„To nie jest kino religijne. To jest kino o niezwykłej postaci i niezwykłym kulcie, który w sposób fenomenalny rozprzestrzenił się na cały świat” – mówi Michał Kondrat, reżyser fabularyzowanego dokumentu „Miłość i Miłosierdzie”, do którego właśnie zakończyły się zdjęcia fabularne.

Fabularna część filmu kręcona była równocześnie po polsku i po angielsku. W rolę s. Faustyny wcieliła się Kamila Kamińska, w postać ks. Michała Sopoćki – Maciej Małysa, a w postać malarza Eugeniusza Kazimierowskiego – Janusz Chabior.  

„Blisko mojego serca s. Faustyna nazywa się Helenka Kowalska i jest radosną dziewczyną biegającą po polach, bawiącą się z dzieciakami w Ostrówku” – mówi Kamila Kamińska, która przygotowując się do roli przebywała m.in. u sióstr w Ostrówku, gdzie Helena Kowalska zbierała pieniądze na wiano przed wstąpieniem do zakonu. „Tam pokochałam ją najbardziej – mówi aktorka i wspomina o przywilejach leżenia w łóżku Heleny i chodzenia jej ścieżkami. – Tam zrozumiałam, że to nie jest tak, że ja mam być święta, że mam unieść symbol świętości. Świętość jest w każdym z nas. To nie jest tak, że święci są wybrani. My wszyscy możemy być świętymi, ale to jest nasz wybór – wybór kogo słuchamy” – mówi Kamińska.


Światowa premiera filmu zaplanowana jest na 22 lutego 2019 roku.

Wychowywali mnie rodzice mojej mamy. Moi rodzice po burzliwych sprawach rozwodowych zajęli się sobą, swoimi nowymi rodzinami, a ja zostałam sama w środku tego wszystkiego.

 

Moi kochani dziadkowie, którzy mnie wychowywali, wpoili mi zasady życia prostego, opartego na wierze. Uczestniczyłam w roratach, nabożeństwach majowych i różańcowych.

Potem mama wzięła mnie do siebie, chciała chyba nadrobić stracone lata i spróbować mnie wychować. Ale dla mnie, piętnastolatki, był to okres buntu. Nie rozumiałyśmy się, choć przecież kochałyśmy.

W tym czasie dowiedziałam się od dermatologa, że jestem chora na nieuleczalną chorobę: łuszczycę. Tę chorobę można tylko zaleczyć. Nadal  więc był bunt, pytania o to, dlaczego ja, dlaczego na mnie trafiło…

Myślałam:

„Jak ja wyglądam! Moja skóra krwawi, prześcieradło po każdej nocy jest całe w plamach krwi…”.

Maści, oleje, męka młodej dziewczyny, a w myślach zgorzknienie, żal, rozpacz… Chwytałam się różnych sposobów leczenia, ale o Panu Bogu całkowicie zapomniałam.

Gdy po latach się zorientowałam, że wszelkie lekarstwa na dłużej nie pomagają, że każda maść sterydowa w trakcie stosowania jest skuteczna, ale po jej odstawieniu następuje pogorszenie, skierowałam się w stronę medycyny niekonwencjonalnej.

POZORNE SZCZĘŚCIE

Szukałam ratunku dla siebie, dla swojej chorej skóry. A stąd był już jeden krok w stronę szerszej ezoteryki.

Im bardziej wchodziłam w okultyzm, tym bardziej oddalałam się od Chrystusa i Jego Kościoła, obrażona na wszystkich księży, widząca tylko bezsens religii i wiary.

Były więc kursy Silvy, widzenie aury, reiki, bioenergoterapia, feng shui, joga, numerologia, chodzenie do wróżek, śpiewanie mantr, reinkarnacja, jakieś kryształowe czaszki i już sama nie wiem co jeszcze. Chodziłam też po żarze. Kiedyś był to dla mnie powód do dumy:

„Chodziłam cztery razy po rozpalonych węglach!”.

Dziś śmieję się z tego i myślę:

„I co z tego?! Czy mi to coś dało? Nic, kompletnie nic! Więc po co robić coś, co jest bez sensu, i jeszcze może mi zaszkodzić?…”.

Lekarstwa na swoją chorobę również nie znalazłam, a mimo wszystko nadal byłam zafascynowana okultyzmem i ezoteryką.

Poznałam swojego męża, który też w pewnym stopniu był nią zainteresowany, więc potem razem w to brnęliśmy. Wzięliśmy ślub cywilny, bo o zawarciu sakramentu małżeństwa nie chciałam nawet słyszeć.

Po dwóch latach urodził się nam syn. Nie miałam wtedy oczywiście czasu na uczestniczenie w kursach związanych z okultyzmem, ale bardzo dużo o tym czytałam. Żyło nam się dość dobrze, nie doświadczaliśmy większych trudności.

Punktem zwrotnym dla nas była przeprowadzka z naszego miasta do Polski centralnej, skąd pochodzi mąż. Dobrze czułam się w nowym środowisku, mniejszym mieście, z przychylnymi ludźmi, kochanymi teściami, daleko od swojej rodziny, z którą i tak byłam ciągle skłócona.

Kolejne lata mijały. Nasz syn rósł, ochrzciliśmy go dopiero wtedy, gdy miał prawie dwa latka. Żyliśmy dalej tak, jakby Bóg nie istniał. Gdy przyszedł czas Pierwszej Komunii Świętej syna, po raz pierwszy poczułam bezsens swojej sytuacji.

„Skoro nie ma żadnych przeciwwskazań do zawarcia sakramentu małżeństwa, to dlaczego go nie bierzemy?” – myślałam.

WEŹCIE TEN ŚLUB

I nagle dzięki synowi zbliżyłam się na nowo do Kościoła. Było to w momencie, gdy on sam (bo przecież ja bym go do tego nie namówiła) zdecydował, że chce być ministrantem.

Nagle zaczęłam częściej być w kościele, rozmawiać z księdzem opiekującym się ministrantami, z proboszczem.

Zobaczyłam, że ci mężczyźni w koloratkach są mi przychylni, podczas kolędy nie grzmią na mnie i męża, lecz delikatnie uzmysławiają:

„Weźcie ten ślub kościelny! Na co czekacie?”.

Na co ja czekałam? Coś mnie wciąż trzymało z daleka od tej myśli, ale minęło znów trochę czasu i w końcu dojrzeliśmy do tej decyzji.

Nasz ślub kościelny odbył się 26 maja 2012 roku. Byli na nim obecni tylko świadkowie i syn. Gdy spytałam go parę dni przed tą uroczystością, co o tym wszystkim myśli, powiedział:

„Jestem z was dumny!”.

Moje serce się uradowało! Już nie miałam obaw, naprawdę chciałam wrócić do Pana Boga, do Jezusa. Boże działania są niesamowite.

Bóg posłużył się naszym dzieckiem, aby doprowadzić nas do zerwania z grzechem, do przyjęcia sakramentu małżeństwa i do pojednania z Panem. Chwała Panu!

Przez kolejne dwa miesiące przeżywałam wielką duchową radość. Mogłam teraz przyjmować Komunię Świętą. Moja radość z przyjęcia Pana Jezusa była ogromna i tak było za każdym razem.

Nagle pewnego dnia spadło na mnie jak grom z jasnego nieba coś, co trudno jest mi nawet opisać. Doświadczyłam olśnienia. Zaczęłam słyszeć i rozumieć słowo Boże. Było to niesamowite.

 

WIĘCEJ >>>

I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom – Skąd bierze się nasze prawo do odmawiania tej prośby? Co oznacza ta modlitwa? Ks. dr Marek Dziewiecki, psycholog, rekolekcjonista wyjaśnia na czym polega fenomen modlitwy „Ojcze nasz” i „słowo po słowie” tłumaczy jej znaczenie.

Z najnowszych prognoz wynika, że w przyszłym tygodniu będzie słonecznie i upalnie. Pogoda dosłownie zwariuje. Temperatury w Polsce mogą sięgnąć nawet ponad 30 st. Celsjusza. Nie wierzysz, zobacz!
Już jest wyjątkowo ciepło jak na wrzesień. Ale według synoptyków z VentuSky to nie koniec i na jesień jeszcze sobie poczekamy. Czekają nas utrzymujące się okresy ciepłej pogody, z temperaturami zdecydowanie powyżej normy.
W poniedziałek nad Polską pojawi się aura gorąca. Tego dnia na zachodzie i południu kraju temperatura wzrośnie nawet do 27 st. Celsjusza w cieniu. Na wschodzie i w centralnej Polsce natomiast zagości wiosenne 22-24 st. Celsjusza. Ale z każdym kolejnym dniem będzie coraz cieplej.

Już we wtorek fala upałów poszerzy swój zasięg o centralne części Polski. Temperatura dojdzie do 28 stopni na zachodzie kraju. W Warszawie pojawi się na termometrach do 27 kresek. Najchłodniej będzie na północy, jedynie ok. 24 st. Celsjusza.

W środę będzie jeszcze goręcej. Szczególnie szczęśliwi będą mieszkańcy na zachodzie Polski. Tam słupki rtęci pokażą nawet 33 stopnie.

Czwartek będzie najgorętszym dniem w przyszłym tygodniu. Upał da się we znaki szczególnie na zachodzie i południu kraju. Tam temperatura sięgnie nawet 31 stopni. W centrum zobaczymy na termometrach 29 kresek. Najchłodniej znów będzie na północy, ale także tam bardzo ciepło, bo między 24 a 26 st. Celsjusza.

jk/wp.pl

Temat ten zajął moją wyobraźnię dzięki temu, że kard. Giacomo Biffi, który w tym roku głosił rekolekcje wielkopostne w Watykanie, nawiązał – na marginesie nauk – do zastanawiającego proroctwa Włodzimierza Sołowiowa, rosyjskiego pisarza zmarłego w 1900 roku. Emerytowany arcybiskup Bolonii przypomniał, że w proroczej wizji Sołowiowa szatan „przedstawi się jako pacyfista, ekologista i ekumenista. Ma zwołać sobór ekumeniczny i będzie dążył do ugody ze wszystkimi chrześcijańskimi wyznaniami, zgadzając się na ustępstwa wobec każdego z nich. Ogół chrześcijan pójdzie za nim, z wyjątkiem małych grup katolików, prawosławnych i protestantów”.

Komentując naukę rosyjskiego filozofa, kard. Biffi w zwięzłej syntezie przypomniał, co jest problemem naszych czasów. Powiedział mianowicie, że dzisiejszemu chrześcijaństwu (i szczególnie Kościołowi) grozi zredukowanie religii do systemu „wartości”. Tymczasem w centrum życia chrześcijańskiego stoi osobowe spotkanie z Jezusem Chrystusem. Kardynał przytoczył zdanie Sołowiowa, który powiedział: „Przyjdą dni, w których chrześcijanie będą kuszeni, aby przełożyć wydarzenie zbawcze na czystą serię wartości”. W opisie Sołowiowa małe grupki chrześcijan, odrzucające tego rodzaju pokusę, odpowiedzą szatanowi: „Ty nam oferujesz wszystko, z wyjątkiem tego, co nas interesuje: Jezusa Chrystusa”. Kardynał podkreślił, że nauka Sołowiowa jest upomnieniem dla ludzi naszej epoki, w której „obserwuje się ryzyko chrześcijaństwa biorącego w nawias Chrystusa z Jego Krzyżem i Zmartwychwstaniem”.

Jest to niebezpieczeństwo zagrażające chrześcijanom, „ponieważ Syna Bożego nie można przełożyć na serię dobrych pomysłów odpowiadających panującej mentalności tego świata”. Chrześcijanie, którzy pójdą za tą pokusą, będą z zachwytem przyjmowani w transmisjach telewizyjnych i na salonach. Ale to wiąże się z wyrzeczeniem się Chrystusa. Kardynał nie omieszkał wyjaśnić, że to, co powiedział, nie oznacza potępienia „wartości” jako takich; są – twierdził – „wartości absolutne, takie jak dobro, prawda i piękno. Kto je przyjmuje i kocha, ten kocha także Chrystusa, nawet jeśli o tym nie wie, ponieważ to On jest Prawdą, Dobrem i Pięknem”. Istnieje jednak świat wartości względnych, których nie wolno absolutyzować, ponieważ to prowadzi do bałwochwalstwa i otwiera drogę do odrzucenia zbawienia. Kardynał ostrzegł, że jeżeli ktoś żyje duchem świata (na przykład dialog ze wszystkimi za wszelką cenę) może oderwać się od Chrystusa i znaleźć się „w stronnictwie antychrysta”.

„Badajcie duchy”

Sposób widzenia świata i chrześcijaństwa prezentowany przez księdza kardynała jest zgodny z tym, co pisze św. Jan Ewangelista w Pierwszym Liście: „Umiłowani, nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie. Po tym poznajecie Ducha Bożego: każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga. Każdy zaś duch, który nie uznaje Jezusa, nie jest z Boga; i to jest duch antychrysta” (1 J 4, 1-3). W ogóle pisma św. Jana Ewangelisty jasno ukazują sytuację człowieka (i ludzkości) w obliczu zbawczego dzieła dokonanego w osobie Jezusa Chrystusa.

Temat antychrysta zajmował watykańskiego rekolekcjonistę już wcześniej i pewne rozważania w tej kwestii kard. Biffi zawarł w tomie wydanym w 2005 r., zatytułowanym „Pinocchio, Peppone, l’Anticristo e altre divagazioni”, o czym pisze Sandro Magister na swojej stronie internetowej. W postaci antychrysta opisanej przez Sołowiowa kard. Biffi widzi de facto symbol religijności pełnej zamętu, jaki obserwujemy w naszych czasach. Na tej samej stronie internetowej (www.chiesa.espresso) dzieli się swoimi uwagami sam kard. Biffi, podkreślając szczególne cechy „osobowości” antychrysta portretowanego przez Sołowiowa. Otóż – jest to „spirytualista, asceta, uczony, filantrop”. Można powiedzieć – same cnoty. Nadto – według Sołowiowa – antychryst wsławił się jako znakomity egzegeta. Obszerne dzieło z zakresu krytyki biblijnej zdobyło mu tytuł doktora honoris causa na uniwersytecie w Tubingen. Interesujące, że to dzieło biblijne miało nosić tytuł: „Otwarta droga do powszechnego pokoju i dobrobytu”. Miała się w nim znajdować szeroka i głęboka synteza wszystkich nauk i metod – od empirii do mistyki i synteza wszelkich ideałów humanistycznych. Budziło pewien niepokój to, że w całym obszernym dziele biblijnym (!) ani razu nie pojawiło się imię Chrystusa. Obrońcy mówili: „przecież całe dzieło jest tak głęboko przeniknięte duchem chrześcijańskim, że niczego więcej nie trzeba. Przecież autor nie ujawnia wobec Chrystusa jakiejś wrogości z zasady”.

W całej filozofii antychrysta na temat Chrystusa są trzy rzeczy, których nie może on zaakceptować. Pierwsza to stanowisko Jezusa wobec moralności: „Chrystus swoim moralizmem podzielił ludzi według kryterium dobra i zła, a ja ich jednoczę dobrodziejstwami, które są konieczne zarówno dobrym, jak i złym” (Kiedyś przypadkiem słyszałem katechezę pewnego pobożnego rabina, który dowodził, że Chrystus „dzieli”, natomiast dopiero Abraham „łączy” wszystkich ludzi. Biedny rabin…). Po drugie, antychryst nie zgadza się na jedyność Chrystusa w kontekście dzieła zbawienia. Antychryst uważa, że Chrystus jest tylko jednym z wielu; owszem, twierdzi: „On był moim poprzednikiem, ponieważ ja tylko jestem doskonałym zbawicielem, jako że oczyszczam jego orędzie z tego wszystkiego, co jest nie do przyjęcia dla dzisiejszego człowieka” (Wspomnijmy, nawiasem mówiąc, jakie sprzeciwy niektórych „teologów” wywołało ogłoszenie przez Kongregację Nauki Wiary Deklaracji „Dominus Iesus” – właśnie „o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła”). Po trzecie, rzeczą absolutnie nie do przyjęcia przez antychrysta jest to, że Pan Jezus wciąż żyje i nie dał się na zawsze zamknąć w grobie (To może być powodem – znowu nawiasem mówiąc – dlaczego niektórzy „uczeni” usiłowali rozdmuchać całkowicie absurdalną „informację” o znalezieniu grobu Jezusa i jego „śmiertelnych szczątków”. To dowodzi, jak rozpaczliwych metod chwyta się wróg Chrystusa).

„Nowe (?) chrześcijaństwo”

Filozofia (teologia?) antychrysta prowadzi w pewien sposób do stworzenia czegoś w rodzaju „nowego chrześcijaństwa”, zaprojektowanego między innymi przez Lwa Tołstoja. Jest to chrześcijaństwo zredukowane do ascetyzmu i sentymentalnego humanizmu, niezawierające – żywotnego przecież – odniesienia do osoby Chrystusa. Przykazania, do których Tołstoj sprowadza Kazanie na Górze, „pochodzą oczywiście od Chrystusa, ale dla ich ważności nie jest konieczne aktualne istnienie żyjącego Syna Bożego”. Jest to – według Sołowiowa – przykład przetłumaczenia Ewangelii na „system wartości”. Krytykę aktualnej sytuacji w chrześcijaństwie, zwłaszcza w Kościele po Soborze Watykańskim II, podjęli także poważni myśliciele, których idee referuje znany nam już Sandro Magister pod datą 7 lutego 2005 roku. Są to: Romano Amerio, filozof, autor dzieła pt. „Iota unum. Studio delle variazioni della Chiesa Cattolica nel XX secolo” (1985). Drugie dzieło, kontynuujące temat, ma tytuł: „Stat Veritas. Seguito a ‚Iota unum'” (1997). W obu pracach Romano Amerio odnosi się krytycznie do takich zjawisk, jak przeakcentowanie „miłości” ze szkodą dla Prawdy lub pewne „zranienie” wiary w Trójcę Przenajświętszą. Drugim autorem przytoczonym przez dziennikarza jest Divo Barsotti, mistyk. Wydał on wiele prac, w których m.in. poddał krytyce styl pracy Soboru Watykańskiego II, który według niego był bardziej „teologiczny” niż „doktrynalny”. Biskupi obecni na Soborze powinni powiedzieć, co należy przyjąć jako przedmiot wiary, a co odrzucić; jednak tak się nie stało. Innym myślicielem przytoczonym przez dziennikarza jest Inos Biffi (nie mylić z kardynałem), teolog, interesujący się wiarą w aspekcie prawdy. Wydał pracę pt. „Verit? cristiane nella nebbia della fede” (2005). Krytycznie ocenia zjawisko przeniesienia punktu ciężkości z przyjęcia prawdy wiary na uprawianie ideologii dialogu, „aggiornamento” i ekumenizmu. Twierdzi, że „ta ideologia zatruła po części wszystkich, nawet nauczycieli wiary, u których takie słowa jak ‚dialog’ i ‚aggiornamento’ powtarzają się z męczącą monotonią, powiązane ‚obsesyjnie’ ze słownictwem ‚solidarności’, ‚przyjęcia’, ‚pokoju’, ‚promocji człowieka’, ‚opowiedzenia się za tymi ostatnimi’, ‚prośby o przebaczenie przeszłych win Kościoła’, ‚ekumenizmu’ i w końcu ‚utopii’. Pomija się natomiast rolę łaski, sakramentów, temat ostatecznego celu człowieka, to jest miłującej kontemplacji Trójcy Świętej, prawdę o piekle i niebie, grzech, a przede wszystkim misterium Chrystusa, w którym każdy człowiek został przeznaczony do wieczności”. Biffi krytykuje też płytki ekumenizm, a także nieprzemyślane odwoływanie się do „jednego Boga” w celu pojednania religii „monoteistycznych”. Jednak z pojęcia „jednego Boga” nie wynika jeszcze, kto jest tym Bogiem. Bo „jedynym Bogiem jest tylko ‚Bóg Jezusa Chrystusa’: Ojciec, Syn i Duch Święty, co dla muzułmanów oznacza bluźnierstwo”.

Tropić ślady „Trojańskiego konia”

W podobny sposób, jak pamiętamy, krytykował pewne odchylenia od prawdziwej nauki Kościoła słynny filozof niemiecki Dietrich von Hildebrand. Znane są u nas jego książki na ten temat: „Koń trojański w Państwie Bożym” i „Winnica spustoszona”. Sporo krytyki poświęca ten filozof zafałszowaniu podstawowych pojęć antropologicznych i chrystologicznych, na których opiera się etyka katolicka, tak wytrwale broniona przez Karola Wojtyłę (Jana Pawła II). Powinno się też wydobyć na światło zapomnianą książkę ks. Michała Poradowskiego pt. „Kościół od wewnątrz zagrożony”, w której autor krytykuje rzeczowo tendencje do zainfekowania teologii przez marksizm i samego chrześcijaństwa przez sekularystyczne wizje zbawienia. Pewne zjawiska dotyczące historii Soboru ocenia krytycznie również wybitny specjalista, przewodniczący Papieskiej Komisji Nauk Historycznych Walter Brandmueller („Avvenire”, 29 listopada 2005 r.). Twierdzi, że Sobór Watykański II, w odróżnieniu od poprzednich, nie wydał żadnego orzeczenia definitywnego w kwestii wiary, lecz chciał jedynie w sposób pozytywny przybliżyć światu Ewangelię. Jan XXIII uważał, że ten styl nauczania odpowiada wymogom dzisiejszego czasu. Jest to piękne, ale Sobór wsławiłby się bardziej, gdyby w ślad za poprzednimi Papieżami odważył się wyraźnie potępić komunizm. Konstytucje posiadają charakter doktrynalny, jednak bez ścisłych norm wiążących. Kanonista Klaus Moersdorf twierdzi, że Deklaracja o wolności religijnej „Dignitatis humanae” nie zawiera treści normatywnych. Jest to – jak uważa Brandmueller – całkowita nowość w dziejach Soborów (tamże). Na temat pominięcia wyraźnego potępienia komunizmu przez Sobór Watykański II ostrzej niż Brandmueller wypowiada się Antonio Socci (Libero, 11 października 2006 r.).

