Terroryści miłości bliźniego!

Flickr/Mike Gifford
Wolność, decentralizacja, samostanowienie, ba nawet wartość sumienia znikają, gdy tylko pojawia się temat imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Wtedy zaczyna się terror miłości bliźniego.




Jakakolwiek sugestia, że państwa mają prawo wybrać, czy chcą przyjmować islamskich imigrantów oznacza, z miejsca, uznanie za człowieka, któremu obca jest Ewangelia, nie rozumie miłości bliźniego, a do tego zdradza papieża (choć jako żywo w Polsce Franciszek wcale nie wzywał do przyjmowania imigrantów). 

 

Nie wolno też, bo to ponoć zdrada Ewangelii, sugerować, że powinniśmy pomagać bardziej chrześcijanom, niż muzułmanom; a już sugestia, że islamistyczne zamachy mają cokolwiek wspólnego z islamem przyjmowana jest jednolitym wrzaskiem i oskarżeniami o rasizm i islamofobię, która ponoć też jest niezgodna z nauczaniem Kościoła (choć jako żywo nie brak Ojców i Doktorów Kościoła, którzy Mahometa uważają za antychrysta)

 

I na nic się zdają zapewnienia, że wcale nie jesteś przeciwko imigrantom (a ja akurat nie jestem, tylko uważam, że powinniśmy ich przyjmować z Ukrainy i Białorusi, i robimy to w ogromnym stopniu, wcale się tym nie szczycąc, a nie z Afryki Północnej czy Bliskiego Wschodu), że uznajesz, że to, co dzieje się obecnie jest sztucznie wywołanym procesem stopniowej inwazji, i że Europa (a jeśli ona nie chce, to poszczególne kraje, choćby Polska i Węgry) ma prawo się przed nim bronić. 

 

Nie wolno też przypominać, że istnieje ordo caritatis, i że zarówno politycy jak i obywatele mają obowiązek troski przede wszystkim i własny kraj, a dopiero wtórnie o dobro całego świata. Jeśli zatem masowa imigracja szkodzi danemu krajowi, albo przynajmniej może mu zaszkodzić, to zgodnie zarówno z zasada miłości bliźniego, jak i porządkiem miłości politycy mają prawo odmówić wpuszczania imigrantów, a także wyboru.

 

Jeśli chodzi o uchodźców (a tych, tak się składa jest zaledwie kilka procent), to sytuacja jest inna. Ale trzeba mieć pewność, że są to rzeczywiście uchodźcy, i także w tej sytuacji kierować się zasadą roztropności (to znaczy choćby możliwości rozpoznania, kto jest uchodźcą, a kto nim nie jest), porządku miłości i stopnia zagrożenia (jest oczywiste, że pewne grupy są zagrożone bardziej i to one - tzn. chrześcijanie - powinny być przyjmowane w pierwszej kolejności). 

 

Miłość bliźniego nie oznacza, że mamy rezygnować z własnego bezpieczeństwa czy że politycy nie mają liczyć się z bezpieczeństwem obywateli. I jeszcze jedno: nie da się też miłości bliźniego zadekretować, a już na pewno nie da się jej wymusić politycznie poprawnym terrorem. Nie jest bowiem tak, że głównym, by nie powiedzieć jedynym wyznacznikiem bycia dobrym chrześcijaninem jest stosunek do imigrantów islamskich. Można być przeciwko ich przyjmowaniu i być dobrym chrześcijaninem, bo ostatecznie bardziej od tego, jaki jest nasz stosunek do imigrantów, którzy nie chcą do nas przyjeżdżać jest to, jaki jest nasz stosunek do tych, którzy chcą do nas przyjeżdżać, i do tych, których polskie prawo nadal pozwala zabijać. Oni są realni, a imigranci islamscy pragnący przybyć do Polski nierealni. Stosunek do wirtualnych, wyobrażonych imigrantów nie jest miarą niczego.

 

Tomasz P. Terlikowski



Autor: Tomasz P. Terlikowski

Źródło: MalyDziennik.pl

15:11 27 grudnia 2017







Video
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie