Czym jest dar prorokowania? Co się z nim wiąże? Czym jest charyzmat
uzdrawiania? Ojciec Tomasz Gauszka OP odpowiada na …

 

– To nie jest tak, że Bóg mówi, idź głoś, idź działaj, wszystko będzie
dobrze. Bierz gitarę do ręki i wszystko będzie super. Bóg mówi jedną
rzecz: jeżeli idziesz na misję, ja ciebie nie zostawiam samego. W każdej
misji, jaką człowiek podejmuje Bóg daje bardzo konkretne dary. Jeżeli
człowiek nie idzie na misję, niech się nie dziwi,że darów nie otrzymuje
– mówił o. Gałuszka.

– Skoro zbliżamy się do światła jakim jest Bóg, to również coraz więcej
widzimy – dodawał.

 

ZOBACZ:

– Zagłady, która szła wtedy nie zrobili żadni naziści, ale zrobili hitlerowskie Niemcy. Państwo polskie stoi na straży prawdy, która w żaden sposób nie może być relatywizowana – mówił szef rządu Mateusz Morawiecki w dzień obchodów rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau.
27 stycznia 1945 roku żołnierze Armii Czerwonej wyzwolili z rąk hitlerowców obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau. Co roku na uroczystości upamiętniające to wydarzenie przyjeżdża kilkudziesięciu byłych więźniów Auschwitz.

Jak mówił premier Mateusz Morawiecki: – Straszne świadectwa tamtych czasów niełatwo dziś przywoływać.

Szef rządu przywoływał historie ofiar z Auschwitz.

Opowiedział o tragicznych historiach i zapewnił. – Państwo polskie stoi na straży prawdy, która w żaden sposób nie może być relatywizowana. Musimy spojrzeć prawdzie prosto w oczy. Po to, by ta okrutna śmierć w obozach nie została zapomniana.

Morawiecki podkreślił: – Zagłady, która szła wtedy nie zrobili żadni naziści, ale zrobili hitlerowskie Niemcy. Niemcy hitlerowskie karmiły się ideologią faszystowską, którą do dziś tak historycy określają. Całe zło wzięło się z tego państwa i nie wolno o tym zapominać, bo następuje relatywizacja zła.

Premier mówił ponadto: – Państwo polskie stoi na straży prawdy, prawdy, która nie może być relatywizowana w żaden sposób. Taką obietnice pełnej prawdy o tamtych czasach chcę złożyć. Musimy prawdzie patrzeć prosto w oczy. Po to żeby ta śmierć okrutna, która dotknęła wszystkich więzionych tutaj, żeby oni nie zginęli jeszcze raz

kasl/media

Czy od papieża — powierzając mu konkretne zadania — należy się domagać nadludzkich sił? Czy przypadkiem nie wkładamy za dużo na jego barki? A może trzeba dać mu możliwość przejścia na emeryturę?

 

Nie mam wątpliwości, że żyjemy w czasach teologicznie ciekawych i jednocześnie złożonych, to znaczy w okresie intensywnych przemian oraz poszukiwań nowej formy tak dla wiary, jak i dla Kościoła. Nie przeraża mnie to, że na wiele pytań nie mamy jasnych czy jednoznacznych odpowiedzi i że stajemy w obliczu nowych problemów, jak choćby tych z dziedziny bioetyki, które stawiają nas w kłopotliwej, bo nieznanej dotąd sytuacji. Zarówno historia Kościoła, jak i historia teologii pokazują, że nigdy nie było spokojnego okresu; co więcej, wiara, która nie jest w dialogu z rzeczywistymi problemami, z tak zwaną codziennością, po prostu karłowacieje. W refleksji o Kościele i w poszukiwaniach teologicznych odpowiedzi nie wolno nam także zapomnieć o urzędzie papieża. Nietrudno zauważyć, że od czasów Soboru Watykańskiego II model sprawowania władzy przez biskupa Rzymu uległ i nadal ulega głębokim przeobrażeniom. I nie chodzi tylko o różnorodność osobową każdego z papieży — bo Wojtyła to nie Ratzinger, a Montini to nie Bergoglio — lecz o odmienny sposób podejścia do posługi, tak istotnej w Kościele i dla życia Kościoła. Dlatego nie możemy przejść obojętnie obok tego, co kolejni biskupi Rzymu zaproponowali Kościołowi. Papież to bowiem teologiczny punkt odniesienia, zwornik katolickości Kościoła czy, jak mawiali starożytni, ten, który ma przewodzić w miłości. Nie wolno nam go pomijać, nawet wtedy, gdy to, co mówi i co robi, nie pokrywa się z naszymi oczekiwaniami.

Trudne pytania

Bez wchodzenia w tanią polemikę i zastanawiania się, do którego papieża charakterologicznie czy teologicznie jest nam najbliżej, proponuję, abyśmy po prawie sześciu latach, które minęły od chwili, gdy biskupem Rzymu został Franciszek, jeszcze raz spojrzeli na niektóre z wydarzeń pontyfikatu Benedykta XVI. Nie chodzi mi o wspomnienia, jakie wywołuje sama osoba papieża, lecz raczej o to, byśmy z wciąż niewielkiego dystansu czasowego zastanowili się, w jaki sposób Benedykt XVI odczytywał i rozeznawał to, co mówi Duch do Kościoła (por. Ap 2,7). Wiem, że z historyczną i teologiczną analizą całego pontyfikatu przyjdzie nam jeszcze długo się zmagać, niemniej wobec pojawiających się opinii, że był to pontyfikat jedynie przejściowy, warto przypomnieć kilka kwestii i rozważyć je z innej perspektywy. Poza tym, jak doskonale wiemy, „mówić teologicznie” można nie tylko słowem, lecz także gestem i milczeniem.

