RELIGIA

TO PRAWDZIWY CUD. Wielka święta ratuje życie ludzi, którzy nie mieli żadnych szans. MUSISZ JĄ POZNAĆ!

Św. Gianna Beretta Molla nie tylko żyje w Bogu, ale także wciąż działa. To ona inspiruje lekarzy do walki o życie, ona daje nadzieję matkom, które stają przed podobnym do jej wyzwaniem, i za jej wstawiennictwem Bóg dokonuje kolejnych wielkich cudów.

Jednym z pierwszych, jaki posłużył zresztą do jej procesu beatyfikacyjnego, było uzdrowienie kobiety w Brazylii, tam gdzie pracował jej brat, i gdzie ona sama chciała wyjechać na misje. Wszystko zaczęło się 22 października 1977 roku w Grajaú w Brazylii. To tam Lucia Sylvia Cirilo, 27-letnia kobieta, protestantka z wyznania, urodziła swoje czwarte dziecko. Kilka dni później wróciła do pracy sprzątaczki, a po kolejnych kilku dniach z silnymi bólami trafiła do szpitala, który pomagał zakładać brat św. Gianny, ojciec Albert. Po badaniach okazało się, że w czasie cesarskiego cięcia poważnie uszkodzono jej narządy wewnętrzne, i że konieczna będzie skomplikowana operacja, by uratować jej życie. Problemem było tylko to, że najbliższy szpital, w którym znajdował się sprzęt konieczny do takiej operacji, znajdował się ponad sześćset kilometrów dalej, a transport mógł się zakończyć śmiercią kobiety. Wtedy do akcji wkroczyła zakonnica kapucynka, która miała przy sobie obrazek sługi Bożej Gianny Beretty Molli, i zaczęła prosić ją o pomoc. „Ty, która jesteś siostrą ojca Alberta, uzdrów tę kobietę i pozwól uniknąć jej podróży do São Luis” – modliła się siostra Bernardina, a później także dwie inne pielęgniarki. Modlitwa została wysłuchana. Chirurg, którego wezwano, by zbadał kobietę, uznał, że wszystkie objawy ustąpiły, a jej samej nic już nie zagrażało. To uzdrowienie matki czworga dzieci zostało uznane za cud konieczny do beatyfikacji. 

 

Jeszcze potężniejszym cudem wykazała się Gianna Beretta Molla przed swoją kanonizacją. Ta historia ma początek w listopadzie 1999 roku. 35-letnia Brazylijka Elizabeth Comparini Arcolino zachodzi w swoją czwartą ciążę. W pierwszym miesiącu przechodzi krwotok, który poważnie zaszkodził dziecku. Badania USG wykazują, że dziecko jest zdecydowanie za małe jak na swój prenatalny wiek. Lekarze przygotowują ją na poronienie. 9 grudnia badania wykazują nie tylko, że dziecko ma jeden centymetr, ale też, że tuż obok niego w macicy znajduje się ogromny skrzep, który utrudnia dziecku normalny rozwój. Lekarze ponownie ostrzegają, że jest wysoce prawdopodobne, że dziecko umrze przed narodzinami i zostanie spontanicznie poronione. Tak się jednak nie dzieje. Jego serce wciąż bije, a ciąża trwa. 

 

11 lutego sytuacja dramatycznie się pogarsza. Elizabeth trafia do szpitala, gdzie okazuje się, że choć dziecko nadal żyje, to w macicy niemal nie ma płynu owodniowego. Oznacza to, że zarówno matka, jak i ono narażeni są na poważne niebezpieczeństwo zakażenia. Lekarze proponują aborcję, ale kobieta odmawia. Błyskawicznie zaczynają być jej podawane płyny, które mają przyczynić się do produkcji płynu owodniowego. Płynu nie przybywa, a lekarze są już pewni, że dziecko umrze. Zaczynają przekonywać kobietę, że powinna koniecznie ratować swoje życie. Aby uniknąć zakażenia, powinna natychmiast zgodzić się na aborcję. Ze statystyk wynika, że dziecko na tym etapie rozwoju, w macicy bez płynu owodniowego nie może przeżyć, a jeśli poronienie nie nastąpi odpowiednio szybko, to matka także może umrzeć. Lekarze dają jej więc kilka dni na podjęcie decyzji o aborcji. Elizabeth jest osobą głęboko wierzącą i nie bierze pod uwagę takiej opcji. „Wiedziałam, że muszę uratować moje dziecko, że muszę je doprowadzić do momentu, gdy będzie mogło przeżyć” – podkreśla. Mąż, który wspierał ją w walce, biegnie po księdza, a lekarz w tym czasie podkreśla, że daje im piętnaście minut na podpisanie dokumentów koniecznych do przeprowadzenia aborcji. 

