Jeśli mieszkałeś w małym miasteczku, miałeś ojca alkoholika i widziałeś pobitą przez ojca mamę, zrozumiesz, jakie miałem problemy.
Oczywiście, nie tylko najgorszych rzeczy doświadczyłem od ojca. Dzięki niemu nauczyłem się pracowitości i odpowiedzialności, jednakże trudno mi było wzbudzić w sobie jakiekolwiek inne uczucia do niego oprócz nienawiści i wstrętu.
Moim jedynym marzeniem było, aby jak najszybciej ukończyć szkołę i wyrwać się z domu. Dzisiaj wiem, że brak dobrych relacji z ojcem często prowadzi chłopców na drogę przestępczą i może być przyczyną uzależnień od alkoholu, narkotyków lub seksu.
Moja mama zawsze uczyła mnie szanować religię i wszystko, co ma związek z Bogiem, ale nie mogłem zrozumieć, o co chodzi w chrześcijaństwie. Miałem wrażenie, że ludzie wierzący muszą być zupełnie bezmyślni – że muszą wręcz wyłączać zdrowy rozsądek, jak tylko wchodzą do kościoła.
Szczerze próbowałem uczęszczać na nabożeństwa, jednak nic się nie wydarzyło. Uznałem więc, że to wszystko, w co wierzą chrześcijanie, nie ma sensu.
Z takim przekonaniem rozpocząłem studia. Jak każdy człowiek pragnąłem szczęścia i chciałem, żeby moje życie miało jakiś sens. Chciałem też być wolny. Według mnie większość ludzi nie jest wolna – wiedzą, co powinni robić, wiedzą, co jest słuszne, ale nie robią tego. Jako student byłem jednym z takich właśnie ludzi.
Zacząłem więc zdobywać pozycję w środowisku studenckim. Zostałem wybrany do samorządu studenckiego i czułem się ważny – podejmowałem decyzje, wydawałem pieniądze, wszystkich znałem i wszyscy znali mnie. Jednak każdego poniedziałku budziłem się rano z bólem głowy po imprezie i z przerażeniem myślałem, jak przetrwać do następnego weekendu.
Wszyscy myśleli, że jestem jednym z najszczęśliwszych facetów na uniwersytecie, ale w rzeczywistości tak nie było. Kiedy coś mi się nie udawało, czułem się sfrustrowany i nieszczęśliwy.
Pewnego dnia poznałem grupę studentów, którzy zachowywali się zupełnie inaczej niż cała reszta. Zamiast przytłoczenia codziennymi sprawami byli zawsze radośni i wręcz promieniowali szczęściem.
Największym szokiem dla mnie (oprócz tego, że jedna z tych wierzących dziewczyn była bardzo ładna – zawsze myślałem, że wszystkie chrześcijanki są brzydkie) było to, że oni uważali za źródło swego szczęścia Jezusa Chrystusa.
Oni nie mówili o religii, tylko o osobie Jezusa Chrystusa. Dzięki nim zrozumiałem, że chrześcijaństwo polega nie tyle na ludzkim wysiłku dotarcia do Boga, ile na tym, że to sam Bóg przychodzi do człowieka:
„W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy” (1 J 4,10).