Pierwszą sprawą, o której trzeba wspomnieć, jest decyzja Benedykta XVI o złożeniu urzędu. Jeśli wziąć pod uwagę, że od ostatniej rezygnacji dzieli nas kilka wieków — mowa zatem o innym społeczeństwie, odmiennych problemach, tych wewnątrz i na zewnątrz Kościoła — to w takiej optyce posunięcie Benedykta XVI należy postrzegać jako bezprecedensowe. Zostawiając na boku zagadnienie ludzkiej odwagi, trudno decyzję papieża oceniać w kategoriach dezercji czy zwykłego wycofania się w cień; w moim odczuciu decyzja ta była czymś więcej, mianowicie zwróceniem uwagi na to, że stajemy wobec realnego problemu związanego z wydłużaniem się ludzkiego życia, by wspomnieć w tym miejscu dwadzieścia sześć lat pontyfikatu św. Jana Pawła II, jednego z najdłuższych w historii papiestwa. W konsekwencji musi i powinno paść pytanie, które ma swoje teologiczne implikacje i które tylko na pierwszy rzut oka wydaje się obrazoburcze: Czy od papieża — powierzając mu konkretne zadania do wypełnienia — należy się domagać nadludzkich sił? Czy przypadkiem nie wkładamy za dużo na jego barki? A może papieżowi trzeba dać możliwość przejścia na emeryturę, tak jak to ma miejsce w wypadku pozostałych biskupów, od których prawo kanoniczne wymaga, by z chwilą ukończenia siedemdziesiątego piątego roku życia złożyli rezygnację z zajmowanego urzędu. Gdy chodzi o biskupa Rzymu, sprawy mają się inaczej: Benedykt XVI został wybrany w wieku 78 lat, a Franciszek w wieku 76 lat. Powtórzę, nie jest to atak na któregokolwiek papieża ani krytyka takich czy innych decyzji, lecz pytania, przed którymi dzisiaj stajemy i od których teologowi — tylko dlatego, że są trudne — żadną miarą nie wolno się dyspensować.

Skoro jesteśmy przy temacie składania urzędu to — delikatnie mówiąc — nie jestem zwolennikiem sformułowania „papież emeryt”, nawet jeśli w analogicznym przypadku innym biskupom pozwala się na zachowanie tytułu „emeryt”. Podejrzewam, że dla Benedykta XVI to, jak będzie tytułowany po złożeniu urzędu, było ostatnią sprawą, o której myślał, rozważając i podejmując decyzję o rezygnacji. Rozstrzygnięcie pozostawił innym. Kwestia ta, przynajmniej odnośnie do biskupa Rzymu, nie jest wcale taka obojętna. Czy „papież emeryt” to na pewno właściwe sformułowanie? Jak zatem relacjonować spotkanie Franciszka z Benedyktem? Spotkanie dwóch papieży, z których ten pierwszy jest emerytem? Niestety, przytrafiło mi się — i mowa tu nie o pojedynczym przypadku — że podczas modlitwy wiernych prosiliśmy za „naszych papieży”, co więcej, niektórzy księża w kanonie mszy świętej wymieniali z imienia Benedykta i Franciszka. Zawsze w takich sytuacjach mam przed oczami twarze dominikańskich świętych, św. Katarzyny ze Sieny czy św. Wincentego Ferreriusza, którzy znaczną część swojego życia poświęcili na walkę o jedność w Kościele, w tym właśnie o to, by nie było dwóch papieży. Tymczasem my — tak łatwo i z zadowoleniem, niestety, bezrefleksyjnie — mówimy o „naszych papieżach”, przyzwalając na językową schizmę.

Ów problem językowy odsłania tak naprawdę drzemiący pod spodem problem teologiczny. Starożytne sobory walczyły o to, by w mieście był tylko jeden biskup oraz by samych biskupów nie przenosić zbyt pochopnie z jednej diecezji do innej. Innymi słowy, mógł być tylko jeden ojciec, który zaślubiał konkretny Kościół, biorąc też za niego pełną odpowiedzialność. Przez wieki związek ten opisywany był w teologii przez odwołanie się do symboliki małżeństwa: jak oblubieniec poślubia oblubienicę, tak biskup poślubia Kościół Oblubienicę. Na marginesie, język polski jest jednym z niewielu (jeśli nie jedynym!), w którym Kościół jest rodzaju męskiego, co nie ułatwia odczytania pełni znaku. A zatem, jak małżonek nie oddala małżonki, tak samo biskup nie powinien łatwo porzucać Oblubienicy — Kościoła. Wydaje się, że w obecnej praktyce całość uwagi skupia się na pierwszym członie zdania, drugi natomiast jakby w ogóle nie istniał. Przejęte tak mocnym obrazem średniowiecze pogłębiło teologicznie i pojęciowo problematykę „przenosin biskupów”, doprecyzowując warunki i sytuacje, w których papież (i tylko on) mógł dekretować zmianę. Jest to praktyka stosowana do chwili obecnej. Dziś jednak przywykliśmy, że w jednej diecezji mamy kilku biskupów, z których część jest emerytami, zaś inni są biskupami pomocniczymi, oraz że wśród stolic biskupich są te lepsze i takie, które są trampoliną, pozwalającą skoczyć wyżej. Jak widać, problemy te domagają się ponownego, systematycznego i systemowego przemyślenia, co więcej, powoli zaczynają dotykać samego urzędu papieża.

Ścierające się wizje Kościoła

Jak wspomniałem na wstępie, żyjemy w teologicznie ciekawych czasach, będąc świadkami ścierania się różnych wizji Kościoła. Niewątpliwie to jeden z owoców Soboru Watykańskiego II, który z założenia był refleksją Kościoła o nim samym oraz o wierze w świecie współczesnym. Wbrew przekonaniu, że od wielu posoborowych dyskusji zostaliśmy uchronieni, owo ścieranie się wizji widać również w polskim kontekście, w którym mamy obecnie aż trzech prymasów — z czego dwaj to emeryci. Znów, nie jest to zarzut do kogokolwiek, bo nawet nie wiem, do kogo można by mieć pretensje, lecz znak zapytania, który powinien się stać przedmiotem pogłębionej refleksji teologów. Kto, czy i w jakim sensie przewodzi Kościołowi w Polsce? Brak odpowiedzi może być również odpowiedzią; niestety, zazwyczaj w takich sytuacjach wygrywa ten, kto krzyczy najgłośniej.

Poniekąd z sytuacją „wykrzyczanych interpretacji” mieliśmy do czynienia w 2007 roku, gdy Benedykt XVI wydał słynny dokument Summorum pontificum, przychylając się do próśb wiernych związanych z dawnymi formami liturgicznymi. Innymi słowy, dał możliwość odprawiania bez dodatkowych pozwoleń mszy trydenckiej (forma nadzwyczajna rytu rzymskiego), czy bardziej poprawnie: mszy z użyciem mszału św. Jana XXIII. Sformułowanie „msza trydencka” nie należy do najszczęśliwszych, nawet jeśli pozostaje w obiegowym użyciu; jeśli bowiem przed Soborem msza wyglądałaby tak, jak obecna w „formie nadzwyczajnej”, wątpię, by ponad 2000 ojców soborowych (sic!) opowiedziało się niemal jednogłośnie za odnową liturgii i niektórymi zmianami. W konsekwencji dokument Benedykta XVI, zamiast prowadzić do większego pokoju w Kościele, rozpoczął ideologiczne walki, sprawił, że progresiści stanęli do boju z tradycjonalistami i vice versa, przekonując do swoich racji, czy raczej okopując się na swoich pozycjach. W moim przekonaniu główną intencją Benedykta XVI było zniwelowanie tarć w konkurujących i miejscami sprzecznych wyobrażeniach Kościoła, „reforma reformy” liturgicznej poprzez dialog dwóch form, to znaczy dopuszczenie ich obu do głosu i doprowadzenie w ten sposób do wypracowania w miarę zbieżnej wizji Kościoła. Czy to się udało? Chyba jeszcze za wcześnie na odpowiedź. Niewątpliwie, gdyby nie Benedykt XVI i jego decyzja — którą, jak wspomniałem, można i trzeba oceniać z różnych perspektyw — pewnie nadal brnęlibyśmy bezrefleksyjnie w koleinach niektórych posoborowych wypaczeń, które, czy nam się to podoba, czy nie, nowej liturgii też się przytrafiły. W całej historii najsmutniejsze jest to, że niewielu zdołało się zorientować, że ten sam Benedykt XVI — dla niektórych ikona tradycjonalizmu — przewodniczył Eucharystii tylko i wyłącznie w oparciu o mszał św. Pawła VI (forma zwyczajna rytu rzymskiego); albo, inaczej mówiąc, nigdy — dopowiedzmy: ani przed, ani po ogłoszeniu Motu proprio — nie odprawił „mszy trydenckiej”. Wydaje się zatem, że w swojej decyzji kierował się nie tyle własnymi gustami, ile dobrem wiernych i Kościoła.

Sądzę, że w tym kluczu należy też odczytać inne propozycje Benedykta, które nie wzbudziły szumu medialnego, a były nie mniej interesujące, nawet jeśli nie wszystkie się zrealizowały. Mam na myśli między innymi propozycję, która pojawiła się podczas synodu biskupów o Eucharystii w 2005 roku, przekazywania znaku pokoju podczas liturgii mszy świętej zaraz po modlitwie wiernych, a jeszcze przed ofiarowaniem. Papież polecił, by kwestię zbadano i rozważono do ewentualnego wprowadzenia. Okazało się jednak, że z historycznego i liturgicznego punktu widzenia sprawa nie jest tak prosta. Koniec końców propozycja upadła.

Innym przykładem może być zachęta do przemyślenia roli, czasu i miejsca sakramentu bierzmowania, tak by w sposób właściwy uwypuklić Eucharystię, jak chcieli tego ojcowie Soboru Watykańskiego II, przywracając przy okazji klasyczny porządek sakramentów (chrzest — bierzmowanie — pierwsza komunia) istniejący w kościelnym użyciu przez wieki. Zaznaczmy dla jasności, że obecna praktyka jest odmienna: pierwsza komunia zazwyczaj odbywa się po chrzcie, a jeszcze przed bierzmowaniem. Jak wiemy, także z polskiego podwórka i rodzimych rozwiązań, propozycja papieża nie spotkała się z wielkim odzewem. W perspektywie przywołanych przykładów widać, jak Benedykt XVI dyskretnie postrzegał misję biskupa Rzymu: nie tyle medialnie, ile teologicznie, starając się odpowiedzieć na rzeczywiste potrzeby Kościoła i świata. Przejawem tego, w moim przekonaniu, były liczne przemówienia, godne ponownej refleksji. Wśród wielu warto przypomnieć dwa wykłady uniwersyteckie, z których jeden został wygłoszony, a drugi nie. Ten pierwszy, z Ratyzbony, dotyczył dialogu kultur i religii, spotkania rozumu i wiary we współczesnym świecie, jakże proroczy z perspektywy czasu. Ten „milczący” z rzymskiej uczelni La Sapienza, nie wygłoszony, ale udostępniony, wyjaśniał, na czym zasadza się autonomia prawdy, i był równoczesną zachętą dla świata uniwersyteckiego do jej odważnego poszukiwania w wolności od władzy politycznej i kościelnej. Niezwykle ważne były też listy, jak choćby ten do Kościoła w Chinach, z którego bije szczera troska o wiarę i chrześcijaństwo w tamtej części świata, czy rezygnacja z papieskiego tytułu „patriarcha Zachodu”, by de facto urealnić pojęcie „Zachód” w kontekście całego chrześcijaństwa, nie ograniczając go do geograficznego terytorium. Oczywiście przykładów jest znacznie więcej.

Umacnianie w wierze

Czy w takiej optyce można ten pontyfikat zaklasyfikować jako „przejściowy”? Jestem przekonany, że Benedykt XVI zdawał sobie sprawę z trudności i z paradoksu współczesnego Kościoła, który, z jednej strony, ma głębokie pragnienie wyjścia do świata z dobrą nowiną Ewangelii, a z drugiej, napotykając na trudności wynikające z niepewności oraz rzeczywistych zawirowań, nieumiejętności wyrażania wiary i współcześnie pojawiających się pytań, szuka solidnego oparcia, stabilnego i jasnego punktu odniesienia. Nic dziwnego, że w osobie papieża znajduje rodzaj takiej właśnie odpowiedzi, która wychodzi dużo dalej niż bycie jedynie teologicznym zwornikiem katolickości Kościoła. W rezultacie ciężar, który wkłada się na barki dzisiejszych biskupów Rzymu, jest większy niż jedynie „teologiczny punkt odniesienia” i być może coraz trudniejszy do uniesienia. W znacznej mierze dokonuje się to także za sprawą (szeroko pojętych) środków masowego przekazu — nie zapominajmy, że od czasów soborowych zaczyna się ich prawdziwy boom — które często na chrześcijaństwo i samą wiarę patrzą przez pryzmat papieskiej agendy oraz kościelnych statystyk. Percepcja ta, niestety, jest dla wielu jedynym sposobem postrzegania Kościoła. Benedykt XVI doskonale zdawał sobie sprawę, że tajemnicy wiary nie da się sprowadzić do tego, co mierzalne i dotykalne, że tajemnica Kościoła ani się nie zamyka, ani nie wyczerpuje w osobie papieża. Tak rozumiał swoje zadanie, sollicitudo omnium ecclesiarum (2 Kor 11,28), które przede wszystkim było pragnieniem umacniania w wierze. Żyjemy w naprawdę ciekawych czasach…

DOMINIK JURCZAK — ur. 1980, dominikanin, dyrektor Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego w Krakowie, członek Międzynarodowej Komisji Liturgicznej Zakonu Kaznodziejskiego i promotor liturgii w Polskiej Prowincji Dominikanów oraz Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego Archidiecezji Krakowskiej, wykładowca w Papieskim Instytucie Liturgicznym „Anselmianum” oraz na Papieskim Uniwersytecie „Angelicum” w Rzymie.

