Terlikowski: Mentalnie skolonizowani konserwatywni katolicy

PAP/EPA/SHAWN THEW
W Stanach Zjednoczonych wybór był między złym a bardzo złym kandydatem. I dlatego, choć można i należy się cieszyć z tego, że Hillary Clinton przegrała, to z perspektywy konserwatywnych katolików niewiele jest powodów do radości ze zwycięstwa Donalda Trumpa.




Przegrana Clinton to wiadomość niewątpliwie dobra. Zaangażowana, silnie lewicowa ideolożka (a do tego patologiczna kłamczucha) kontynuowałaby linię Baracka Obamy. A to oznaczałoby jeszcze więcej aborcji, a być może eutanazji, jeszcze więcej uprawnień dla lobby gejowskiego i jeszcze mniej wolności dla chrześcijan, i wreszcie jeszcze więcej ideologii lewicowej w polityce Stanów Zjednoczonych. Jej klęska jest więc zatrzymanie (a przynajmniej spowolnieniem) pewnego procesu politycznego, a to można i trzeba uznać za sukces.

 

Ale… trudno nie dostrzec, że wygrał z nią wcale nie przedstawiciel ideowej prawicy, wcale nie republikański konserwatysta, ale człowiek ideowo i życiowo bliższy liberalnym, by nie powiedzieć, libertyńskim standardom życiowym. I chodzi nie tylko o trzy żony, podejście do kobiet w ogóle, ale także o wypowiedzi sprzed jeszcze kilkunastu miesięcy, z których wynikało, że Trump jest generalnie zwolennikiem obyczajowych zmian promowanych także przez lobby LGBTQ, a jeśli coś go od Obamy czy Clinton różni, to raczej tempo zmian. Oczywiście to się zmieniło, pod wpływem doradców i czytania emocji wyborców, ale zmiana ta nie musi być wcale trwała.

 

Istotne jest także to, że Trump kupił wyborców jasnym zapowiedziami wstrzymania emigracji, umacniania tożsamości białej, anglosaskiej, protestanckiej Ameryki i izolacjonizmem. Populistyczne zapowiedzi tego rodzaju nie są zaś, i o tym też warto pamiętać, zgodne z nauczaniem i stanowiskiem Kościoła, który odmiennie spogląda na imigrację i imigrantów (i wcale nie jest to sprawa Franciszka, bowiem tak samo pisali i mówili o uchodźcach Jan XXIII, Paweł VI, Jan Paweł II i Benedykt XVI). Populizm antyimigrancki właściwy sporej części antymainstreamowych partii jest trudny do pogodzenia z katolicyzmem i katolicką nauką społeczną. Państwa mają oczywiście prawo decydować o tym, kogo i kiedy wpuszczą do siebie, ale tak silne akcenty antyimigranckie nie są do pogodzenia z katolicyzmem. Dla amerykańskich katolików istotne jest także to, że pomysły Trumpa skierowane są często przeciwko innym katolikom. Postawienie muru na granicy z Meksykiem jest przecież skierowane przeciwko latynosom, a ci – choć dynamika wyznaniowa nieco się zmienia – są w ogromnej części katolikami. I to także trzeba brać pod uwagę w myśleniu o Trumpie.

 

W tych wyborach, gdy nie było lepszego kandydata, nie było wyjścia i trzeba było głosować przeciwko Clinton, ale… warto zadać sobie pytanie, czy katolicy, a szerzej Kościół, mają sensowną odpowiedź na z jednej strony lewicowe projekty ideologiczne, które niewiele już mają wspólnego ze sprawiedliwością społeczną, a posługują się osobami homoseksualnymi czy transseksualnymi do budowania świata całkowicie obcego, a do tego wrogiego katolikom, a z drugiej czy potrafią zmierzyć się z antyimigranckimi populistami, którzy także niewiele mają wspólnego z chrześcijaństwem. Na razie najczęstszą postawą jest opowiedzenie się po jednej ze stron sporu (mainstream – antymainstream). Jedni z katolików obawiają się populizmu, więc zaczynają popierać zwolenników cywilizacji śmierci, a drudzy tak bardzo chcą walczyć z aborcją czy aborcjonizmem, że nie dostrzegają, iż populiści nie są wcale ich trwałymi sprzymierzeńcami, a już na pewno nie można ich traktować jako zwolenników cywilizacji życia. Świat i polityka potrzebuje realnej alternatywy, a tą nie jest Trump, ale przemyślana i przepracowana nauka Kościoła, w jej konserwatywnym, ale całościowym wydaniu.



Autor: Tomasz Terlikowski

Źródło: Mały Dziennik

10:53 10 listopada 2016







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie