo ja jako kobieta widzę same plusy obecności męża przy porodzie.

Lata 70. i 80. ubiegłego wieku. To wtedy moja mama rodzi mnie i mojego brata. Mój tata może stać pod szpitalem, czekać na wiadomość od żony w domu, żonie towarzyszyć nie może. Jeśli sala porodowa będzie w miarę nisko, to być może ktoś przez okno pokaże mu dziecko. Jeśli będzie na wysokim piętrze, zobaczy je dopiero później. Moja mama nie wspominała miło tych porodów. Podobnie jak wiele mam moich koleżanek. Zostawione same sobie, bez żadnego wsparcia, zdane na łaskę, a częściej wtedy niełaskę personelu, traktowane jak intruzy, nie raz słyszące prostackie komentarze, kiedy krzyczały z bólu. Porodówka jak rzeźnia. Jak z najgorszego snu.

 

Moje dzieci przyszły na świat już w XXI wieku. Szkoły rodzenia były normą, porody rodzinne także. Co jakiś czas wracała co prawda dyskusja na temat obecności mężczyzn przy porodzie, ale generalnie zmiana ta była na plus. Na plus na pewno dla kobiety. I dla małżeństwa. Bo poród jednoczy, a nie dzieli.

 

Przeciwnicy obecności mężczyzn na porodówkach argumentowali, że poród to od zawsze była domena kobiet, zawsze tym zajmowały się kobiety, więc po co teraz na siłę wciskać w tę kobiecą przestrzeń przedstawicieli płci przeciwnej. Ano kiedyś to była przestrzeń kobiet. Akuszerkami były kobiety, a rodząca otoczona była swoimi siostrami, szwagierkami, babciami, matkami, sąsiadkami. I to one ją w bólu wspierały. One podały wodę, pomogły wstać z łóżka. Dziś kiedy prawie sto procent porodów odbywa się w warunkach szpitalnych, jest to po prostu niemożliwe. Oczywiście, kobieta może wybrać sobie jako osobę towarzyszącą inną kobietę (mamę, siostrę, przyjaciółkę czy doulę), ale z jakiegoś powodu częściej jednak kobieta woli rodzić z ojcem dziecka. Nie jemu na złość, nie za karę, tylko dlatego, że narodziny dziecka to sprawa tak samo jej, jak i ojca, więc dlaczego odbierać mu pierwsze chwile bycia z dzieckiem.

 

Czy to tylko moda? Nie sądzę. To potrzeba bycia razem w tym niezwykłym momencie, w którym rodzi się człowiek. Owoc miłości tych dwojga. To takie symboliczne dopełnienie aktu poczęcia. Wtedy byli razem, i teraz, kiedy ta mała istotka się rodzi, też są razem. Szpitale dziś naprawdę dbają o intymność nie tylko rodzącej kobiety, ale też i pary. Niesowitym doświadczeniem było dla mnie to, że podczas każdego porodu mój mąż mógł być ze mną. Pomagał mi, troszczył się o mnie, żartował i rozśmieszał, kiedy skurcze dawały mi się we znaki. To było dla nas oczywiste, że w tym momencie będziemy razem. Niesamowite był też chwile już po narodzinach dzieci (także tych, które przyszły na świat przez cesarskie cięcie), kiedy mogliśmy już w trójkę po prostu ze sobą być. Zmęczeni, ale szczęśliwi, wpatrzeni w tę małą kruszynkę, która zaprosiliśmy do naszego życia. Dla mnie to niezapomniane doświadczenie, i tym ważniejsze, że przeżywaliśmy je razem.

 

W dyskusji o obecności mężczyzn przy porodzie podnoszony jest jeszcze inny argument, który mocno wybrzmiewał na katowickiej konferencji (a przynajmniej mocno wybiły go media). Otóż, mężczyźni nie powinni brać udziału w porodzie, bo nie są gotowi na to, co zobaczą na sali porodowej. „Te fizjologiczne obrazy nie są podniecające. Mężczyźni mają z tym problem, poród śni się potem połowie z nich. Jest może 15 proc. mężczyzn, którzy są na to przygotowani, pozostali – nie” – tłumaczyła ginekolog prof. Violetta Skrzypulec-Plinta. Bez żartów, jeśli facet spodziewa się podniecających obrazków na sali porodowej, to może niech zastanowi się, czy jest gotowy na to, by zostać ojcem. Bo może mentalnie zatrzymał się na etapie gimnazjum. Dojrzały mężczyzna zdaje sobie chyba sprawę, że na sali porodowej i chwilę po porodzie kobieta sexapealem tryskać nie będzie. Twarz jej będzie zdobił raczej grymas bólu niż promienny uśmiech (szczególnie podczas skurczy). Może nie zawsze będzie panować nad swoim ciałem przywdzianym nie w zwiewną koszulkę, a mniej seksowne ubranie. To naprawdę nie ma w tym momencie znaczenia. Tu się dzieją ważniejsze rzeczy. Rodzi się człowiek.

 

Wielu mężczyzn też się ponoć martwi, że za dużo podczas porodu zobaczą i odechce się im seksu z własną żoną. Pytanie tylko, kto im każe tam patrzeć? Niech patrzy żonie w oczy, niech do niej mówi, niech jej pomaga, głaszcze, nie musi kontrolować postępów porodu, rozwarcia szyjki czy rodzenia łożyska. Od tego podczas porodu są specjaliści. On niech się skoncentruje na żonie. I choć wiele kobiet (w tym ja) nie jest za miła wówczas dla męża, obwinia go za ból porodowy i wszystkie nieszczęścia, które ją spotykają, to naprawdę docenia jego obecność.

 

Facet, jeśli jest dojrzałym facetem, nie będzie się roztkliwiał nad sobą, ani użalał, jaki to on nieszczęśliwy, że żona go na poród zaciągnęła. On tam jest dla żony. Nawet jeśli nie czuje się tam komfortowo, a ona potrzebuje jego obecności, to bierze to na klatę. I po prostu jest. Za matkę nie urodzi, ale może sprawić, że ten fizjologiczny proces nie będzie się kojarzył wyłącznie z fizjologią czy bólem, a z metafizyką, z czymś, co jeszcze bardziej scementuje związek. Sprawdzianem z człowieczeństwa i miłości są sytuacje ekstremalne. A takim ekstremum jest każdy poród. Nie troszczcie się więc panowie o poczucie własnej estetyki, troszczcie się o matki waszych dzieci. W momencie porodu my was naprawdę potrzebujemy.

 

Małgorzata Terlikowska

 

 

 

Źródło: Mały Dziennik

Komentarze

Zobacz także

PRZERAŻAJĄCA relacja strażaka z Grenfell: "krzyki dzieci. (…) Krzyki. Krzyki o pomoc"

Redakcja malydziennik

Niechlubny rekord Kanady. 650 milionów dolarów na…

"Wypłuczą to z Ciebie, nawet nie poczujesz…" Poruszające świadectwo młodej matki

Redakcja malydziennik
Ładuję....