 

Słowa te usłyszała przyjaciółka Elizabeth Isabelle, która zbiegła do kaplicy szpitalnej, by tam modlić się do Matki Bożej. Po modlitwie wybiegła z kaplicy i spotkała na korytarzu biskupa Diogenesa Silvę Matthesa, który przebywał akurat w szpitalu z wizytą u innej osoby. Kobieta poprosiła go, by spotkał się z Elizabeth i jej mężem Carlosem, a on – jako że udzielał im wcześniej sakramentu małżeństwa – zgodził się na to. „Będziemy się modlić, a Bóg wam pomoże” – powiedział Elizabeth, gdy wysłuchał jej historii. Poprosił lekarza, by ten wstrzymał się z decyzjami jeszcze przez jakiś czas. Tuż po wyjściu biskupa do kobiety przyszedł ksiądz, który udzielił jej sakramentu chorych, a krótko później na salę powrócił biskup. Tym razem trzymał w rękach biografię św. Gianny Beretty Molli. „Zrób to, co Gianna Beretta, a jeśli to konieczne, oddaj życie za swoje dziecko” – powiedział jej biskup. I dodał: „Modliłem się w domu i powiedziałem błogosławionej w modlitwie: teraz masz możliwość zostać kanonizowana. Wyproś u Boga łaskę cudu i uratowania życia tego maleństwa”. 

 

Po tej rozmowie Elizabeth zapowiedziała lekarzowi, że nie zgodzi się na aborcję, i że jakiekolwiek zabiegi wobec dziecka można będzie podjąć dopiero wtedy, gdy jego serce przestanie bić. Lekarka, choć początkowo chciała za wszelką cenę doprowadzić do aborcji, ustąpiła. „Nie wiem, czy to była jakaś intuicja, czy mój brak zdecydowania, a może podziw dla wiary Elizabeth, która zdawała się nie mieć granic, ale zdecydowałam się czekać na to, co się wydarzy” – podkreśla dr Nadia Bicego Vieitez de Almeida. A sama Elizabeth dodaje, że dla niej największym cudem Jezusa było „odmienienie serca lekarki”: „Ona była niewzruszona w swojej determinacji, by przeprowadzić aborcję, aż pewnego dnia powiedziała mi, że moja wiara dała jej do myślenia, i zgodziła się na to, by czekać na śmierć dziecka” – opowiada Elizabeth. Po tej decyzji kobieta została wypisana ze szpitala i przeniosła się do domu ciotki swojego męża, która była pielęgniarką. To ona opiekowała się nią w kolejnych tygodniach ciąży, mierzyła jej temperaturę, próbowała uzupełniać braki płynów i kontrolowała jej stan ogólny. Parafia, do której należała kobieta, a także miejscowe siostry karmelitanki otoczyły ją modlitewną opieką za wstawiennictwem bł. Gianny Beretty Molli. 

 

Mimo wszystkich zabiegów stan ogólny kobiety był dramatyczny. Jak sama wspomina, dręczył ją strach, co stanie się z dziećmi, jeśli ona umrze z powodu zakażenia. Miała też cały czas przeczucie, że do bezpiecznego porodu nie doczeka jej dziecko. I gdyby nie cud, tak właśnie powinno się stać. Kobiecie cały czas sączył się płyn owodniowy, a dziecko pozostawało w niemal pustej macicy. W takim stanie powinno ono umrzeć, a kobieta dostać zakażenia. Nic takiego się jednak nie stało. W 32. tygodniu ciąży, gdy jej dziecko ważyło 1800 gram, lekarze zdecydowali się na cesarskie cięcie. W ten sposób na świat przyszła Gianna Maria. Dziewczynka była zdrowa, jeśli nie liczyć skręconej lewej stopy, którą wyleczono błyskawicznie. O wiele poważniejszy był stan jej mamy. Elizabeth straciła siedemdziesiąt pięć procent krwi, jej nerki i płuca przestały pracować, zapadła w śpiączkę. Trzydniowe starania lekarzy, wielokrotne transfuzje krwi uratowały jej jednak życie.

 

Cud został uznany przez watykańską Kongregację ds. Kanonizacji, a także przez komisję medyczną. Najmocniejszym świadectwem tego, jak był on wielki, są słowa dr Nadii Bicego Vieitez de Almeidy, która od początku nalegała na aborcję. „Wbrew logice i wiedzy naukowej ta ciąża została doprowadzona do końca, bez infekcji i bez poronienia, a także bez wad i uszkodzeń dziecka. To Boża Opatrzność zesłała nam Giannę, która jest obecnie dumą nas wszystkich” – podkreśla lekarka.

Źródło:

Komentarze

Zobacz także

Polska spełnia obietnicę daną Bogu. Świątynia Opatrzności Bożej otwarta!

Redakcja malydziennik

Masz wątpliwości w sprawie „Amoris laetitia”? Musisz się nawrócić!

Redakcja malydziennik

Wojna między katolikami a tradycjonalistami? SŁUSZNIE CZY NIE?

Redakcja malydziennik
Ładuję....