POLITYKA

O tym, jak Kaczyński wystraszył się Le Pen

Sławny lub niesławny wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej i sprzeciw wobec niego ze strony polskiego rządu doczekał się bliskiej nieskończoności liczby komentarzy i interpretacji.

Jedne mówią po prostu o klęsce obozu rządzącego, inni o przemyślnym planie, który przeprowadził Jarosław Kaczyński kalkulując formalną porażkę, ale uzyskując w zamian osłabienie pozycji Tuska, zmiękczając na przyszłość inne państwa obawiające się polskiego weta. Wszystkie te domysły ciągnęły się w nieskończoność, a oliwy do ognia dolewał jeszcze minister sprawa zagranicznych Witold Waszczykowski przewidując ochłodzenie relacji polskiego rządu z Unią Europejską.

 

Jak było tego do końca nie wiadomo, trudno podejrzewać, że Kaczyński był powodowany jedynie chęcią zemsty na nielubianym polityku lub że rzeczywiście oczekiwał, iż uda się kandydaturę Jacka Saryusza-Wolskiego przepchnąć kolanem w ostatniej chwili. Także te moje podejrzenia być może kiedyś okażą się zupełnie zabawne, gdy za lat kilkadziesiąt światło dzienne zobaczą dokumenty – świadkowie wydarzeń sprzed kilku dni. Może głosy Waszczykowskiego o tym, że Polska została oszukania mają jakiejś potwierdzenie. Może znacznie szybciej przeczytam wspomnienia, któregoś z uczestników wydarzeń relacjonującego przebieg wypadków.

 

Trzeba to jednak zostawić zupełnie na boku. Warto natomiast w kontekście ostatnich wydarzeń przyjrzeć się reakcji polskiego rządu wczorajszy “fake news” o tym, że Marine Le Pen zaprasza Jarosława Kaczyńskiego do rozmontowania Unii Europejskiej. Sądzę, że niespotykania i zupełnie niepolityczna gwałtowność tej reakcji dobrze oddaje skalę napięcia, jakie w środowisku partii rządzącej wywołały wypadki wokół wyboru Donalda Tuska. Ostra i ostatecznie niezbyt mądra reakcja na “fake news” “Rzeczpospolitej” wydaje się być rezultatem jakiegoś przestrachu własnymi poczynaniami i oporem, jaki został postawiony w Radzie Europejskiej. Odcięcie się od Marine Le Pen i jej rzekomej propozycji wygląda na zachowanie dobrego ucznia, który jednak ma poczucie, że ostatnio troszkę przesadził i nadwerężył zaufanie.

 

Jeśli rzeczywiście miała miejsce taka dynamika zdarzeń to faktycznie tylko bardzo źle świadczy o obozie rządzącym, który nie prowadzi żadnej polityki suwerennej, a jedynie reaktywną, której niebezpieczeństwem zawsze jest możliwość “przereagowania”. Gdy działamy z siebie i znamy cele do osiągnięcia udaje nam się też zwykle uzyskać rodzaj dystansu wobec zewnętrznych i wewnętrznych nacisków – po prostu wiemy, co robimy. Reaktywność zaś sprowadza się nieraz do prostej zasady “na złość mamie odmrożę sobie uszy”.

 

Tomasz Rowiński


Autor jest redaktorem i publicystą pisma “Christianitas”

Źródło: Mały Dziennik

Komentarze

Zobacz także

WYŁUDZILI 270 mln zł od Skarbu Państwa! Szef VAT-owskiej mafii zatrzymany na… Filipinach!

Redakcja malydziennik

Śmierć Magdy Żuk, czyli… ZOBACZ!

A jednak! TVP chce na stałe współpracować z Kielcami. Będzie nowy doroczny festiwal?

Ładuję....