CYWILIZACJA

Trzecia tajemnica fatimska realizuje się teraz

Są takie wizje, które stają się jasne, dopiero gdy zaczną się realizować. Kto wie, czy tak właśnie nie jest z tzw. „trzecią tajemnicą fatimską”. Gdy św. Jan Paweł II ujawniał jej treść, a kardynał Joseph Ratzinger komentował jej znaczenie, mogło się wydawać – mimo licznych nieścisłości, na które uwagę zwracał choćby Antonio Socci – że obrazy, które przywołała siostra, mogą odnosić się do prześladowania Kościoła za czasów komunizmu, a obraz zabijanego papieża do św. Jana Pawła II. Obecnie jednak warto zadać sobie pytanie, czy obraz ten nie powinien być odniesiony do zupełnie innych wydarzeń, których zarys odsłoniła nam historia Europy w ostatnich miesiącach 2015 roku. Nie trzeba być szczególnym znawcą objawień fatimskich, ani tym bardziej wieszczyć, że papieże nie ujawnili jakichś ich części, by zadać sobie pytanie, czy przypadkiem na naszych oczach nie realizuje się tajemnica (a może tylko jakiś jej nowy wymiar), którą ujawnił Ojciec Święty Jan Paweł II?

Aby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać krótką notatkę, którą siostra Łucja przekazała papieżowi. „Po dwóch częściach, które już przedstawiłam, zobaczyliśmy po lewej stronie Naszej Pani nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się, wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku; Anioł wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta! I zobaczyliśmy w nieogarnionym świetle, którym jest Bóg: «coś podobnego do tego, jak widzi się osoby w zwierciadle, kiedy przechodzą przed nim» Biskupa odzianego w Biel «mieliśmy przeczucie, że to jest Ojciec Święty». Wielu innych Biskupów, Kapłanów, zakonników i zakonnic wchodzących na stromą górę, na której szczycie znajdował się wielki Krzyż zbity z nieociosanych belek jak gdyby z drzewa korkowego pokrytego korą; Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem, szedł, modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni Biskupi, Kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji. Pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręce konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga” – napisała siostra Łucja. 

 

Ten obraz wielkiego, zrujnowanego miasta może mieć przed oczyma każdy, kto śledzi informacje docierajace z Bliskiego Wschodu, z terenów Państwa Islamskiego. To stamtąd napływają obrazy mordowanych chrześcijan, którzy w okrutny, ale także niezmiernie spektakularny sposób tracą życie z rąk islamskich terrorystów. Tak jak dwudziestu jeden Koptów zamordowanych nad Morzem Śródziemnym. Terroryści poderżnęli mężczyznom gardła, a całą egzekucję sfilmowali. Na filmie, który został umieszczony w Internecie, dokładnie widać, jak krew męczenników spływa do morza (wstrząsający obraz, którego trudno nie zestawić z obrazem aniołów, które zbierają krew męczenników do konewek). Inny film, także zaprezentowany przez islamistów, przedstawia kilkunastu chrześcijan, którzy po odmowie konwersji na islam zostali wsadzeni do klatki, a potem zatopieni w wodzie. Modlili się, oczekując okrutnej śmierci. Kilka filmów (trudno nie dostrzec, że znakomicie zrealizowanych wedle najlepszych hollywoodzkich standardów) nie wyczerpuje jednak ogromu męczeństwa, z jakim zmagają się obecnie chrześcijanie na Bliskim Wchodzie czy w Afryce. Ogromna rzesza wyznawców Jezusa Chrystusa została pozbawiona domów, chrześcijańskie kobiety i dzieci – w tym także synowie – często zostali sprzedani do domów publicznych w Turcji, a oni sami pozbawieni resztek godności. Niektórzy ulegają przemocy, i jak pewna kobieta, o której opowiadał mi duchowny często goszczący na Bliskim Wschodzie, dokonują konwersji na islam. Ale potem szczerze pokutują. „Ona przepraszała, błagała o rozgrzeszenie i przekonywała, że nie miała innego wyjścia, bo wiedziała, że jeśli nie wypowie słów konwersji, to oni będą gwałcić jej nieletnie córki na jej oczach, tak długo aż one umrą” – opowiadał mi kapłan. I dodawał, że jedyne, co mógł zrobić, to pocieszyć kobietę, że w takiej sytuacji nie może być mowy o zaparciu się wiary. Prześladowania objęły także duchownych, którzy porywani są dla okupu, ale którzy – wbrew logice – często są mordowani, nawet jeśli pieniądze zostaną przelane ich oprawcom. 

