UWAGA! Nadchodzi bunt ... robotów!

Facebook
W skomplikowanym świecie roboty wydają się prostym sposobem na zbawienie. W serialu „Westworld” to zbawienie wymyka się spod kontroli - pisze Michał Kuź w najnowszym wydaniu internetowym Nowej Konfederacji.




Dystopie to zbiorowe wizje raju utraconego, snu o lepszym świecie, który staje się koszmarem. Ten koszmar wielu przeczuwa, ale dopiero twórca nadaje formę tym zbiorowym lękom. „Westworld” jest pod tym względem wręcz modelowym przedstawicielem gatunku. Widać na jego przykładzie, jak kultura masowa przeszła od zachłyśnięcia się robotyką, podszytego tylko lekkim terminatorowym dreszczykiem, do dojrzałej refleksji nad sztuczną inteligencją i człowieczeństwem. Można powiedzieć, że zamiast bać się robota zaczęliśmy się bać o robota. Nawet bać się tego, by robotem się nie stać, jeśli można się tu pokusić o nieco bardziej ezoteryczne odczytanie serialu.

Wielki Serial

Badacze kultury, którzy spojrzą kiedyś na pierwszą połowę XXI wieku, nazwą ten okres epoką wielkich seriali. To seriale bowiem stają się teraz najbardziej rozwiniętą, rozbudowaną i zniuansowaną formą sztuki, dostępną masowemu odbiorcy. Są one dziś tym, czym odcinkowa powieść była dla wieku XIX i tym, czym film stał się dla wieku XX. Z tej perspektywy gry komputerowe potrzebują jeszcze kilku dekad ewolucji, a i wtedy mogą okazać się zbyt elitarne i absorbujące dla przeciętnego odbiorcy. Kino wydaje się zaś dziś już tylko banalną zabawką – dla dużych i małych dzieci, chcących pooglądać swoich ulubionych superbohaterów. Nie jest to zresztą obserwacja specjalnie oryginalna. „Rodzina Soprano”, „Downton Abbey”, „Mad Men,” „Gra o tron”, „Młody papież” czy „The Knick” – to tylko niektóre tytuły wielkich seriali ostatniej dekady. Jednak nawet na tle gwiazd, które zabłysły na nieboskłonach kodowanych kanałów, „Westworld” świeci szczególnie jasno.

Już dla samego aktorskiego pojedynku pomiędzy Edem Harrisem a Anthonym Hopkinsem warto byłoby na „Westworld” zwrócić uwagę. Dodajmy jeszcze do tego wciągający scenariusz, niezwykłą dbałość o detal i mistrzowski suspens, a nikogo nie zdziwi, że pierwszy sezon „Westworld” stał się najchętniej oglądanym pierwszym sezonem serialu w całej historii HBO. Twórcy: Jonathan Nolan (brat Christophera) i jego małżonka Lisa Joy zdobyli serialowy firmament szturmem. Ich dzieło już zdeklasowało pod względem udanego debiutu takie tytuły jak „Detektyw”, „Seks w wielkim mieście” czy choćby wspomnianą już „Rodzinę Soprano” i „Grę o tron”. Oczywiście, taka jakość musi kosztować. Na jeden odcinek serialu (50 minut) wydano więcej niż na niejedną godzinę blockbusterowej produkcji filmowej (ok. 10 mln USD). Cały sezon to zaś, jak łatwo policzyć, okrągłe 100 mln USD.

Bez wątpienia mamy do czynienia z wielkim serialem. I to nie tylko z powodu kosztów. „Westworld”, którego bohaterowie tak często cytują Szekspira, jest bowiem w istocie na swój sposób właśnie szekspirowski. Jak dobry dramat elżbietański potrafi się bowiem podobać – i na poziomie bardzo podstawowym (seks, przemoc, intryga), i na poziomie nieco bardziej egzystencjalnym, choć wciąż w okolicach banału („Wiesz gdzie się znajdujesz? W więzieniu własnych grzechów.”). Moim zdaniem jest też trzeci poziom, na którym serial mówi coś ważnego o współczesnej polityce i społeczeństwie w szerszym kontekście. Być może jest wręcz tak, że pod warstwami rozrywki, piętrowych metafor i nieco pretensjonalnej filozofii ukrywa się coś niezwykle wręcz wywrotowego.

Ja, robot

Jest pewnym nadużyciem twierdzenie, że serial powstał na podstawie filmu o tym samym tytule z 1973 roku. Pierwszy „Westworld” był bowiem brutalną jatką w stylu „zabili go i uciekł”… dosłownie. Starzejący się Yul Brynner grał w nim elektronicznego rewolwerowca, który z powodu awarii systemu wraz z innymi maszynami zaczyna dziesiątkować odwiedzających park rozrywki turystów. Nowy „Westworld” natomiast jedynie luźno nawiązuje do pierwowzoru, być może innowacyjnego jak na swoje czasy, ale dziś już rażącego sztampowością. Oto bowiem znowu znajdujemy się w tytułowym „Świecie Dzikiego Zachodu”. Jest to konsumpcjonistyczny raj, gdzie androidy – zarówno bionicznie (zbudowane z tkanki organicznej podobnej do ludzkiego ciała), jak i te starszego typu (mechaniczne) – mają służyć każdej zachciance odwiedzających park gości. Z robotami, czyli „hostami”, można na przykład udawać się na emocjonujące wyprawy, polować, pić i zabijać, a także uprawiać seks. Mniej wybredni mogą się pokręcić po miasteczku, odwiedzić lupanar czy uczestniczyć w przypadkowej strzelaninie. Ci bardziej wymagający biorą jednak udział w specjalnie napisanych na tę okazję scenariuszach. Są to wprawdzie przyjemności równie krwawe i ociekające erotyką, ale zawierające też odrobinę finezji i cytatów, jeśli nie z Szekspira, to z Conrada.

Oczywiście, dla tych, którzy znają mistrza postludzkiej fantastyki naukowej, czyli nieodżałowanej pamięci Philipa K. Dicka, natychmiast staje się jasne, że po takiej ekspozycji zamiast w bezmyślną rąbankę zboczyć można w psychologiczny dramat. I z początku wydaje się, że istotnie podążamy śladami Dicka. W pierwszych odcinkach oswajamy się z „hostami”, poznajemy ich tajemnice oraz sekreciki obsługi parku. Spotykamy też samego dr. Roberta Forda (Hopkins): mrocznego demiurga, który poświęcił doskonaleniu narracji i dopracowywaniu androidów całe swoje zawodowe życie, i jakby celowo epatuje miną, manierami i akcentem Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. Cel na razie wydaje się oczywisty, mamy po dickowsku zacząć utożsamiać się z „hostami”, patrzeć na świat ich oczyma, zacząć je podejrzewać o świadomość, a nawet szczątkową pamięć swoich poprzednich „wcieleń”. Trzeba bowiem pamiętać, że androidy wykorzystywane są jak aktorzy, a ich pamięć częściowo kasowana przed obsadzeniem w nowej roli lub zapętleniem narracji.

Innymi słowy, z początku myślimy, że podstawową modyfikacją dawnego filmowego pierwowzoru jest opowiedzenie narracji z perspektywy „ich”, czyli maszyn. Jak w „Łowcy androidów” ze strzelaniny robi się więc łzawy moralitet, a z wesołego miasteczka mroczny gułag. W serialu jest jednak coś więcej, czego może Dick i Ridley Scott dotknęli, ale tylko leciutko. Tyle, że jak to w recenzji bywa, dokładne opisanie „tego czegoś” wymagałoby chyba zdradzenia potencjalnemu widzowi zbyt wielu szczegółów i tym samym popsułoby przyjemność oglądania.

Oni są jakimś rozwiązaniem

W bardzo ogólnym zarysie można jednak powiedzieć, że to, co wykracza zarówno poza strzelankę, jak i egzystencjalne moralizowanie, to warstwa polityczno-społeczna. I nie chodzi tu bynajmniej też o to, że androidy, które najsprawniej uniezależniają się od twórców, są Afroamerykanami. To raczej fałszywy trop. Proponuję natomiast, aby każdy widz już na wstępie zwrócił uwagę na gęstą atmosferę panującą za kulisami parkowej sceny. Sugeruje ona, że dosłownie każdy bohater, „host” czy człowiek, zaplątany jest w swoje własne sznury. Tyle że więzy tych drugich są nieco mniej oczywiste, zbudowano je bowiem z zależności finansowych, technologii, niezaspokojonych pragnień i aspiracji, wreszcie bezmyślnej i wyjaławiającej pracy. Ba, ma się wręcz wrażenie, że cały przemysł, maszyneria i personel, który stoi za parkiem, dehumanizuje się tym bardziej, im bardziej stara się on uczłowieczyć roboty i urealnić „świat Zachodu”. Nawet doktor Ford jest wykorzystywany przez jakiś odległy „zarząd”, choć on akurat wie, jak się zemścić.

WIĘCEJ CZYTAJ TUTAJ



Autor:

Źródło:

21:15 9 stycznia 2017







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie