CYWILIZACJA

Miała nie przeżyć… Poznaj historię wybudzonej ze śpiączki AGNIESZKI!

Może to była pomyłka, niefrasobliwość lekarska, zbyt wcześnie wypowiedziane nieprzemyślane słowa: „Nie przeżyje. Może rozważą Państwo możliwość oddania organów córki, mogą komuś uratować życie…”. Trudno stwierdzić, co by było, gdyby rodzice Agnieszki Terleckiej nie mieli w sobie tak wiele determinacji, a pośród znajomych kogoś, kto znał znakomitego neurochirurga. Czy orzekana by była śmierć mózgu Agnieszki?

W 2003 roku, gdy miała jedenaście lat, na obozie jeździeckim spadła z konia. Mimo że miała na głowie toczek, doszło do obrażeń mózgu i śpiączki. W dokumentacji medycznej lekarka w szpitalu napisała: „objawy śmierci pnia mózgu”. Pytała rodziców o wstępną zgodę na pobranie narządów do transplantacji. Rodzicom udało się dotrzeć najpierw do prof. Marka Harata (neurochirurga), a potem do prof. Jana Talara. Gdy nieprzytomną córkę zabierali do kliniki prof. Talara, pani doktor przekreśliła wcześniejszą diagnozę „objawy śmierci pnia mózgu” i zastąpiła ją słowami: „objawy stłuczenia pnia mózgu”.

 

Agnieszka to dziś wysoka, szczupła, elegancka dziewczyna, absolwentka kulturoznawstwa i grafiki komputerowej. Pracuje jako grafik komputerowy, fotografuje, projektuje strony internetowe. Wciąż szuka swojego miejsca w świecie. Wie, że dostała drugie życie. Nie ma wątpliwości, że dał je jej prof. Jan Talar.

 

Prof. Talar to drugi ojciec mojej córki. Opowieść ojca — Roberta Terleckiego

 

Agnieszka spadła z konia, doszło do ciężkiego urazu głowy. Na miejscu była lekarka, zadzwoniła po pogotowie, powiedziała, co się stało. Dzięki temu lekarze do karetki od razu zabrali leki przeciwobrzękowe.

 

Pogotowie zawiozło córkę do szpitala w Pile. Mnie o wypadku powiadomiono dopiero po sześciu godzinach. Gdy przyjechałem, lekarka powiedziała, że stan jest ciężki, właściwie krytyczny. Ordynator szpitala w Pile powiedziała, że szanse córki na przeżycie są znikome. Zapytała, czy nie chciałbym pomóc innym ludziom i w razie czego zgodzić się na przekazanie organów córki do transplantacji. To był dla mnie szok. Powiedziałem, że muszę się zastano-wić. Dzięki swoim znajomościom zawodowym (Robert Terlecki, ojciec Agnieszki, był związany ze sportem żużlowym.) skontaktowałem się z prof. Markiem Haratem, neurochirurgiem. Obejrzał Agnieszkę, stwierdził, że to przypadek nieoperacyjny i poradził, żebym skontaktował się z prof. Janem Talarem, który był wtedy szefem Kliniki Rehabilitacji szpitala w Bydgoszczy.

 

Następnego dnia zapytałem pani ordynator z Piły, czy będę wiedział, kto dostałby te organy córki. Usłyszałem, że tak się nie robi. Powiedziałem, że w takim razie nie wyrażam zgody. Byłem już wtedy po rozmowie z prof. Talarem, który powiedział, żebym nie zgodził się na podpisywanie żadnych dokumentów.

 

Mówiłem pani ordynator, że widzę zmiany w wyglądzie źrenic Agnieszki. Ale ona stwierdziła, że żadnej zmiany nie ma, że to tylko ja chciałbym taką zmianę zobaczyć. Uważała, że nie ma co robić sobie nadziei. Po kilku dniach prof. Talar zasugerował, żeby spróbować odłączyć Agnieszkę od respiratora. Udało mi się namówić do tego lekarza prowadzącego. Córka zaczęła samodzielnie oddychać.

 

Dziewiątego dnia od wypadku powiedzieliśmy z żoną, że chcemy zabrać Agnieszkę do innego szpitala. Po wielkich dyskusjach: „Po co”, „To nie ma sensu”, szpital w Pile się zgodził.

 

W wypisie Agnieszki było napisane: „objawy śmierci pnia mózgu”. Na pytanie mojej żony, dlaczego taki zapis, pani ordynator stwierdziła, że to pomyłka. Przekreśliła słowa: „objawy śmierci pnia mózgu” i wpisała: „objawy stłuczenia pnia mózgu”. Nawet się pod tym przekreśleniem nie podpisała, więc wyglądało to trochę tak, jakby ktoś spreparował dokument!

 

Na basen w śpiączce

 

Zawieźliśmy Agnieszkę do kliniki prof. Talara w Bydgoszczy. Już pierwszego dnia, jak ją zobaczył, powiedział, że będzie dobrze. A ona wtedy leżała bez najmniejszego ruchu.

 

Klinika Profesora to był bardzo nowoczesny oddział szpitalny, widać było też dużą dyscyplinę personelu. Pacjenci od 7 rano mieli zajęcia: na basenie (był w szpitalu), w sali gimnastycznej. Na dachu szpitala prof. Talar zbudował ogród: wjeżdżało się tam specjalną windą. Pacjenci jeździli tam „na spacer”.

 

Profesor od razu powiedział, że zabieramy się do roboty. Poszedłem załatwiać sprawy, po chwili wracam, patrzę — na końcu korytarza ktoś siedzi na wózku inwalidzkim, głowa mu zwisa bezwładnie. Podchodzę bliżej, patrzę — to Agnieszka! Myślę: „Czy komuś rozum Pan Bóg odebrał?”. A Profesor mówi: „Panie Terlecki, niech pan się nie martwi, na basen z córką jedziemy!”. Myślę: „Wariat jakiś, przecież ona jest nieprzytomna!”.

 

Rzeczywiście zabrali Agnieszkę na basen! Była w śpiączce, nie ruszała nawet palcem, nie otwierała oczu!

 

Profesor bardzo dbał o pacjentów, byli dla niego najważniejsi. Ostry był. Zdarzyło się, że pielęgniarka nie zauważyła, że ręka Agnieszki zwisała na oponę wózka i przez to się obtarła. Jak Profesor to zobaczył, zrobił straszną awanturę. Potem, jak zabierałem Agnieszkę na basen, trzeba było zawijać rękę w plastry, bandaże, żeby niczym się nie zakaziła.

 

W tej klinice pacjent nie leżał bez ruchu nawet piętnastu minut w ciągu dnia. Zajęcia były non stop, zaplanowane na cały dzień: co chwila rehabilitacja na innych przyrządach. Im lepiej pacjent zaczynał funkcjonować, tym zajęcia były na wyższym poziomie.

 

Nosiłem Agnieszkę na basen, podtrzymywałem ją w wodzie. Miała ćwiczenia, bo robiły się jej przykurcze, trzeba było rozluźniać mięśnie. Odprężała się w wodzie.

 

Wybudzenie Agnieszki poszło jak burza. Według lekarzy z Piły nie miała szans na życie, normalne funkcjonowanie, mówienie, komunikację, poruszanie się. A ona po dziesięciu dniach otworzyła oczy! Po dwóch miesiącach, kiedy wychodziliśmy z kliniki, Agnieszka już chodziła! Słabo jesz-cze, ale chodziła na własnych nogach. Jadła sama, mówiła.

 

Razem z żoną byliśmy z Agnieszką w klinice prof. Talara przez cały czas.

 

Nie tylko córka dochodziła tam do siebie. Pamiętam chłopaka z Olsztyna, który miał złamany kręgosłup po skoku do wody. Wydawało się, że nie ma dla niego żadnej nadziei — a pewne umiejętności zaczęły mu wracać. Inny miał uszkodzony rdzeń kręgowy: spotkałem go po dwóch latach, chodził o jednej kuli.

 

Przed powrotem do domu pojechaliśmy z Agnieszką do szpitala w Pile — umówiłem się tam z dyrektorem szpitala, lekarzem prowadzącym i z panią ordynator. Ale pani ordynator nawet na nas nie poczekała. Bała się spojrzeć nam w twarz? Gdy weszliśmy na oddział z córką, pielęgniarka aż klęknęła, jakby obraz na Jasnej Górze zobaczyła! Płakała.

 

Pani ordynator tłumaczyła się potem, że diagnoza Agnieszki to był błąd lekarski.

 

Nawet roku nie straciła

 

Po jakimś czasie przejeżdżałem niedaleko Piły, wstąpiłem do szpitala. Spotkał mnie na korytarzu lekarz, który był lekarzem prowadzącym Agnieszki. Mamy dobry kontakt. Powiedział, że mają podobny przypadek jak Agnieszka, prosił o kontakt do prof. Talara. Dziewczynka miała dziesięć lat, potrącił ją autobus. Zadzwoniłem do Profesora. Nie zastanawiał się, powiedział, żeby ją przywieźć.

 

Niedługo potem zadzwoniła do mnie mama innej dziewczyny w podobnej sytuacji. Agnieszka miała wtedy jechać do kliniki prof. Talara na kolejną rehabilitację. Zadzwoniłem do niego, poprosiłem, żeby przyjął tę dziewczynę, a my przyjedziemy za miesiąc. Profesor wziął do kliniki obydwie. Taki był!

 

Miał potem sprawę w sądzie, ja też byłem przesłuchiwany przez policję. To była jakaś prowokacja. Pytali, czy dawałem mu pieniądze. Powiedziałem, że dałem mu obraz. „A ile kosztował?”. Mówię: „Ramka z Ikei i Agnieszki zdjęcie”. Niezadowoleni byli. Potem okazało się, że w sądzie kilka osób powiedziało, że dało jakieś pieniądze. Tylko że profesor dawał je sekretarce, kupowali za to sprzęt do szpitala. Został uznany winnym bez orzekania kary.

 

W sądzie powiedziałem, że życzę wszystkim, żeby przeszli choć trochę przez to, przez co ja przeszedłem.

 

Mocno zaprzyjaźniłem się z prof. Talarem. To jest drugi tata mojej córki.

 

Agnieszka długo potem miała jeszcze rehabilitację w domu — chodziłem z nią na basen, na salę gimnastyczną, ćwiczyła z neurologopedą — uczyła się mówić, zapamiętywać. Jakiś czas miała problemy z pamięcią. Zdarzało się, że po dziesięciu minutach zapominała, jaka to była lekcja i trzeba było zaczynać wszystko od początku. Szybko jednak dochodziła do siebie. Dwa i pół roku po wypadku wróciła do szkoły. Nadrobiła zaległości — dogoniła rówieśników. Nie straciła nawet roku.

 

Lekarz w składzie komisji

 

Dziwi mnie to, że lekarze tak deprecjonują prof. Talara, mimo że ma on tak dużo przypadków wyleczeń. Pracuje non stop, w domu jest od piątku do niedzieli, a i tak bez przerwy dzwoni telefon, ktoś prosi o pomoc.

 

Lekarze oskarżają prof. Talara, że przez to, co robi i co mówi, maleje liczba transplantacji, a ludzie nie mają zaufania do lekarzy. Ale jak ja mogę mieć zaufanie, skoro lekarka mówi mi, że moja córka umrze albo będzie całe życie bez kontaktu? A Agnieszka jest zdrowa, skończyła studia.

 

latego wystąpiliśmy z pomysłem, żeby zmienić zasady orzekania śmierci mózgu. Pojawił się projekt, żeby rodzina mogła wskazać jednego lekarza do składu komisji orzekającej o śmierci mózgu. Dzięki temu będzie miała większe zaufanie do podjętej decyzji, nie będzie poczucia, że coś jest nie tak. Chodzi o to, żebym wtedy, gdy lekarz mówi: „Panie Terlecki, Pańska córka jest w stanie krytycznym, chcemy powołać komisję, która oceni, czy nie nastąpiła śmierć mózgu”, miał prawo do tej komisji powołać własnego lekarza.

 

Lekarze sami podkreślają, że ludzie im nie ufają. Skoro tak, to obecność lekarza wskazanego przez rodzinę spowodowałaby wzrost zaufania. Wiele razy mówiliśmy o tym z prof. Talarem, także w sejmie. Ale lekarze na to się nie godzą. Dlaczego?

 

Już nie czuję się nieśmiertelna. Opowieść Agnieszki Terleckiej

 

Pamiętam, że obudziłam się w zielonej sali. Obok mnie puste łóżko, z drugiej strony też puste łóżko, a na następnym — sparaliżowana kobieta. Pomyślałam, że to jakiś sen, który mi się śni i zaraz się obudzę. Potem przyszła mama, zabrała mnie na ćwiczenia, na basen, na zajęcia z logopedą. Cały czas miałam przekonanie, że zaraz się obudzę. Po obiedzie mama zabrała mnie do parku i wtedy zaczęłam myśleć, że ten sen trwa już za długo. Wtedy pierwszy raz zadałam mamie pytanie: „Co ja tutaj robię?”.

 

Mama uważa, że wtedy odzyskałam świadomość. A ja odzyskałam świadomość już tamtego ranka.

 

Nic nie pamiętam z tego, gdy byłam w śpiączce. Pamiętam obóz jeździecki — wszystko, aż do dnia przed wypadkiem. Dzwoniłam do mamy, płacząc, że koleżanki mnie nie lubią i chcę wracać. Nie wszystko mi się tam podobało: najpierw jeździłam na ośmioletniej klaczy, ale kierowniczka obozu stwierdziła, że da mi półtorarocznego ogiera. Wsiadłam na niego, poniósł mnie w lesie: złapała nas burza, on się przestraszył. Zapanowałam nad nim, ale poprosiłam opiekunkę o zmianę konia. Stwierdziła, że albo jeżdżę na tym, albo na żadnym.

 

Następnego dnia zdarzył się wypadek.

 

Żyję dzięki prof. Talarowi

 

Wiem, jakie były pierwsze diagnozy i że nadzieję dał moim rodzicom prof. Talar. Podobno jak pierwszy raz posadził mnie na wózku inwalidzkim, to mój ojciec chciał mu zrobić krzywdę. Byłam nieprzytomna, sparaliżowana, a on sadza mnie na wózek!

 

Profesor zawsze będzie dla mnie wyjątkowym człowiekiem, dzięki niemu żyję. Myślę, że za wcześnie mówi się o śmierci mózgu albo rzuca się zdania: „Nic z niego nie będzie”, „Będzie rośliną”. Widziałam u prof. Talara osoby, które były całkowicie sparaliżowane, a przychodzili do nich rehabilitanci. Ciągle coś się działo, było mnóstwo zajęć. Rodzice byli instruowani, jak mnie pobudzać, dawali mi różne rzeczy do jedzenia, do spróbowania, wąchania — żeby obudzić zmysły. Nie od razu po przebudzeniu doszłam do siebie, ale postępy były szybkie: może po tygodniu stanęłam na nogi i uczyłam się chodzić, a po dwóch miesiącach wróciłam do domu. Oczywiście to nie był koniec rehabilitacji: dalej ją miałam, ale już blisko domu. Miałam też indywidualny tok nauczania, nauczyciele przychodzili do mnie do domu. A w czasie ferii zimowych, w wakacje — rehabilitacja w Bydgoszczy. I tak przez dwa lata.

 

Po dwóch latach wróciłam do szkoły, nie straciłam ani jednego roku. Test szóstoklasisty zdałam świetnie, dostałam 38 punktów na 40. W gimnazjum zdarzyła się jedna przykra sytuacja i musiałam zmienić szkołę. Bez problemu przeszłam potem przez liceum i przez studia.

  

Uczenie się na nowo

 

To nie jest tak, że człowiek się wybudzi i już jest wszystko w porządku: mówi, wstaje, wszystkich rozpoznaje. Powrót do normalności to ciężka praca. Mamie kręgosłup przy mnie wysiadł, bo zdarzało się, że w ciągu godziny nosiła mnie sześć razy do łazienki.

 

Uczyłam się wszystkiego od początku, włącznie z relacjami międzyludzkimi. Do mojej cioci potrafiłam powiedzieć: „Sp….aj”, jak mi się coś nie podobało. To norma: wiele razy słyszałam w szpitalu, jak faceci wyzywali swoje narzeczone, siostry, matki, żony od dziwek, k… itp. To taki powrót do bycia na poziomie dziecka, które się nie kontroluje, nie ma blokad. Rodzice nie potrafili tego zrozumieć. Potrafili tylko powiedzieć: „Tak się nie robi”, „Tak się nie mówi” albo że wymyślam. W szpitalu rehabilitanci nie zwracali uwagi, gdy ktoś się źle odzywał, czy nieodpowiednio zachowywał. Najważniejsze było, że w ogóle zaczynał mówić, chodzić.