„To nie jest kino religijne. To jest kino o niezwykłej postaci i niezwykłym kulcie, który w sposób fenomenalny rozprzestrzenił się na cały świat” – mówi Michał Kondrat, reżyser fabularyzowanego dokumentu „Miłość i Miłosierdzie”, do którego właśnie zakończyły się zdjęcia fabularne.

Fabularna część filmu kręcona była równocześnie po polsku i po angielsku. W rolę s. Faustyny wcieliła się Kamila Kamińska, w postać ks. Michała Sopoćki – Maciej Małysa, a w postać malarza Eugeniusza Kazimierowskiego – Janusz Chabior.  

„Blisko mojego serca s. Faustyna nazywa się Helenka Kowalska i jest radosną dziewczyną biegającą po polach, bawiącą się z dzieciakami w Ostrówku” – mówi Kamila Kamińska, która przygotowując się do roli przebywała m.in. u sióstr w Ostrówku, gdzie Helena Kowalska zbierała pieniądze na wiano przed wstąpieniem do zakonu. „Tam pokochałam ją najbardziej – mówi aktorka i wspomina o przywilejach leżenia w łóżku Heleny i chodzenia jej ścieżkami. – Tam zrozumiałam, że to nie jest tak, że ja mam być święta, że mam unieść symbol świętości. Świętość jest w każdym z nas. To nie jest tak, że święci są wybrani. My wszyscy możemy być świętymi, ale to jest nasz wybór – wybór kogo słuchamy” – mówi Kamińska.


Światowa premiera filmu zaplanowana jest na 22 lutego 2019 roku.

Wychowywali mnie rodzice mojej mamy. Moi rodzice po burzliwych sprawach rozwodowych zajęli się sobą, swoimi nowymi rodzinami, a ja zostałam sama w środku tego wszystkiego.

 

Moi kochani dziadkowie, którzy mnie wychowywali, wpoili mi zasady życia prostego, opartego na wierze. Uczestniczyłam w roratach, nabożeństwach majowych i różańcowych.

Potem mama wzięła mnie do siebie, chciała chyba nadrobić stracone lata i spróbować mnie wychować. Ale dla mnie, piętnastolatki, był to okres buntu. Nie rozumiałyśmy się, choć przecież kochałyśmy.

W tym czasie dowiedziałam się od dermatologa, że jestem chora na nieuleczalną chorobę: łuszczycę. Tę chorobę można tylko zaleczyć. Nadal  więc był bunt, pytania o to, dlaczego ja, dlaczego na mnie trafiło…

Myślałam:

„Jak ja wyglądam! Moja skóra krwawi, prześcieradło po każdej nocy jest całe w plamach krwi…”.

Maści, oleje, męka młodej dziewczyny, a w myślach zgorzknienie, żal, rozpacz… Chwytałam się różnych sposobów leczenia, ale o Panu Bogu całkowicie zapomniałam.

Gdy po latach się zorientowałam, że wszelkie lekarstwa na dłużej nie pomagają, że każda maść sterydowa w trakcie stosowania jest skuteczna, ale po jej odstawieniu następuje pogorszenie, skierowałam się w stronę medycyny niekonwencjonalnej.

POZORNE SZCZĘŚCIE

Szukałam ratunku dla siebie, dla swojej chorej skóry. A stąd był już jeden krok w stronę szerszej ezoteryki.

Im bardziej wchodziłam w okultyzm, tym bardziej oddalałam się od Chrystusa i Jego Kościoła, obrażona na wszystkich księży, widząca tylko bezsens religii i wiary.

Były więc kursy Silvy, widzenie aury, reiki, bioenergoterapia, feng shui, joga, numerologia, chodzenie do wróżek, śpiewanie mantr, reinkarnacja, jakieś kryształowe czaszki i już sama nie wiem co jeszcze. Chodziłam też po żarze. Kiedyś był to dla mnie powód do dumy:

„Chodziłam cztery razy po rozpalonych węglach!”.

Dziś śmieję się z tego i myślę:

„I co z tego?! Czy mi to coś dało? Nic, kompletnie nic! Więc po co robić coś, co jest bez sensu, i jeszcze może mi zaszkodzić?…”.

Lekarstwa na swoją chorobę również nie znalazłam, a mimo wszystko nadal byłam zafascynowana okultyzmem i ezoteryką.

Poznałam swojego męża, który też w pewnym stopniu był nią zainteresowany, więc potem razem w to brnęliśmy. Wzięliśmy ślub cywilny, bo o zawarciu sakramentu małżeństwa nie chciałam nawet słyszeć.

Po dwóch latach urodził się nam syn. Nie miałam wtedy oczywiście czasu na uczestniczenie w kursach związanych z okultyzmem, ale bardzo dużo o tym czytałam. Żyło nam się dość dobrze, nie doświadczaliśmy większych trudności.

Punktem zwrotnym dla nas była przeprowadzka z naszego miasta do Polski centralnej, skąd pochodzi mąż. Dobrze czułam się w nowym środowisku, mniejszym mieście, z przychylnymi ludźmi, kochanymi teściami, daleko od swojej rodziny, z którą i tak byłam ciągle skłócona.

Kolejne lata mijały. Nasz syn rósł, ochrzciliśmy go dopiero wtedy, gdy miał prawie dwa latka. Żyliśmy dalej tak, jakby Bóg nie istniał. Gdy przyszedł czas Pierwszej Komunii Świętej syna, po raz pierwszy poczułam bezsens swojej sytuacji.

„Skoro nie ma żadnych przeciwwskazań do zawarcia sakramentu małżeństwa, to dlaczego go nie bierzemy?” – myślałam.

WEŹCIE TEN ŚLUB

I nagle dzięki synowi zbliżyłam się na nowo do Kościoła. Było to w momencie, gdy on sam (bo przecież ja bym go do tego nie namówiła) zdecydował, że chce być ministrantem.

Nagle zaczęłam częściej być w kościele, rozmawiać z księdzem opiekującym się ministrantami, z proboszczem.

Zobaczyłam, że ci mężczyźni w koloratkach są mi przychylni, podczas kolędy nie grzmią na mnie i męża, lecz delikatnie uzmysławiają:

„Weźcie ten ślub kościelny! Na co czekacie?”.

Na co ja czekałam? Coś mnie wciąż trzymało z daleka od tej myśli, ale minęło znów trochę czasu i w końcu dojrzeliśmy do tej decyzji.

Nasz ślub kościelny odbył się 26 maja 2012 roku. Byli na nim obecni tylko świadkowie i syn. Gdy spytałam go parę dni przed tą uroczystością, co o tym wszystkim myśli, powiedział:

„Jestem z was dumny!”.

Moje serce się uradowało! Już nie miałam obaw, naprawdę chciałam wrócić do Pana Boga, do Jezusa. Boże działania są niesamowite.

Bóg posłużył się naszym dzieckiem, aby doprowadzić nas do zerwania z grzechem, do przyjęcia sakramentu małżeństwa i do pojednania z Panem. Chwała Panu!

Przez kolejne dwa miesiące przeżywałam wielką duchową radość. Mogłam teraz przyjmować Komunię Świętą. Moja radość z przyjęcia Pana Jezusa była ogromna i tak było za każdym razem.

Nagle pewnego dnia spadło na mnie jak grom z jasnego nieba coś, co trudno jest mi nawet opisać. Doświadczyłam olśnienia. Zaczęłam słyszeć i rozumieć słowo Boże. Było to niesamowite.

 

WIĘCEJ >>>

I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom – Skąd bierze się nasze prawo do odmawiania tej prośby? Co oznacza ta modlitwa? Ks. dr Marek Dziewiecki, psycholog, rekolekcjonista wyjaśnia na czym polega fenomen modlitwy „Ojcze nasz” i „słowo po słowie” tłumaczy jej znaczenie.

Z najnowszych prognoz wynika, że w przyszłym tygodniu będzie słonecznie i upalnie. Pogoda dosłownie zwariuje. Temperatury w Polsce mogą sięgnąć nawet ponad 30 st. Celsjusza. Nie wierzysz, zobacz!
Już jest wyjątkowo ciepło jak na wrzesień. Ale według synoptyków z VentuSky to nie koniec i na jesień jeszcze sobie poczekamy. Czekają nas utrzymujące się okresy ciepłej pogody, z temperaturami zdecydowanie powyżej normy.
W poniedziałek nad Polską pojawi się aura gorąca. Tego dnia na zachodzie i południu kraju temperatura wzrośnie nawet do 27 st. Celsjusza w cieniu. Na wschodzie i w centralnej Polsce natomiast zagości wiosenne 22-24 st. Celsjusza. Ale z każdym kolejnym dniem będzie coraz cieplej.

Już we wtorek fala upałów poszerzy swój zasięg o centralne części Polski. Temperatura dojdzie do 28 stopni na zachodzie kraju. W Warszawie pojawi się na termometrach do 27 kresek. Najchłodniej będzie na północy, jedynie ok. 24 st. Celsjusza.

W środę będzie jeszcze goręcej. Szczególnie szczęśliwi będą mieszkańcy na zachodzie Polski. Tam słupki rtęci pokażą nawet 33 stopnie.

Czwartek będzie najgorętszym dniem w przyszłym tygodniu. Upał da się we znaki szczególnie na zachodzie i południu kraju. Tam temperatura sięgnie nawet 31 stopni. W centrum zobaczymy na termometrach 29 kresek. Najchłodniej znów będzie na północy, ale także tam bardzo ciepło, bo między 24 a 26 st. Celsjusza.

jk/wp.pl

Temat ten zajął moją wyobraźnię dzięki temu, że kard. Giacomo Biffi, który w tym roku głosił rekolekcje wielkopostne w Watykanie, nawiązał – na marginesie nauk – do zastanawiającego proroctwa Włodzimierza Sołowiowa, rosyjskiego pisarza zmarłego w 1900 roku. Emerytowany arcybiskup Bolonii przypomniał, że w proroczej wizji Sołowiowa szatan „przedstawi się jako pacyfista, ekologista i ekumenista. Ma zwołać sobór ekumeniczny i będzie dążył do ugody ze wszystkimi chrześcijańskimi wyznaniami, zgadzając się na ustępstwa wobec każdego z nich. Ogół chrześcijan pójdzie za nim, z wyjątkiem małych grup katolików, prawosławnych i protestantów”.

Komentując naukę rosyjskiego filozofa, kard. Biffi w zwięzłej syntezie przypomniał, co jest problemem naszych czasów. Powiedział mianowicie, że dzisiejszemu chrześcijaństwu (i szczególnie Kościołowi) grozi zredukowanie religii do systemu „wartości”. Tymczasem w centrum życia chrześcijańskiego stoi osobowe spotkanie z Jezusem Chrystusem. Kardynał przytoczył zdanie Sołowiowa, który powiedział: „Przyjdą dni, w których chrześcijanie będą kuszeni, aby przełożyć wydarzenie zbawcze na czystą serię wartości”. W opisie Sołowiowa małe grupki chrześcijan, odrzucające tego rodzaju pokusę, odpowiedzą szatanowi: „Ty nam oferujesz wszystko, z wyjątkiem tego, co nas interesuje: Jezusa Chrystusa”. Kardynał podkreślił, że nauka Sołowiowa jest upomnieniem dla ludzi naszej epoki, w której „obserwuje się ryzyko chrześcijaństwa biorącego w nawias Chrystusa z Jego Krzyżem i Zmartwychwstaniem”.