 

To wszystko dzieje się na naszych oczach. Sprawcami tych czynów nie są jacyś bezimienni islamiści, ale zwyczajni muzułmanie. „Ja nie znam innego islamu, jak taki” – mówił mi podczas wywiadu ks. DouglasBazi, chaldejski kapłan, porwany i torturowany przez muzułmanów. „To nie jest kwestia tylko islamizmu, ale tego, jak wygląda islam wokół nas” – mówił mi, gdy próbowałem go wciągnąć w rozróżnienia między islamizmem a islamem. „Przejrzyjcie na oczy. Zobaczcie, co się dzieje wokół was na tym świecie. Często docierają do was fałszywe informacje, że islam to religia pokoju. Jeśli tak mówią, są kłamcami. Jeśli pokazują wam twarz pokoju islamu, kłamią. Ja się urodziłem pomiędzy nimi, wychowałem się pośród nich w Bagdadzie. Znam tradycję arabską, znam język arabski i Koran lepiej niż niejeden z nich. Nie chcę budzić waszej nienawiści do islamu, bo to nie jest postawa chrześcijańska, ale zapamiętajcie to, co powiedziałem” – mówił jeszcze mocniej podczas spotkania w Świdnicy. To wtedy z jego ust padły niezwykle mocne słowa, których nie tylko nie da się zapomnieć, ale które budzą świadomość tego, co i nas może czekać. „Dziś myślę, że lepiej być zabitym i znaleźć się w rękach Boga, niż być żywym i tkwić w rękach terrorystów islamskich. Podczas tortur wybito mi zęby, złamano młotkiem mój nos i łamano mi kości na plecach. Dlatego przybyłem tutaj, żeby powiedzieć: Obudźcie się i miejcie się na baczności, bo rak islamu już jest pomiędzy wami”.

 

Nie pocieszajmy się, że marsz islamistów ograniczy się do Bliskiego Wschodu czy Afryki Północnej. Już teraz propagandziści Państwa Islamskiego prezentują mapy swoich celów do roku 2020. Kalifat ma wówczas obejmować nie tylko cały Bliski Wschód, ale również Afrykę Północną (aż do granic Konga, Gabonu i Tanzanii), Indie, sporą część Chin, a także – co może szczególnie ważne z perspektywy Europy – Portugalię i Hiszpanię, Grecję, Serbię, Słowenię, Chorwację, Węgry, Słowację, a nawet fragment Austrii. Jednym słowem wszystkie te ziemie, które kiedykolwiek, choćby przez chwilę, pozostawały pod panowaniem islamskich władców. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy oczywiście w to, że ten projekt, na taką skalę, może się tak szybko ziścić. To raczej próba zastraszania i budowania propagandy islamskiej, a także jasny sygnał, czego chcą zwolennicy kalifatu. Niewiele wskazuje na to, by cele te mogły być osiągnięte w tak krótkim czasie, i to akurat przez tę grupę islamską. Islamski radykalizm ma wiele oblicz, a jego zwolennicy często walczą także ze sobą. Łączy ich, i co do tego nie ma wątpliwości, wrogość wobec Europy i chęć jej zdobycia dla Allaha. Warto też pamiętać, że zislamizować Europę można na wiele różnych sposób, a proces ten już ma miejsce. Francja, Niemcy, Szwecja czy Wielka Brytania już od dawna nie są krajami chrześcijańskimi, a najszybciej rozwijającymi się tam wspólnotami wyznaniowymi są… grupy muzułmańskie. 

 

Zamachy w Paryżu (a wcześniej w Londynie, Madrycie, Waszyngtonie i Nowym Jorku) nie pozostawiają wątpliwości, że i militarnie Zachód nie może czuć się bezpiecznie. Wychowani na ulicach Paryża, Brukseli, Marsylii, Lyonu, Berlina czy Londynu młodzieńcy, którzy właśnie się nawrócili na radykalny islam, są nieuchwytni dla służb, a metoda walki, jaką się im proponuje, budzi grozę. Nie jest rzeczą niemożliwą zdobycie samochodu, kałasznikowa i przeprowadzenie samobójczego zamachu w centrum wielkiego miasta. Skonstruowanie bomby, co regularnie robią Palestyńczycy, też nie jest przesadnie trudne, a jej podłożenie – choćby na trasie maratonu, jak to miało miejsce w Bostonie – nie tylko zabija, ale też rodzi przerażenie. Wszystko to mogą zrobić młodzieńcy, którzy jeszcze kilka lat wcześniej uczęszczali do francuskich, brytyjskich czy amerykańskich podstawówek i mogli się wydawać całkowicie zintegrowani. Tego rodzaju miejskiej partyzantki, która formułuje się ad hoc i to jeszcze z podtekstem religijnym, nie da się zwalczyć nalotami, i bardzo trudno jest ją pokonać w walce. Szczególnie gdy naturalnym podglebiem dla takiego terroryzmu są całe dzielnice miast, w których niemal nie mieszkają biali, i gdzie wszystkim rządzą gangi, ewentualnie miejscowi imamowie, których nauczania nikt nie kontroluje. 

 

Najgroźniejszą bronią muzułmanów nie są zamachy, ale… demografia. Tempo rozwoju wspólnoty muzułmańskiej w Europie, emigracja, a także całkowity brak pomysłu na skuteczną inkulturację wyznawców islamu nie pozostawiają wątpliwości, że za kilkadziesiąt lat muzułmanie będą większością. Tak może być – co pokazują dane z „The Commentator” – choćby w Wielkiej Brytanii. Obecnie muzułmanie stanowią około 4,5 procent obywateli tego kraju, w roku 2020 będzie ich – jeśli tempo wzrostu demograficznego się utrzyma – 8 procent, w 2030 liczba muzułmanów wzrośnie do 15 procent. Dziesięć lat później będzie ich już 28 procent, a w 2050 roku muzułmanie będą już stanowić połowę mieszkańców Wielkiej Brytanii. Jeszcze gorsze wskaźniki są na kontynencie. We Francji obecnie trzydzieści procent osób poniżej trzydziestego roku życia to muzułmanie. W Brukseli aż 30 procent mieszkańców to wyznawcy islamu, a ich liczba wciąż rośnie. W Holandii najczęściej nadawanym imieniem nowo narodzonym chłopcom jest Muhammad. W Austrii (by przejść do państwa, w którym zmiany demograficzne są nieco mniej widoczne) już teraz stopa urodzeń wśród katolików wynosi 1,32 dziecka na kobietę, wśród protestantów 1,21, wśród ateistów 0,86, a wśród muzułmanów… 2,34. W efekcie już w połowie tego wieku islam stanie się najważniejszą religią Austriaków poniżej piętnastego roku życia. Nie inaczej jest w Rosji. Jeden z fińskich think tanków wskazał ostatnio, że w ciągu kilku najbliższych lat ponad połowa poborowych będzie muzułmanami. Powód jest niezmiernie prosty: otóż przeciętna muzułmanka w Federacji Rosyjskiej ma 2,3 dziecka, a przeciętna chrześcijanka 1,4 (to i tak więcej niż w Europie. Rosyjskie statystyki demograficzne zaniża śmiertelność mężczyzn, którzy z powodu alkoholizmu umierają mniej więcej w wieku 60 lat, podczas gdy niepijący muzułmanie żyją statystycznie dłużej). Zmiany te będą miały ogromny wpływ na przyszłość Rosji, która – i to niebawem – może się stać głównym eksporterem zrewoltowanych muzułmanów na zachód Europy. W niej samej także zajdą głębokie zmiany, a ich symbolicznym zwieńczeniem, o którym już zupełnie wprost pisał Paul A. Goble, ekspert ds. rosyjskich mniejszości narodowych, może być budowa meczetu na Placu Czerwonym w Moskwie. 

 

 Proces ten bez wątpienia przyspieszy gigantyczna fala islamskich imigrantów, którzy podając się za uciekinierów z krajów ogarniętych wojną, uzyskują status uchodźców. Osiemset tysięcy muzułmanów, a o przyjęciu tylu imigrantów w ciągu jednego tylko roku mówił wicekanclerz Niemiec Sigmar Gabriel, drastycznie zmienia obraz demograficzny Europy. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że są to w większości młodzi mężczyźni, którzy będą chcieli (i będą mieli prawo) ściągać do państw, do których zostaną przydzieleni, swoje rodziny, a potem będą mieli ze swoimi żonami statystycznie o wiele więcej dzieci, niż przeciętny Europejczyk, to osiemset tysięcy osób może łatwo przemienić sięw kilka milionów. Jeśli dodać do tego prosty fakt, że przyjęcie tej fali uchodźców skłoni kolejnych uciekinierów do szukania poprawy swojego losu, to obraz staje się dramatyczny, bowiem w ciągu kilkudziesięciu lat etniczna sytuacja na Starym Kontynencie może się zmienić całkowicie, tak jak w ciągu niespełna kilku pokoleń zmieniła się w Kosowie, które z kolebki serbskiej państwowości i prawosławnej tradycji przekształciło się w kraj w większości muzułmański. Z Niemcami, Wielką Brytanią czy Francją może niebawem być podobnie. W efekcie w krótkim czasie – wskazuje Walter Laqueur w książce Ostatnie dni Europy. Epitafium dla Starego Kontynentu – „warunki w Europie mogą stać się podobne do tych, jakie panują w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie”. 

 

Ostatecznym celem islamu i islamistów nie jest jednak ani Londyn, ani Paryż, ani nawet Berlin (choć bez wątpienia one także mają stać się miastami islamskimi), ale… Rzym. „Celem jest Rzym, ponieważ trwająca wojna ma wymiar nie tyle ekonomiczny, polityczny czy demograficzny, ile przede wszystkim – jak zawsze – religijny, i ponieważ to z Rzymu płynie owa siła moralna, która w 1571 roku w Lepanto i w 1683 roku pod Wiedniem rozgromiła islam. Prawdziwym wrogiem nie są Stany Zjednoczone czy państwo Izrael, które nie istniały, kiedy islam dotarł do bram Wiednia w 1683 roku, ale Kościół katolicki i cywilizacja chrześcijańska, których religia Mahometa stanowi diaboliczną parodię” – w eseju Islam idzie na Rzym pisał włoski historyk Roberto de Mattei. Symbolem prawdziwego zwycięstwa islamu, czego nikt szczególnie nie ukrywa, będzie sztandar proroka powiewający nad Bazyliką św. Piotra, tak jak wcześniej powiewał nad Bazyliką Hagia Sophia w Konstantynopolu. Ani Państwo Islamskie, ani inni muzułmanie tego nie ukrywają. W manifeście Państwa Islamskiego rzecznik tego ruchu szejk Abū Muhammad al-’Adnānī ash-Shāmī wprost wskazywał, że ostatecznym celem dżihadystów jest pokonanie Kościoła katolickiego. „Zdobędziemy Rzym, połamiemy wasze krzyże i zniewolimy wasze kobiety, za pozwoleniem Boga Potężnego. To jest Jego obietnica dla nas” – podkreślał w 2014 roku. „Ostatecznie Allah jest z muzułmanami i nigdy nie pozostawi ich w obliczu wrogów. I dlatego Państwo Islamskie zawiesi swoje flagi nad Rzymem” – uzupełniał. Jego zdaniem muzułmanie znajdują się w stanie wiecznej wojny z rzymskimi katolikami i nie spoczną, dopóki nie zdobędą Rzymu, jak wcześniej zdobyli Konstantynopol. Identyczne cele deklarują nie tylko islamiści, ale również – tak wychwalani – umiarkowani muzułmanie. Szejk Ali Al-Faqir, były jordański minister do spraw dzieł religijnych, w wywiadzie dla telewizji Al-Aqsa podkreślał, że muzułmanie „będą zdobywać Rzym, tak jak zdobyli Konstantynopol”. Inny muzułmański duchowny i lider Hamasu Yunis Al-Astal uzupełniał, że już „niebawem, zgodnie z wolą Allaha, Rzym zostanie zdobyty, tak jak kiedyś został zdobyty Konstantynopol”. Podobne wypowiedzi można mnożyć.

 

Te słowa uświadamiają niezwykle mocno, że starcie, którego jesteśmy świadkami, i którego elementem jest inwazja muzułmańskich imigrantów na Europę, nie jest i nie powinno być interpretowane wyłącznie w kategoriach politycznych. To starcie religijne, w którym stawką jest Kościół, a co za tym idzie zbawienie wielu miliardów osób. Każdy chrześcijanin jest więc wezwany do uczestnictwa w owym starciu. Jedni poprzez ewangelizację (ze świadomością możliwości męczeństwa), modlitwę (wciąż aktualne pozostają wezwania siostry Łucji do modlitwy różańcowej i pokuty), a jeszcze inni poprzez działania polityczne i wreszcie militarne. Krucjaty, nawet jeśli nie pod taką samą nazwą, są nadal potrzebne. Wtedy trzeba było odbić Grób Pański i umożliwić dostęp do niego mordowanym masowo chrześcijańskim pielgrzymom. Teraz trzeba bronić Rzymu przed islamską nawałą. Tego nie zrobią za nas nihiliści, gdyż oni także chcą zniszczenia Rzymu, i w tej kwestii grają w tej samej drużynie, co islamscy fanatycy. My chrześcijanie musimy zjednoczyć się w obronie zarówno Kościoła, krzyża, jak i naszych żon. To jest nasza wojna. Wojna, której nie chcieliśmy, ale w której uczestniczyć musimy. Przez różaniec, ewangelizację, odważne decyzje polityczne, ale także przez działania militarne. 

 

Tomasz P. Terlikowski

 

Tekst jest fragmentem książki Tomasza P. Terlikowskiego „Kalifat Europa”

Źródło:

Komentarze

Zobacz także

HORROR! Ta wycieczka na pewno będzie śniła się tym dzieciom po nocach

Redakcja malydziennik

Nowe fakty ws. zaginionego Dawidka. Jego ojciec miał jeszcze córkę

Adam Gaafar

Koniec pieśni. Będziemy zarabiać mniej niż nasi rodzice

Redakcja malydziennik
Ładuję....