 

Wyjątkiem była jedna z moich rehabilitantek. Pamiętam, że już wtedy chodziłam, ale brzydko. Mama mówiła: „dobrze, wystarczy”. Ja też miałam dość ćwiczeń, często nawet płakałam na sali rehabilitacyjnej. A wtedy rehabilitantka powiedziała do mojej mamy, że nie chodzi o to, żebym chodziła, tylko żebym chodziła jak modelka, bo jestem kobietą…

 

Widzę, że coś mi z tego wszystkiego zostało. Potrafię komuś odpowiedzieć coś niemiło, czasem nawet po chamsku, nie zastanawiam się, czy go w ten sposób nie urażę. Czasem nie rozumiem bardziej skomplikowanych relacji. Kilka lat temu o swoje zachowanie winiłam leki, zapisane przez neurologa: miały pomagać w koncentracji i pobudzeniu pracy mózgu. Ale nagle zauważyłam, że tracę przyjaciół, bo mówię tylko o sobie. Odstawiłam leki. Trochę się poprawiło, ale nadal są sytuacje, kiedy się nie kontroluję. Muszę coś z tym zrobić.

 

Druga szansa

 

Był czas, że uważałam, że jestem nieśmiertelna. Wdawałam się w ryzykowne sytuacje, uważałam, że skoro raz wydarzył mi się wypadek, z którego wyszłam, już nic nie ma prawa mi się stać.

 

Jak miałam czternaście, piętnaście lat, olśniło mnie, że mogłoby mnie już nie być. Wracałam z mamą samochodem po treningu lekkoatletycznym (kiedy nie chciałam już chodzić na rehabilitację, rodzie kazali mi wybrać sobie jakiś sport — wybrałam lekkoatletykę i basen). I kiedy tak wracałyśmy razem, nagle pomyślałam, że przecież mogłoby już mnie nie być. Bo ktoś mógłby zadecydować, że nadaję się tylko na organy. Popłakałam się. Jedyny raz.

 

Co mi pozostało po urazie? Nie umiem jeździć na rowerze — chyba nie nauczyłam się łapać równowagi. Jak jestem zmęczona, to krzywo stawiam prawą nogę. Silniejszą mam lewą rękę niż prawą. Nie mogę pić alkoholu na spirytusie, przyjmować leków hormonalnych. Powinnam się oszczędzać, więcej spać, wypoczywać… Tylko że ja żyję w trybie nocnym, do czwartej rano i od dziesiątej. Artyści tak mają.

 

Uważam, że dostałam drugą szansę. Dlatego staram się nie marnować życia, każdego dnia uczyć się czegoś nowego. Skończyłam kulturoznawstwo z grafiką komputerową, wcześniej dwuletnią szkołę plastyczną o profilu „Fotografia artystyczna”. Uczę się informatyki, zdobywam zawód technika procesów multimedialnych. Pracuję jako grafik dla jednej z organizacji pozarządowych, projektuję strony internetowe. Pasjonuje mnie kultura, sztuka, lubię podróże. Trenowałam wspinaczkę ściankową, ale na prawdziwe skałki nie odważyłam się wybrać. Przy wspinaczce ściankowej uchwyty są przymocowane, a skała mogłaby się obsunąć. To mnie powstrzymuje przed pójściem w prawdziwe góry.

 

Rozsądek wrócił. Już nie myślę, że jestem nieśmiertelna.

 

Historia Agnieszki Terleckiej to fragment książki Katarzyny Pinkosz, Wybudzenia. Powrót do życia. Polskie historie, Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2017. Książkę możesz kupić TU

 

 

Źródło: Wydawnictwo Fronda

Komentarze

Zobacz także

Czego potrzebuje dusza Lenina? Nie zgadniecie, co uznali muzułmanie i Żydzi?

Redakcja malydziennik

„Klątwa”, czyli nuda do wyrzygania. Z obrzydzenia dla tchórzostwa rzekomych artystów

Redakcja malydziennik

Dramat polskiej olimpijki. Zwraca się z apelem

Redakcja malydziennik
Ładuję....