Wielu uważało, że rezygnacja z akcentów ściśle dyscyplinarnych i normatywnych zachęci społeczeństwo do zaakceptowania łagodnie podanej nauki Kościoła. Tymczasem stało się przeciwnie. Było to widoczne szczególnie w zakresie nauki moralnej dotyczącej powołania małżeństwa i rodziny. Brak jasnych i zdecydowanych rozstrzygnięć (których domagało się bardzo wielu ojców soborowych) stał się pretekstem do zastosowania w interpretacji Soboru kryteriów subiektywistycznych, relatywistycznych i pluralistycznych. Rezygnacja z mocnego autorytetu w głoszeniu Ewangelii przez Kościół zaowocowała pojawieniem się zjawiska samozwańczych autorytetów, wraz z niezależnym od obiektywnej prawdy „autorytetem” prywatnego sumienia. Niedługo po Soborze wybuchła potężna opozycja ekspertów, teologów, mediów, a nawet całych grup Episkopatu w pewnych krajach przeciwko nauce Kościoła ogłoszonej przez Pawła VI w encyklice „Humanae vitae” (1968). Nadzieje na chętne przyjęcie nauki Ewangelii w duchu dialogu spaliły na panewce. Natomiast błędy polegające na dostosowaniu nauki Kościoła do „mentalności tego świata” wzmacniały się i mnożyły. Każdy widzi, że rozwija się materializm praktyczny, hedonizm, konsumpcjonizm, laicyzm, sekularyzm, ateizm, który z powrotem przyjmuje formę walczącą i agresywną. Dzieje się to w tych krajach, w których – pod pozorem demokracji – zadomowiły się hasła wolności sumienia, tolerancji i liberalizmu. Pod osłoną praw państwowych i międzynarodowych (różne konwencje „praw człowieka”) panoszy się działalność różnych grup i organizacji zwalczających chrześcijaństwo jawnie i cynicznie, wszędzie tam, gdzie kościoły i gminy chrześcijańskie cieszyły się dotąd ochroną prawa konstytucyjnego. Nie wolno mówić źle o homoseksualistach, ateistach, żydach, mahometanach, ale wolno niszczyć, poniżać i profanować chrześcijaństwo i święte znaki religii. Szczególnie w Ameryce dzieje się to w imię obrony świętej zasady „rozdziału państwa od Kościoła” (zob. Tim Bueler, Liberale Pushing Anti-christian Hate Crimes Bill, www.MichNews.com, 22 marca 2007; także Gregory Koukl, The Myth of Moral Neutrality, Townhall 16 marca 2007). W tych wszystkich prądach widać jak na dłoni dążenie do realizacji programu oddzielenia człowieka od Boga. Chrześcijaństwo powstało w wyniku zjednoczenia Boga z naturą ludzką. Teraz obserwujemy w naszej kulturze prąd przeciwny, który może pochodzić tylko od antychrysta: w imię autonomii człowieka oderwać go od wszelkiego związku z Bogiem Jezusa Chrystusa. Niech wierzy we wszystkie „wartości”, które chce, ale niech nie szuka zjednoczenia z Chrystusem.

Europa „klubem wartości”

W tym na przykład duchu przemawiał wybitny mason włoski, mistrz „Wielkiego Wschodu” Gustavo Raffi z okazji europejskiego szczytu w Neapolu. Twierdził, że sens korzeni chrześcijańskich polega na tym, że chrześcijaństwo wprowadziło kulturę humanistyczną i ugruntowało zasadę laickości państwa oraz broni prymatu prawa we współżyciu społecznym. Za tą tezą idzie też prof. Silnio Ferrari, uważając, że „Europa jest laicka, ponieważ jest chrześcijańska” (blog w Espressonline, 28 listopada 2003 r.). Nie dziwi nas zatem wypowiedź Angeli Merkel, która w swoim uroczystym wystąpieniu powiedziała, że „Europa nie jest klubem chrześcijan (…) Europa jest klubem wartości podstawowych, opierają się one w swej istocie na tym, co my nazywamy chrześcijańskim wizerunkiem człowieka”. Jest to wyraźne odrzucenie istoty chrześcijaństwa na rzecz zakodowanego w świadomości pani Merkel „chrześcijańskiego wizerunku człowieka”. Jest to zredukowanie prawdy religii do subiektywnego i relatywnego obrazu etosu. Ten „wizerunek chrześcijańskiego człowieka” został już w Europie tak głęboko zdeformowany, że nie można się w nim dopatrzyć rysów Chrystusowych objawiających prawdę obrazu Bożego. Pani Merkel kultywuje „wizerunek człowieka”, ale odrzuca wizerunek Boga widoczny na Obliczu Jezusa Chrystusa. Poza tym nazwanie Europy „klubem”, zwłaszcza w kontekście twierdzenia odrzucającego chrześcijańską tożsamość Europy, jest czymś upokarzającym. My nie prosiliśmy się, by nas przyjęto do „klubu”, w którym zobowiązujemy się do respektowania reguł ustalonych przez jego biurokrację. My jesteśmy narodem, który należy do rodziny europejskich narodów wraz z całą jej historią i tożsamością, która po II wojnie światowej miała być odnowiona i przywrócona do pierwotnej prawdy.

Subiektywnie rozumiany wizerunek człowieka chrześcijańskiego może być bardzo różnie ukształtowany. Przykładem takiej oryginalnej interpretacji może być niedawne wydarzenie, jakie miało miejsce w Papui Nowej Gwinei (Agencja Fox, 20 marca 2007). Pewien tamtejszy chrześcijanin wpadł na pomysł, że najwyższą wartość ma człowiek. Zwłaszcza człowiek rodzaju żeńskiego. Tę wartość posiada szczególnie z tego powodu, że można tego człowieka (kobietę) zjeść. Żeby zdobyć wyższy poziom motywacji dla uprawiania tego rodzaju „wartości”, ów mieszkaniec, nazwiskiem Steven Tari (lat 35), umyślił sobie, że jest kolejnym wcieleniem Chrystusa, dokładniej „Czarnym Jezusem”. Wędrując więc po wyspie, gromadził uczniów, aż bezstronni mieszkańcy zauważyli, że składanie ofiar z kobiet i picie ich krwi jakoś nie zgadza się z ich „światem wartości”, jaki sobie utworzyli w dużej mierze dzięki pracy misjonarzy katolickich na tamtym terenie. Postanowili więc tego osobnika schwytać i oddać policji. Grozi mu kara śmierci. Nie wiem, jak pani Merkel czułaby się w jego towarzystwie…

Szatan nie jest wrogiem wartości; owszem może być ich genialnym kreatorem i inspirować wzruszającą filozofię tłumaczącą ich genezę i urzekające ich piękno. Nie potrafi tylko jednego: oddać w pokorze hołdu Barankowi, który uniżył samego Siebie i „stał się posłuszny aż do śmierci”. Dlatego też jedyną drogą uwolnienia się od wpływu antychrysta nie jest dyskusja czy dialog, lecz pokorne pełnienie woli Ojca wyrażonej w Przykazaniach. Europie i Polsce nie jest potrzebny „klub wartości”, lecz Chrystus. Dlatego jeszcze raz wzywam: oddajmy Polskę we władanie Chrystusa.

ks. prof. Jerzy Bajda

Źródło: „Nasz Dziennik”

– Byłem zagubiony. Dzięki wspólnocie Cenacolo odnalazłem siebie. Tu, dla mnie, w Medjugorie jest miejsce specjalne, po raz kolejny mogłem spotkać Maryję i poczuć się jak kochający syn. Dzięki Medjugorie czuję, że Maryja jest z nami obecna. Miałem duże problemy z alkoholem, z narkotykami i z depresją. Cierpiałem bardzo dużo, bo mój ojciec był alkoholikiem i był bardzo agresywny . Jedynym jego argumentem były ręce. Chowaliśmy się z moim rodzeństwem pod stołem. Przeżyłem wiele prób samobójczych.Czułem się jak zombie. Kilka dni temu w Medjugorie zdarzył się cud – mówił Krystian ze Wspólnoty Cenacolo podczas 29. Festiwalu Młodych w Medjugorie.

Akt oddania (przeciw niepokojom i zmartwieniom)

     Ks. Dolindo Ruotolo, neapolitański kapłan, który zmarł w opinii świętości, pozostawił po sobie wiele dzieł. M.in. spisał niżej przedstawioną, a zainspirowaną przez samego Pana Jezusa, naukę o oddaniu się Bogu.

Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie Mi troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, że każdy akt prawdziwego, ślepego i całkowitego oddania się Mnie rozwiązuje trudne sytuacje.

Oddanie się Mnie nie oznacza zadręczania się, wzburzenia, rozpaczania, a później kierowania do Mnie modlitwy pełnej niepokoju, abym podążał za wami. Oddanie się oznacza zamianę niepokoju na modlitwę. Oddanie się oznacza spokojne zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od udręki i poddanie się Mnie, bo tylko dzięki Mnie poczujecie się jak dziecko uśpione w objęciach matki, gdy pozwolicie, abym mógł przenieść was na drugi brzeg.

Mnie oddajcie to co wami wstrząsa, co was boli bezgranicznie – te wasze wątpliwości, wasze przemyślenia, wasze niepokoje i chęć powzięcia odpowiednich kroków za wszelką cenę, aby zapobiec temu co was trapi. Czegóż nie dokonuję, gdy dusza, tak w potrzebach duchowych jak i materialnych, zwraca się do Mnie, patrzy na Mnie mówiąc: „TY SIĘ TYM ZAJMIJ”, a przy tym zamyka oczy i uspokaja się!

Dostajecie niewiele łask, kiedy się męczycie i dręczycie, aby je otrzymać. Otrzymujecie ich bardzo dużo, kiedy wasza modlitwa jest pełnym oddaniem się Mnie. W cierpieniu prosicie, żebym oddalił je od was, ale w taki sposób, jak wy sobie tego życzycie… Zwracacie się do Mnie, ale chcecie, bym to ja dostosował się do waszych planów. Nie bądźcie jak chorzy, którzy proszą lekarza o kurację, ale sami mu ją podpowiadają.

Nie postępujcie tak, lecz módlcie się, jak was nauczyłem w modlitwie „Ojcze nasz”: „Święć się imię Twoje” – to znaczy: bądź uwielbiony w tej mojej potrzebie; „Przyjdź Królestwo Twoje” – to znaczy: niech wszystko przyczynia się do chwały Królestwa Twojego w nas i na świecie; „Bądź wola Twoja” – to znaczy: Ty decyduj. Ja wkroczę z całą Moją wszechmocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje.

Czy widzisz, że nieszczęścia następują jedne po drugich, że sytuacja wciąż się pogarsza, zamiast się poprawiać? Nie przejmuj się – zamknij oczy i powiedz Mi z ufnością: „Bądź wola Twoja, TY SIĘ TYM ZAJMIJ”. Powiadam ci, że się zatroszczę, że interweniuję jak lekarz, a nawet uczynię cud, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dostrzegasz, że stan chorego się pogarsza? Nie przerażaj się, ale zamknij oczy i powiedz: „TY SIĘ TYM ZAJMIJ”. Zapewniam cię, że się o ciebie zatroszczę.

Sprzeczne z oddaniem się Mnie jest zamartwianie się, niepokój, chęć rozmyślania o konsekwencjach zdarzenia. Przypomina to zamieszanie spowodowane przez dzieci, które domagają się, aby mama troszczyła się o ich potrzeby, a jednocześnie wszystko chcą zrobić samodzielnie, utrudniając swymi pomysłami i kaprysami jej pracę. Zamknijcie oczy i pozwólcie się ponieść nurtowi Mojej Łaski; zamknijcie oczy i pozwólcie Mi działać; zamknijcie i nie myślcie o chwili obecnej, także odwróćcie myśli od przyszłości jako od pokusy.

Oddajcie się Mnie, uwierzcie w Moją dobroć, a przysięgam wam na Moją Miłość, że kiedy z taką ufnością powiecie: „TY SIĘ TYM ZAJMIJ”, Ja w pełni wezmę to na siebie, pocieszę was, wyzwolę i poprowadzę. A gdy zmuszony jestem poprowadzić was drogą odmienną od tej, jaką widzielibyście dla siebie, wówczas pouczam was, noszę w Moich ramionach, bo nie istnieje skuteczniejsze lekarstwo niż interwencja Mojej Miłości. Jednak troszczę się tylko wtedy, kiedy zamkniecie oczy.

Jesteście bezsenni, wszystko chcecie oceniać, wszystkiego dociec, o wszystkim myśleć, i w ten sposób zawierzacie siłom ludzkim, albo jeszcze gorzej – ludziom, pokładając ufność w ich interwencji. A to właśnie stoi na przeszkodzie Moim słowom i Moim zamiarom.

O! Jak bardzo pragnę tego waszego całkowitego oddania się Mnie, abym mógł was obdarować, i jakże smucę się widząc, że jesteście niespokojni! Szatan do tego właśnie zmierza: aby was podburzyć, by oddzielić was ode Mnie i od Mojego działania i rzucić na pastwę ludzkich poczynań. Przeto ufajcie tylko Mnie, spocznijcie we Mnie, oddajcie Mi się we wszystkim. Czynię cuda proporcjonalnie do waszego pełnego oddania się Mnie, a nie waszego zaufania do siebie samych. Wylewam na was skarby łask, kiedy znajdujecie się w całkowitym ubóstwie!

Jeżeli macie swoje zasoby, nawet niewielkie, lub staracie się je posiąść, pozostajecie w naturalnym obszarze, a zatem podążacie za naturalnym biegiem rzeczy, który jest często zakłócany przez szatana. Żaden człowiek rozumujący i rozważający tylko według logiki ludzkiej nie czynił cudów, nawet spośród Świętych.

Na sposób Boski działa ten, kto odda się Bogu. Kiedy widzisz, że sprawy się komplikują, powiedz z zamkniętymi oczyma duszy: „JEZU, TY SIĘ TYM ZAJMIJ!”. I odwróć swoją uwagę w inną stronę, bo dociekliwość twego umysłu utrudnia ci dostrzeżenie zła. Zawierzaj Mi często, nie skupiając uwagi na samym sobie. Czyń tak we wszystkich swoich potrzebach. Czyńcie tak wszyscy, a zobaczycie wielkie, nieustanne i ciche cuda. To wam poprzysięgam na Moją miłość. Zapewniam was, że Ja się o was zatroszczę.

Módlcie się zawsze z tą gotowością do oddania się Mnie, a zawsze będziecie odczuwać wielki pokój ducha i osiągać znaczne korzyści, również wtedy, gdy udzielam wam łaski ofiary, zadośćuczynienia i miłości, która nakłada na was cierpienie.

Wydaje ci się to niemożliwe? A zatem zamknij oczy i powiedz całą swoją duszą: „JEZU, TY SIĘ TYM ZAJMIJ!”. Nie lękaj się,

ja się zatroszczę. A ty błogosławić będziesz Imię Moje, nie dbając o siebie samego. Inne twoje modlitwy nie mają takiej wagi, jak ten akt pełnego ufności oddania się Mnie – zapamiętaj to sobie dobrze. Nie ma skuteczniejszej „nowenny” od tej: „Och Jezu, oddaję się Tobie, troszcz się o mnie Ty”.

Ze sklepów Lidl wycofano partię tatara wołowego. Powodem podjęcia takiej decyzji jest obecność pałeczek salmonelli w mięsie.

– W trosce o bezpieczeństwo konsumentów nasza reakcja była natychmiastowa i przedmiotowy produkt został wycofany ze sprzedaży. Artykuł ten można zwrócić w każdym sklepie Lidl bez okazywania paragonu, a koszt jego zakupu zostanie zwrócony – podkreśla Lidl.

Zwrot towaru dotyczy wyłącznie jednej określonej partii tatara. Sieć informuje, że wszystkie inne produkty sprzedawane przez Lidl, wytworzone przez Zakład Przemysłu Mięsnego Biernacki Sp. z o.o., nie są objęte wycofaniem i nie stanowią zagrożenia dla zdrowia konsumentów.

Firma przeprosiła konsumentów za zaistniałą sytuację.

Umieranie to czas, gdy kontakty z bliźnimi stają się coraz rzadsze i coraz trudniejsze. Często może się wydawać, że ktoś umiera całkowicie w samotności. Ale na tym ostatnim etapie życia mamy swoisty czas, aby być z Bogiem, a także pogłębić więź z naszym osobistym aniołem stróżem. Oczywiście subiektywnie możemy wtedy odczuwać wielkie osamotnienie i opuszczenie. Ale anioł stróż, który towarzyszył nam przez wszystkie dni naszego życia, jest wtedy z nami. Modli się w naszej intencji, ofiarowuje nasze cierpienie Bogu i powita nas po przekroczeniu progu śmierci, biorąc w objęcia.

 

Przekonanie, że duszom zmarłych towarzyszą w drodze do zaświatów nadprzyrodzone istoty (święte zwierzęta, bogowie, lub duchy przodków) sięga prastarych dziejów ludzkości. Możemy czerpać na ten temat wiedzę chociażby z egipskich ksiąg umarłych oraz z Tybetańskiej Księgi Umarłych. Właściwie w każdej kulturze sądzono, że dusza potrzebuje przewodnika, aby po opuszczeniu ciała nie zabłądzić. Grecy nazywali takiego przewodnika duszy psychopomposem (psyche = dusza, pompos = przewodnik, od czasownika pempein, oznaczającego „posyłać”, ale także „towarzyszyć”). W greckiej mitologii rolę psychopomposa pełnił Hermes znany choćby z historii Orfeusza i Eurydyki.

Obrońca Michał

W tradycji chrześcijańskiej zadania Hermesa przejął archanioł Michał. W sztuce niejednokrotnie znajdziemy obrazy umierających, na których widzimy czyhającego diabła i Michała z mieczem, aby bronić duszę i odebrać ją z ciała. Funkcja przewodników po śmierci przypisywana jest jednak także ogólnie wszystkim aniołom, co znajduje odzwierciedlenie w kościelnych modlitwach za dusze zmarłych i pieśniach pogrzebowych. Jedna z nich w sposób szczególny urzeka mnie swym pięknem i triumfalnym charakterem:

„Przybądźcie z nieba na głos naszych modlitw,

Mieszkańcy chwały, wszyscy Święci Boży,

Z obłoków jasnych zejdźcie aniołowie,

Z rzeszą zbawionych spieszcie na spotkanie.

Anielski orszak niech twą duszę przyjmie,

Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba,

A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi,

Aż przed oblicze Boga Najwyższego”.

Pamiętam, jakie wielkie wrażenie zrobiła na mnie ta pieśń, gdy byłem dzieckiem i usłyszałem ją po raz pierwszy, zaintonowaną na cmentarzu przez starego człowieka, który ze łzami w oczach zaczął śpiewać, kiedy opuszczano do grobu trumnę z ciałem jego zmarłej żoną. Wiedziałem, że długo i straszliwie cierpiała, zabijana przez nowotwór kości. Oczyma wyobraźni ujrzałem wtedy ten orszak aniołów, zstępujący z nieba i unoszący duszę zmarłej na spotkanie z Bogiem. Było to bardzo krzepiące i dające nadzieję…

Gdy pożegnamy się z doczesnością i udamy ku wszechwiedzy bożego sądu, kapłan wzniesie modlitwę także za naszą odchodzącą duszę. Wierzymy, że ta wędrówka nie odbywa się samotnie. Czy aniołowie naprawdę prowadzą po śmierci naszą duszę do nieba? Taki wniosek możemy wyciągnąć z przypowieści Jezusa o bogaczu i Łazarzu (Łk 16, 19-21). Łazarz, za życia zapomniany przez ludzi i wzgardzony przez bogacza, a w godzinie śmierci pozbawiony nawet pogrzebu, spotyka się z wysłannikami Nieba, przedstawicielami dworu Bożego, którzy przenoszą go na łono Abrahama. Jest to opis w tamtych czasach wyjątkowy, gdyż w literaturze żydowskiej przed połową drugiego wieku nie spotykamy się z taką nauką. Dopiero rabin Meir około 150 r. głosił, że dusze sprawiedliwych są po śmierci prowadzone do nowego życia przez aniołów. Podobną koncepcję zawiera apokryf Testament XII Patriarchów.

Pogląd o szczególnej roli aniołów w godzinie naszej śmierci podzielają chrześcijanie różnych wyznań, także ci, którzy zerwali z tradycją Kościoła. Marcin Luter podczas kazania w dniu św. Michała 29 września 1531 roku powiedział: „Tak jak jestem pewien, gdy kładę się do łóżka na nocny spoczynek, że aniołowie mają za zadanie opiekować się mną: tak samo jestem pewien, że gdy będę kroczył ostatnią drogą pod ziemią do robactwa wszego, aniołowie będą ze mną i będą mi towarzyszyć”.

Przyjaciel anioł stróż

Przede wszystkim zaś towarzyszył będzie nam nasz anioł stróż. Ma on do odegrania ważną rolę w chwili naszej śmierci oraz po drugiej stronie jej wrót. Można powiedzieć, że cała jego praca ma na względzie właściwy przebieg odejścia z tego świata. Jest to przecież kulminacyjny moment naszego istnienia. Nasz anioł będzie towarzyszył nam w tej chwili w roli pocieszyciela przy przejściu przez wrota śmierci oraz będzie naszym obrońcą i naszym świadkiem przed trybunałem Ojca. Św. Augustyn zastanawiał się, czy czasem w dniu Sądu nie usłyszymy swojego życia opowiedzianego Bogu przez naszego anioła stróża (Civitas Dei II, 14). Św. Izaak Syryjczyk natomiast uważał, że związek człowieka z aniołem stróżem jest tak silny, iż aniołowie będą trwać wraz z nami, „odpoczywając przy nas” w nowym świecie po skończeniu czasów (Izaak Syryjczyk, Filokalia, X).

Powieść

Joao Cesar das Neves napisał powieść pt. „Pierwszy dzień po śmierci” (Wyd. WAM, Kraków, 2006). Książka ta w niezwykły sposób ukazuje rolę anioła stróża po dopełnieniu ziemskiej pielgrzymki człowieka, którego mu powierzano. Autor wymyślił sobie, że po śmierci trafimy do windy. Czas nie ma znaczenia, spotkamy tam zarówno osoby, które zmarły na długo przed nami, jak i te, które swój żywot zakończyły długo po nas. Winda prowadzi natomiast dworzec, gdzie czeka na nas nasz prywatny Anioł Stróż, który towarzyszył nam przez całe życie. To właśnie on objaśni nam zawiłości naszego położenia oraz wyjaśni, że teraz naszym jedynym zadaniem jest wybrać pociąg, który powiedzie nas do nieba. Problem w tym, że oba pociągi mają napisaną docelową stację: Niebo i nie wiadomo, który z nich jest prawdziwy. Razem z głównym bohaterem zwiedzamy tajemniczą stację kolejową, poznajemy jego anioła stróża, walczymy z pokusami złośliwych demonów i doświadczamy niezmierzonej miłości Chrystusa. Obserwujemy walkę dobra ze złem, wybory dokonywane przez różne osoby i przemianę wewnętrzną, którą przeżywają, doświadczamy względności czasu i przestrzeni, doznajemy zachwytu nad wielkością i doskonałością dzieł Bożych. Jednak ta niezwykła podróż nie tylko zachęca nas do refleksji na temat ostatnich chwil ludzkiego życia na ziemi i do zastanowienia się, co czeka każdego z nas po śmierci i od czego zależy zbawienie duszy. Autor każe swoim bohaterom omawiać także najważniejsze prawdy wiary chrześcijańskiej, a także przybliża czytelnikowi myśl św. Tomasza z Akwinu i postaci wielkich świętych Kościoła. Jest to oczywiście teologiczna baśń i fikcja literacka, ale mądrze napisana, więc warto ją polecić.

 

Roman Zając

 

 

Artykuł ukazał się w listopadowo-grudniowym numerze „Któż jak Bóg” 6-2011. Zapraszamy do lektury!