RELIGIA

Kalifat Europa a objawienia w Fatimie… Czy nadchodzi decydujące starcie z islamizmem?

Czy rzeczywiście czeka nas kalifat Europa? A może Europejczycy odważą się na ostatnią krucjatę czy jakąś formę rekonkwisty i zatrzymają marsz islamu i powiązaną z nią wędrówkę ludów?

 Na te pytania nie ma w tej chwili dobrej odpowiedzi. Przyszłość nie jest zdeterminowana, i nie ma nic takiego jak nieuchronna wersja przyszłości. Europa może się ocknąć, islam może wytracić impet na wzajemnych walkach, albo chrześcijanie spoza Europy mogą przejść do kontrataku i uratować Stary Kontynent. Oczywiście i on się zmieni. Na ulicach będzie znacząco więcej osób o odmiennym kolorze skóry, a w świątyniach coraz częściej modlić się będziemy w sposób bardziej charyzmatyczny i bliski afrykańskim czy latynoskim standardom. W istocie oznaczać to będzie uratowanie Europy, która mimo przemian demograficznych (nie pierwszych w jej historii) pozostanie chrześcijańska. 

 

Może się też okazać, że na kilka wieków nad znaczącą częścią Europy zapanuje islam, i że naiwni Niemcy, Francuzi czy Flamandowie doświadczą rzekomych dobrodziejstw mitycznej Al Andalus. Będzie tam panował szariat, ateistów skazywać się będzie na śmierć, a homoseksualiści o swoich prawach będą mogli tylko pomarzyć, i to zanim ktoś skróci ich o głowę albo ukamienuje. Feministki też nie będą miały łatwego życia. Za sukces uznają zapewne fakt, że ktoś pozwoli kobietom kierować samodzielnie samochodem, a w trakcie rozwodu pozwoli im się zabrać biżuterię, by mogły za nią rozpocząć samotne życie, czekając na mężczyznę, który łaskawie je przygarnie. Katedry, które niemieccy i francuscy chrześcijanie budowali przez wieki z takim wysiłkiem, a które teraz stoją puste, zapełnią się… tyle że już nie katolikami czy – w krajach, w których zostały one przejęte przez państwo – protestantami, ale muzułmanami, bo nie ma wątpliwości, że najpiękniejsze świątynie przejmą właśnie oni, i będą z nich korzystać, tak jak korzystali przez wieki z kościołów przerobionych na meczety w Hiszpanii czy Konstantynopolu. Dzieci i wnuki obecnych Europejczyków, czasem kierując się pragmatyzmem, a niekiedy szczerym poszukiwaniem duchowości, przyjmą islam i tylko naprawdę wierzący chrześcijanie (niezależnie od wyznania) wytrwają przy Chrystusie. A że już teraz jest ich niewielu, to niebawem chrześcijanie (w tym także katolicy) staną się mniejszością, i zaczną doświadczać tego wszystkiego, co jest codziennością wyznawców Ewangelii na Bliskim Wschodzie. Wtedy opowieści o islamie jako religii pokoju i dialogu każdy będzie mógł skonfrontować z rzeczywistością. 

 

Rzym, jeśli rzeczywiście dotrą do niego muzułmańscy najeźdźcy (a niby dlaczego nie mieliby dotrzeć), będzie wielkim arabsko-tureckim miastem, w którego centrum stał będzie gigantyczny meczet, który jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej był… bazyliką św. Piotra. A papież? Muzułmanie są przecież tolerancyjni, pozwolą mu więc zamieszkać w jakiejś willi i sprawować msze święte w jednym z mniejszych kościołów Rzymu. Miejsce jego zamieszkania zostanie, tak jak to jest obecnie z siedzibą patriarchy Konstantynopola, otoczone strzelistymi minaretami, z głośników których pięć razy dziennie będzie rozbrzmiewała modlitwa muezina, tak by biskup Rzymu nie zapomniał, kto rządzi w jego mieście. Nie, nie będzie to oznaczało końca chrześcijaństwa. Ono ma się przecież świetnie. Afrykańczycy, Chińczycy, Hindusi przyjmują je masowo. Jedno jest pewne, chrześcijaństwo w Europie, a przynajmniej na znaczących jej terenach, będzie skończone. Ci, którzy pozostaną przy Ewangelii, będą prześladowani, kapłanów będzie się prześladować, a wolna ewangelizacja będzie należała do historii.

 

Ale i to wcale nie musi być stanem wiecznym. Hiszpania pozostawała pod muzułmańską okupacją w niektórych miejscach niemal osiem wieków, a jednak dzięki niewielkim królestwom katolickim udało jej się nie tylko przetrwać, ale i dokonać rekonkwisty. Kto wie, może podobnie będzie i z Europą? Może miejscem, w którym przetrwa wiara katolicka (a szerzej chrześcijaństwo), będzie Polska albo Ukraina. Może to stąd kiedyś wyruszać będą, by odwojować zagrabione ziemie wojownicy i rycerze (jakkolwiek mieliby oni w przyszłości wyglądać) nowej rekonkwisty. Niemożliwe? A niby dlaczego nie. Historia, wbrew bajkom opowiadanym przez Francisa Fukuyamę, wcale się nie skończyła, a nawet przeciwnie – nabrała tempa. Wieczny kantowski pokój też nie zapanował nad Ziemią i nic nie wskazuje na to, by miał zapanować. Islam wytraci więc kiedyś impet, a wtedy być może powróci czas chrześcijan. Będą oni zapewne różni od tych, których znamy z obecnej Europy, ale wciąż wyznawać będą tego samego Jezusa Chrystusa, niezależnie od rytu, w jakim przyjdzie im sprawować kult Boży.

 

Obecne przyspieszenie historii, wzmożenie eschatologiczne, jakie widać w różnych kulturach i religiach, może być także, i o tym, gdy myśli się po chrześcijańsku, także trzeba pamiętać, znakiem końca historii i końca czasów. Nie jest wykluczone, a przeczucia takie dotykają nie tylko chrześcijan, ale też wyznawców judaizmu i muzułmanów, że stoimy wobec rzeczywistego końca świata, a wielkie wojny religijne, i to także takie toczące się w Ziemi Świętej, są tego zapowiedzią. Gdyby tak było, to czeka nas jeszcze pojawienie się Antychrysta (być może zbiorowego), którego jednym z oblicz (z pewnością nie jedynym) może być wojujący islamizm. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że będzie nim… raczej ktoś, kto spróbuje w imię dialogu międzyreligijnego i prawdziwej tolerancji przywrócić jedną religię i na jej podstawie zbudować pokój… Pokój na trupach chrześcijan, którzy nie zgodzą się nigdy na odrzucenie Chrystusa, który dla Antychrysta ma być przeszkodą w budowaniu nowej religii. Przed takim Antychrystem przestrzegał przed ponad wiekiem Władimir Sołowjow. Warto się zastanowić, czy również takich antychrystycznych znaków nie widać już w naszej rzeczywistości. Czy takim Antychrystem (powtórzę jeszcze raz, być może jednym z wielu) nie jest choćby Barack Obama, którego administracja sugeruje, że życie chrześcijan na Bliskim Wschodzie nie jest zagrożone, bo zawsze mogą oni przejść na islam. Ciekawa to sugestia w ustach kogoś, kto twierdził i twierdzi nadal, że sam jest chrześcijaninem. Gdyby było tak, jak mogą sugerować owe apolityczne przeczucia, to czeka nas jeszcze wielka wojna, wielkie starcie końca czasów, a do tego wielka próba wiary. W takiej sytuacji konieczna jest wytrwała modlitwa.

 

Wojna ta nie będzie tylko starciem chrześcijan i muzułmanów. Wyznawcy obu tych religii mogą oczywiście ze sobą skrzyżować szable (a obecnie kałasznikowy), ale o wiele istotniejsze będzie to, że czeka nas ostateczne starcie dobra i zła (nawet jeśli nie teraz to w mniej lub bardziej odległej przyszłości) i ostateczne – bo to jest przecież obiecane – zwycięstwo Chrystusa. Ono zaś dokonać się może tylko przez Maryję. I kto wie, czy – jak na to wskazywał arcybiskup Fulton Sheen – fakt objawień Matki Bożej w Fatimie nie ma również związku z islamem. „Cokolwiek dzieje się ze zrządzenia Nieba, dba ono o to, aby wszystkie szczegóły zostały dopracowane z najwyższą finezją. Wierzę, że Najświętsza Dziewica wybrała sobie miano «Matki Boskiej z Fatimy» jako obietnicę i znak nadziei dla ludów muzułmańskich i jako zapewnienie, że ci, którzy okazują jej tak wiele szacunku, pewnego dnia przyjmą również Jej Boskiego Syna” – pisał wybitny katolicki apologeta. Fatima to przecież imię ukochanej córki Mahometa, a nazwa tej maleńkiej wioski w Portugalii także związana jest z islamem, bo tak na imię miała córka ostatniego muzułmańskiego dowódcy tej miejscowości. „Zakochał się w niej katolicki chłopak, ona odwzajemniła jego miłość i nie tylko pozostała w Portugalii, gdy muzułmanie odeszli, lecz przyjęła również wiarę katolicką. Jej młody mąż był w niej tak zakochany, że przemianował miasto w którym mieszkali; odtąd nosiło ono nazwę Fatima” – wskazywał arcybiskup. Wszystko to ma sprawiać, że „apostolat wśród muzułmanów odniesie sukces w takim stopniu, w jakim będą oni nauczać o Matce Boskiej z Fatimy. Ponieważ muzułmanie mają nabożeństwo do Maryi, nasi misjonarze powinni zadowolić się rozszerzaniem i rozwijaniem tego nabożeństwa, zdając sobie w pełni sprawę z tego, że Najświętsza Maryja Panna osobiście doprowadzi muzułmanów do Jej Boskiego Syna. Podobnie jak ci, którzy tracą nabożeństwo do Niej, tracą wiarę w Boskość Chrystusa, tak ci, którzy pogłębiają to nabożeństwo, stopniowo zdobywają tę wiarę”.

 

I choć, po ponad pół wieku, jaki upłynął od napisania tych słów przez arcybiskupa Sheena, trudno z podobnym optymizmem spoglądać na pokojowe przyjmowanie przez muzułmanów Chrystusa, to nie sposób nie dostrzec, że ewangelizacja wyznawców islamu już się dokonuje, i że Bóg sam wziął sprawy w swoje ręce. Nie ma też wątpliwości, że Maryja Dziewica, także w znaku Fatimy, ma ogromne znaczenie dla tego procesu, a tajemnice fatimskie, w tym także tajemnica trzecia – niedawno ujawniona – mogą mieć silny kontekst islamski. Dlatego też, gdy zastanawiamy się, co możemy zrobić w obliczu ogromnego kryzysu, odpowiedź dostarcza nam Matka Boża z Fatimy. Otóż tym, co pozostaje nam do zrobienia, jest pokuta, pokuta i jeszcze raz pokuta. A także zawierzanie świata i naszego życia Niepokalanemu Sercu Maryi i codzienne odmawianie różańca. Także w intencji muzułmanów i ich nawrócenia. Jezus Chrystus jest jedyną nadzieją i dla nich, i dla nas. Ostatecznie nie ma znaczenia, czy Europa przetrwa czy nie. Liczy się tylko to, czy my ocalimy nasze dusze.

 

Tomasz P. Terlikowski

 

Tekst pochodzi z książki "Kalifat Europa". 

Źródło:

Komentarze

Zobacz także

UWAGA! Ta wizja bł. Anny Katarzyny Emmerich o ciemności w Kościele właśnie się zbliża!

Redakcja malydziennik

Franciszek zdradza: "w ten sposób buduje się cywilizację miłości!" Sprawdź w jaki!

Redakcja malydziennik

Tą modlitwą będziemy modlić się w Niebie! ZOBACZ!

Ładuję....