Jest to niebezpieczeństwo zagrażające chrześcijanom, „ponieważ Syna Bożego nie można przełożyć na serię dobrych pomysłów odpowiadających panującej mentalności tego świata”. Chrześcijanie, którzy pójdą za tą pokusą, będą z zachwytem przyjmowani w transmisjach telewizyjnych i na salonach. Ale to wiąże się z wyrzeczeniem się Chrystusa. Kardynał nie omieszkał wyjaśnić, że to, co powiedział, nie oznacza potępienia „wartości” jako takich; są – twierdził – „wartości absolutne, takie jak dobro, prawda i piękno. Kto je przyjmuje i kocha, ten kocha także Chrystusa, nawet jeśli o tym nie wie, ponieważ to On jest Prawdą, Dobrem i Pięknem”. Istnieje jednak świat wartości względnych, których nie wolno absolutyzować, ponieważ to prowadzi do bałwochwalstwa i otwiera drogę do odrzucenia zbawienia. Kardynał ostrzegł, że jeżeli ktoś żyje duchem świata (na przykład dialog ze wszystkimi za wszelką cenę) może oderwać się od Chrystusa i znaleźć się „w stronnictwie antychrysta”.

„Badajcie duchy”

Sposób widzenia świata i chrześcijaństwa prezentowany przez księdza kardynała jest zgodny z tym, co pisze św. Jan Ewangelista w Pierwszym Liście: „Umiłowani, nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie. Po tym poznajecie Ducha Bożego: każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga. Każdy zaś duch, który nie uznaje Jezusa, nie jest z Boga; i to jest duch antychrysta” (1 J 4, 1-3). W ogóle pisma św. Jana Ewangelisty jasno ukazują sytuację człowieka (i ludzkości) w obliczu zbawczego dzieła dokonanego w osobie Jezusa Chrystusa.

Temat antychrysta zajmował watykańskiego rekolekcjonistę już wcześniej i pewne rozważania w tej kwestii kard. Biffi zawarł w tomie wydanym w 2005 r., zatytułowanym „Pinocchio, Peppone, l’Anticristo e altre divagazioni”, o czym pisze Sandro Magister na swojej stronie internetowej. W postaci antychrysta opisanej przez Sołowiowa kard. Biffi widzi de facto symbol religijności pełnej zamętu, jaki obserwujemy w naszych czasach. Na tej samej stronie internetowej (www.chiesa.espresso) dzieli się swoimi uwagami sam kard. Biffi, podkreślając szczególne cechy „osobowości” antychrysta portretowanego przez Sołowiowa. Otóż – jest to „spirytualista, asceta, uczony, filantrop”. Można powiedzieć – same cnoty. Nadto – według Sołowiowa – antychryst wsławił się jako znakomity egzegeta. Obszerne dzieło z zakresu krytyki biblijnej zdobyło mu tytuł doktora honoris causa na uniwersytecie w Tubingen. Interesujące, że to dzieło biblijne miało nosić tytuł: „Otwarta droga do powszechnego pokoju i dobrobytu”. Miała się w nim znajdować szeroka i głęboka synteza wszystkich nauk i metod – od empirii do mistyki i synteza wszelkich ideałów humanistycznych. Budziło pewien niepokój to, że w całym obszernym dziele biblijnym (!) ani razu nie pojawiło się imię Chrystusa. Obrońcy mówili: „przecież całe dzieło jest tak głęboko przeniknięte duchem chrześcijańskim, że niczego więcej nie trzeba. Przecież autor nie ujawnia wobec Chrystusa jakiejś wrogości z zasady”.

W całej filozofii antychrysta na temat Chrystusa są trzy rzeczy, których nie może on zaakceptować. Pierwsza to stanowisko Jezusa wobec moralności: „Chrystus swoim moralizmem podzielił ludzi według kryterium dobra i zła, a ja ich jednoczę dobrodziejstwami, które są konieczne zarówno dobrym, jak i złym” (Kiedyś przypadkiem słyszałem katechezę pewnego pobożnego rabina, który dowodził, że Chrystus „dzieli”, natomiast dopiero Abraham „łączy” wszystkich ludzi. Biedny rabin…). Po drugie, antychryst nie zgadza się na jedyność Chrystusa w kontekście dzieła zbawienia. Antychryst uważa, że Chrystus jest tylko jednym z wielu; owszem, twierdzi: „On był moim poprzednikiem, ponieważ ja tylko jestem doskonałym zbawicielem, jako że oczyszczam jego orędzie z tego wszystkiego, co jest nie do przyjęcia dla dzisiejszego człowieka” (Wspomnijmy, nawiasem mówiąc, jakie sprzeciwy niektórych „teologów” wywołało ogłoszenie przez Kongregację Nauki Wiary Deklaracji „Dominus Iesus” – właśnie „o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła”). Po trzecie, rzeczą absolutnie nie do przyjęcia przez antychrysta jest to, że Pan Jezus wciąż żyje i nie dał się na zawsze zamknąć w grobie (To może być powodem – znowu nawiasem mówiąc – dlaczego niektórzy „uczeni” usiłowali rozdmuchać całkowicie absurdalną „informację” o znalezieniu grobu Jezusa i jego „śmiertelnych szczątków”. To dowodzi, jak rozpaczliwych metod chwyta się wróg Chrystusa).

„Nowe (?) chrześcijaństwo”

