Mały Rupert Sanders mógłby przeżyć. Jednak zajmująca się nim położna zignorowała powiadomienia dawane przez aparaturę. Do tragedii doszło w Staffordshire w centralnej Anglii.
Nie jest to jednak wydarzenie z wczoraj – rodzina o fakcie niedopełnienia obowiązków przez pracowników szpitala dowiedziała się po 4 latach od śmierci dziecka. Rada Pielęgniarek i Położnych nie wniosła bowiem oskarżenia przeciwko Carol Marston, która anulowała alarmy, ani przeciwko jej koleżance Anne Mather, która nie zareagowała na ten fakt. Wszystko dlatego, że sprawą zajmowała się… ich koleżanka.
Problemy ze zdrowiem Ruperta zaczęły się już w łonie matki, kiedy niefortunnie wokół szyji zawinęło się łożysko. Odcięło go to od dopływu natlenowanej krwi.
Położne, które nie wiedziały o tym fakcie, odłączały alarm – który w przypadku życia tego dziecka był krytycznym. Rupert żył tylko 3 dni. Sprawa wyszła na jaw, gdy Sandersom urodziło się drugie dziecko. Matka poprosiła wtedy o akta Ruperta.
Położne mówią, że żałują, że nie zareagowały odpowiednio. Dopiero teraz pierwsza z nich dostała 5-letni nadzór, a druga 1,5 roczne zawieszenie w pełnieniu obowiązków. Dziecko umarło z powodu ustania pracy wielu organów.