Filozofia (teologia?) antychrysta prowadzi w pewien sposób do stworzenia czegoś w rodzaju „nowego chrześcijaństwa”, zaprojektowanego między innymi przez Lwa Tołstoja. Jest to chrześcijaństwo zredukowane do ascetyzmu i sentymentalnego humanizmu, niezawierające – żywotnego przecież – odniesienia do osoby Chrystusa. Przykazania, do których Tołstoj sprowadza Kazanie na Górze, „pochodzą oczywiście od Chrystusa, ale dla ich ważności nie jest konieczne aktualne istnienie żyjącego Syna Bożego”. Jest to – według Sołowiowa – przykład przetłumaczenia Ewangelii na „system wartości”. Krytykę aktualnej sytuacji w chrześcijaństwie, zwłaszcza w Kościele po Soborze Watykańskim II, podjęli także poważni myśliciele, których idee referuje znany nam już Sandro Magister pod datą 7 lutego 2005 roku. Są to: Romano Amerio, filozof, autor dzieła pt. „Iota unum. Studio delle variazioni della Chiesa Cattolica nel XX secolo” (1985). Drugie dzieło, kontynuujące temat, ma tytuł: „Stat Veritas. Seguito a ‚Iota unum'” (1997). W obu pracach Romano Amerio odnosi się krytycznie do takich zjawisk, jak przeakcentowanie „miłości” ze szkodą dla Prawdy lub pewne „zranienie” wiary w Trójcę Przenajświętszą. Drugim autorem przytoczonym przez dziennikarza jest Divo Barsotti, mistyk. Wydał on wiele prac, w których m.in. poddał krytyce styl pracy Soboru Watykańskiego II, który według niego był bardziej „teologiczny” niż „doktrynalny”. Biskupi obecni na Soborze powinni powiedzieć, co należy przyjąć jako przedmiot wiary, a co odrzucić; jednak tak się nie stało. Innym myślicielem przytoczonym przez dziennikarza jest Inos Biffi (nie mylić z kardynałem), teolog, interesujący się wiarą w aspekcie prawdy. Wydał pracę pt. „Verit? cristiane nella nebbia della fede” (2005). Krytycznie ocenia zjawisko przeniesienia punktu ciężkości z przyjęcia prawdy wiary na uprawianie ideologii dialogu, „aggiornamento” i ekumenizmu. Twierdzi, że „ta ideologia zatruła po części wszystkich, nawet nauczycieli wiary, u których takie słowa jak ‚dialog’ i ‚aggiornamento’ powtarzają się z męczącą monotonią, powiązane ‚obsesyjnie’ ze słownictwem ‚solidarności’, ‚przyjęcia’, ‚pokoju’, ‚promocji człowieka’, ‚opowiedzenia się za tymi ostatnimi’, ‚prośby o przebaczenie przeszłych win Kościoła’, ‚ekumenizmu’ i w końcu ‚utopii’. Pomija się natomiast rolę łaski, sakramentów, temat ostatecznego celu człowieka, to jest miłującej kontemplacji Trójcy Świętej, prawdę o piekle i niebie, grzech, a przede wszystkim misterium Chrystusa, w którym każdy człowiek został przeznaczony do wieczności”. Biffi krytykuje też płytki ekumenizm, a także nieprzemyślane odwoływanie się do „jednego Boga” w celu pojednania religii „monoteistycznych”. Jednak z pojęcia „jednego Boga” nie wynika jeszcze, kto jest tym Bogiem. Bo „jedynym Bogiem jest tylko ‚Bóg Jezusa Chrystusa’: Ojciec, Syn i Duch Święty, co dla muzułmanów oznacza bluźnierstwo”.

Tropić ślady „Trojańskiego konia”

W podobny sposób, jak pamiętamy, krytykował pewne odchylenia od prawdziwej nauki Kościoła słynny filozof niemiecki Dietrich von Hildebrand. Znane są u nas jego książki na ten temat: „Koń trojański w Państwie Bożym” i „Winnica spustoszona”. Sporo krytyki poświęca ten filozof zafałszowaniu podstawowych pojęć antropologicznych i chrystologicznych, na których opiera się etyka katolicka, tak wytrwale broniona przez Karola Wojtyłę (Jana Pawła II). Powinno się też wydobyć na światło zapomnianą książkę ks. Michała Poradowskiego pt. „Kościół od wewnątrz zagrożony”, w której autor krytykuje rzeczowo tendencje do zainfekowania teologii przez marksizm i samego chrześcijaństwa przez sekularystyczne wizje zbawienia. Pewne zjawiska dotyczące historii Soboru ocenia krytycznie również wybitny specjalista, przewodniczący Papieskiej Komisji Nauk Historycznych Walter Brandmueller („Avvenire”, 29 listopada 2005 r.). Twierdzi, że Sobór Watykański II, w odróżnieniu od poprzednich, nie wydał żadnego orzeczenia definitywnego w kwestii wiary, lecz chciał jedynie w sposób pozytywny przybliżyć światu Ewangelię. Jan XXIII uważał, że ten styl nauczania odpowiada wymogom dzisiejszego czasu. Jest to piękne, ale Sobór wsławiłby się bardziej, gdyby w ślad za poprzednimi Papieżami odważył się wyraźnie potępić komunizm. Konstytucje posiadają charakter doktrynalny, jednak bez ścisłych norm wiążących. Kanonista Klaus Moersdorf twierdzi, że Deklaracja o wolności religijnej „Dignitatis humanae” nie zawiera treści normatywnych. Jest to – jak uważa Brandmueller – całkowita nowość w dziejach Soborów (tamże). Na temat pominięcia wyraźnego potępienia komunizmu przez Sobór Watykański II ostrzej niż Brandmueller wypowiada się Antonio Socci (Libero, 11 października 2006 r.).

Wielu uważało, że rezygnacja z akcentów ściśle dyscyplinarnych i normatywnych zachęci społeczeństwo do zaakceptowania łagodnie podanej nauki Kościoła. Tymczasem stało się przeciwnie. Było to widoczne szczególnie w zakresie nauki moralnej dotyczącej powołania małżeństwa i rodziny. Brak jasnych i zdecydowanych rozstrzygnięć (których domagało się bardzo wielu ojców soborowych) stał się pretekstem do zastosowania w interpretacji Soboru kryteriów subiektywistycznych, relatywistycznych i pluralistycznych. Rezygnacja z mocnego autorytetu w głoszeniu Ewangelii przez Kościół zaowocowała pojawieniem się zjawiska samozwańczych autorytetów, wraz z niezależnym od obiektywnej prawdy „autorytetem” prywatnego sumienia. Niedługo po Soborze wybuchła potężna opozycja ekspertów, teologów, mediów, a nawet całych grup Episkopatu w pewnych krajach przeciwko nauce Kościoła ogłoszonej przez Pawła VI w encyklice „Humanae vitae” (1968). Nadzieje na chętne przyjęcie nauki Ewangelii w duchu dialogu spaliły na panewce. Natomiast błędy polegające na dostosowaniu nauki Kościoła do „mentalności tego świata” wzmacniały się i mnożyły. Każdy widzi, że rozwija się materializm praktyczny, hedonizm, konsumpcjonizm, laicyzm, sekularyzm, ateizm, który z powrotem przyjmuje formę walczącą i agresywną. Dzieje się to w tych krajach, w których – pod pozorem demokracji – zadomowiły się hasła wolności sumienia, tolerancji i liberalizmu. Pod osłoną praw państwowych i międzynarodowych (różne konwencje „praw człowieka”) panoszy się działalność różnych grup i organizacji zwalczających chrześcijaństwo jawnie i cynicznie, wszędzie tam, gdzie kościoły i gminy chrześcijańskie cieszyły się dotąd ochroną prawa konstytucyjnego. Nie wolno mówić źle o homoseksualistach, ateistach, żydach, mahometanach, ale wolno niszczyć, poniżać i profanować chrześcijaństwo i święte znaki religii. Szczególnie w Ameryce dzieje się to w imię obrony świętej zasady „rozdziału państwa od Kościoła” (zob. Tim Bueler, Liberale Pushing Anti-christian Hate Crimes Bill, www.MichNews.com, 22 marca 2007; także Gregory Koukl, The Myth of Moral Neutrality, Townhall 16 marca 2007). W tych wszystkich prądach widać jak na dłoni dążenie do realizacji programu oddzielenia człowieka od Boga. Chrześcijaństwo powstało w wyniku zjednoczenia Boga z naturą ludzką. Teraz obserwujemy w naszej kulturze prąd przeciwny, który może pochodzić tylko od antychrysta: w imię autonomii człowieka oderwać go od wszelkiego związku z Bogiem Jezusa Chrystusa. Niech wierzy we wszystkie „wartości”, które chce, ale niech nie szuka zjednoczenia z Chrystusem.

Europa „klubem wartości”

W tym na przykład duchu przemawiał wybitny mason włoski, mistrz „Wielkiego Wschodu” Gustavo Raffi z okazji europejskiego szczytu w Neapolu. Twierdził, że sens korzeni chrześcijańskich polega na tym, że chrześcijaństwo wprowadziło kulturę humanistyczną i ugruntowało zasadę laickości państwa oraz broni prymatu prawa we współżyciu społecznym. Za tą tezą idzie też prof. Silnio Ferrari, uważając, że „Europa jest laicka, ponieważ jest chrześcijańska” (blog w Espressonline, 28 listopada 2003 r.). Nie dziwi nas zatem wypowiedź Angeli Merkel, która w swoim uroczystym wystąpieniu powiedziała, że „Europa nie jest klubem chrześcijan (…) Europa jest klubem wartości podstawowych, opierają się one w swej istocie na tym, co my nazywamy chrześcijańskim wizerunkiem człowieka”. Jest to wyraźne odrzucenie istoty chrześcijaństwa na rzecz zakodowanego w świadomości pani Merkel „chrześcijańskiego wizerunku człowieka”. Jest to zredukowanie prawdy religii do subiektywnego i relatywnego obrazu etosu. Ten „wizerunek chrześcijańskiego człowieka” został już w Europie tak głęboko zdeformowany, że nie można się w nim dopatrzyć rysów Chrystusowych objawiających prawdę obrazu Bożego. Pani Merkel kultywuje „wizerunek człowieka”, ale odrzuca wizerunek Boga widoczny na Obliczu Jezusa Chrystusa. Poza tym nazwanie Europy „klubem”, zwłaszcza w kontekście twierdzenia odrzucającego chrześcijańską tożsamość Europy, jest czymś upokarzającym. My nie prosiliśmy się, by nas przyjęto do „klubu”, w którym zobowiązujemy się do respektowania reguł ustalonych przez jego biurokrację. My jesteśmy narodem, który należy do rodziny europejskich narodów wraz z całą jej historią i tożsamością, która po II wojnie światowej miała być odnowiona i przywrócona do pierwotnej prawdy.

Subiektywnie rozumiany wizerunek człowieka chrześcijańskiego może być bardzo różnie ukształtowany. Przykładem takiej oryginalnej interpretacji może być niedawne wydarzenie, jakie miało miejsce w Papui Nowej Gwinei (Agencja Fox, 20 marca 2007). Pewien tamtejszy chrześcijanin wpadł na pomysł, że najwyższą wartość ma człowiek. Zwłaszcza człowiek rodzaju żeńskiego. Tę wartość posiada szczególnie z tego powodu, że można tego człowieka (kobietę) zjeść. Żeby zdobyć wyższy poziom motywacji dla uprawiania tego rodzaju „wartości”, ów mieszkaniec, nazwiskiem Steven Tari (lat 35), umyślił sobie, że jest kolejnym wcieleniem Chrystusa, dokładniej „Czarnym Jezusem”. Wędrując więc po wyspie, gromadził uczniów, aż bezstronni mieszkańcy zauważyli, że składanie ofiar z kobiet i picie ich krwi jakoś nie zgadza się z ich „światem wartości”, jaki sobie utworzyli w dużej mierze dzięki pracy misjonarzy katolickich na tamtym terenie. Postanowili więc tego osobnika schwytać i oddać policji. Grozi mu kara śmierci. Nie wiem, jak pani Merkel czułaby się w jego towarzystwie…

Szatan nie jest wrogiem wartości; owszem może być ich genialnym kreatorem i inspirować wzruszającą filozofię tłumaczącą ich genezę i urzekające ich piękno. Nie potrafi tylko jednego: oddać w pokorze hołdu Barankowi, który uniżył samego Siebie i „stał się posłuszny aż do śmierci”. Dlatego też jedyną drogą uwolnienia się od wpływu antychrysta nie jest dyskusja czy dialog, lecz pokorne pełnienie woli Ojca wyrażonej w Przykazaniach. Europie i Polsce nie jest potrzebny „klub wartości”, lecz Chrystus. Dlatego jeszcze raz wzywam: oddajmy Polskę we władanie Chrystusa.

ks. prof. Jerzy Bajda

Źródło: „Nasz Dziennik”

– Byłem zagubiony. Dzięki wspólnocie Cenacolo odnalazłem siebie. Tu, dla mnie, w Medjugorie jest miejsce specjalne, po raz kolejny mogłem spotkać Maryję i poczuć się jak kochający syn. Dzięki Medjugorie czuję, że Maryja jest z nami obecna. Miałem duże problemy z alkoholem, z narkotykami i z depresją. Cierpiałem bardzo dużo, bo mój ojciec był alkoholikiem i był bardzo agresywny . Jedynym jego argumentem były ręce. Chowaliśmy się z moim rodzeństwem pod stołem. Przeżyłem wiele prób samobójczych.Czułem się jak zombie. Kilka dni temu w Medjugorie zdarzył się cud – mówił Krystian ze Wspólnoty Cenacolo podczas 29. Festiwalu Młodych w Medjugorie.