Ten ksiądz zaskakiwał wszystkich, nawet swoich najbliższych. PRZECZYTAJ niezwykłe Świadectwo ojca śp. Jana Kaczkowskiego

youtube.com
Rok temu ks. Jan Kaczkowski odszedł do domu ojca. Ten niebanalny kapłan zaskakiwał wszystkich. Także swoich najbliższych. Przeczytaj niezwykłe wspomnienie p. Józefa Kaczkowskiego, ojca zmarłego kapłana.



Mój syn zadziwił mnie cztery razy. Po raz pierwszy, kiedy okazało się, że naprawdę poważnie myśli o seminarium. To było dla mnie zaskakujące. oczywiście, wcześniej kilka razy mówił, że rozważa taki scenariusz, ale szczerze mówiąc, nie brałem tego pod uwagę. Sądziłem, że myśli o tym, ponieważ zdaje sobie sprawę ze swoich fizycznych niedoskonałości i podejrzewa, że będzie mu trudno założyć rodzinę. Długo nie mogłem przyzwyczaić się do myśli, że to będzie jego droga życiowa. Tym bardziej że byłem zdania, że trudno mu będzie poradzić sobie w tych kościelnych strukturach. Janek jednak udowodnił, że to była przemyślana decyzja, i przez lata zdawało się, że jeszcze bardziej się w niej utwierdzał. Kiedy przyjechał do Pucka, dostał mieszkanie w parafii. To było brzydkie pomieszczenie w takiej suterenie. Właściwie nora. Szkoda mi było, że tak będzie żył. Do tego jeszcze zaczął pracę w szpitalu przy najciężej chorych. Nie wyglądało to wesoło. Przynajmniej dla nas, jego rodziny. Nic jednak nie mogliśmy zrobić. Tak postanowił i teraz musiał ponosić konsekwencje swoich decyzji. Byłem zdziwiony, gdy któregoś dnia Jan oznajmił, że kuria wyraziła zgodę, aby rozpoczął pracę w szkole. „Ty będziesz uczył?”, zapytałem z niedowierzaniem. Byłem pewien, że ci młodzi ludzie zrobią z niego pośmiewisko, że on nie będzie umiał do nich dotrzeć. Nie miałem racji. oni Jana pokochali. okazało się, że on świetnie wiedział, jak z nimi rozmawiać, wyczuwał, czego potrzebują. To było dla mnie zdumiewające. Jan zadziwił mnie wtedy po raz drugi.

 

Trzecia wiadomość, którą wprawił mnie w osłupienie, dotyczyła budowy hospicjum.

 

Co ty możesz wiedzieć o budowie takiego obiektu?”, pytałem i łapałem się za głowę. Jan nigdy nie wydawał mi się specjalnie przedsiębiorczy. Dodatkowo wiedziałem, że on nie ma żadnych pieniędzy. Bałem się, że tylko narazi się na śmieszność, że tę budowę rozgrzebie i zostanie z długami. Tymczasem on się niesamowicie w to zaangażował. I wydawało się, że doskonale wie, czego chce. Minęły niespełna dwa lata i hospicjum już stało. Wtedy chyba po raz pierwszy byłem z Jana naprawdę dumny. Obserwując, jak oddaje się tej misji i każdą wolną chwilę spędza w hospicjum, zrozumiałem, że mój syn naprawdę ma charakter i potrafi doprowadzać rzeczy do końca. I w końcu po czwarte – Jan zaskoczył mnie swoją karierą medialną.

 

Umiejętność przemawiania do tłumów, nawiązywania kontaktu z nieznajomymi ludźmi uwidoczniła się najpierw podczas jego kazań. Później, gdy jeździł po Polsce, na spotkania z nim przychodziły tłumy. Wkrótce okazało się, że on tak samo świetnie wypada przed kamerą. Nie mam pojęcia, po kim miał ten dryg. To chyba po prostu jakaś mieszanka genów. Najważniejsze jednak było to, że Jan potrafił tę zawieruchę wokół siebie przekuć na wymierne korzyści dla hospicjum. Oczywiście, lubił być w centrum zainteresowania, błyszczeć, ale nie robił tego dla samego faktu bycia sławnym. Wiedział, że jeśli będzie pojawiał się w mediach, to efektywniej pomoże chorym. Podziwiałem w nim tę wytrwałość i konsekwencję. Później, gdy był już coraz bardziej popularny, to jego telefon dzwonił bez przerwy. Kiedy wracaliśmy z jakiegoś wyjazdu, rozmawiał zawsze na zestawie głośnomówiącym i wielokrotnie odbierał telefony od zupełnie obcych ludzi, którzy dziękowali mu za to, że jakimś słowem czy zachowaniem zmienił ich życie, dodał im nadziei. To było wzruszające. Ale Jan nie był wcale święty. Miał silną osobowość i zdarzało się, że przy czymś zupełnie nieważnym upierał się tak, że nie można mu było przemówić do rozsądku. Bywał też strasznie złośliwy i potrafił powiedzieć do słuchu. Mnie też często coś przysolił, tyle że ja nie brałem do głowy, bo po co się miałem wściekać. Sam też mu czasami dogadywałem, na przykład gdy trzeba było za coś zapłacić, a on udawał głupiego. Miał węża w kieszeni. Na hospicjum był w stanie wydać wszystkie pieniądze, na siebie samego też, ale żeby nam, rodzinie, coś kupić, gdzieś nas zabrać? w życiu. (śmiech) Jan chyba wychodził z założenia, że po to jesteśmy jego rodzicami, żeby go rozpieszczać. Pamiętam na przykład, jak kiedyś całą rodziną wyjechaliśmy do Senegalu. Filip, mój najstarszy syn, zapłacił za nasze bilety. To była taka wyprawa po latach. Kiedyś, gdy Jan był malutki, dostałem tam pracę. Zdecydowaliśmy się, żeby na rok wyprowadzić się z Sopotu. Tyle że Jan był wtedy mały i wyszliśmy z żoną z założenia, że najlepiej będzie, jeśli zostanie przez ten czas u babci w Krakowie. On chyba zazdrościł nam tej afrykańskiej przygody, dlatego zdecydowaliśmy, że znowu odwiedzimy ten kraj, teraz już całą rodziną. I Jan chyba sobie tą wycieczką zbilansował dawne niesprawiedliwości, bo ani razu nie wyjął tam portfela. Wszyscy się z niego naśmiewaliśmy, ale on pozostał niewzruszony. (śmiech)

 

Nie było mnie przy nim, gdy odbierał te nieszczęsne wyniki wskazujące na to, że ma glejaka. Wiem, że bardzo przeżył sposób, w jaki mu to zakomunikowano, ale ja jakoś długo miałem nadzieję, że to nie będzie aż tak poważne. Dużo bardziej uderzyło mnie, kiedy dwa lata wcześniej wykryto u niego guza nerki. Pamiętam, że to było takie zupełnie niespodziewane, ale się z tego wylizał. Kiedy okazało się, że znowu ma nowotwór, to nie było czasu na załamywanie rąk, tylko zaczęliśmy szybko działać. A później przeszliśmy naprawdę ciężkie chwile. Najgorzej było wtedy, gdy mu pomylili lekarstwa. Nagle okazało się, że on przyjmuje dawkę trzykrotnie większą, niż powinien. Lekarz się po prostu pomylił. I Jan strasznie to zniósł. Właściwie zupełnie nie wiedzieliśmy, co robić, bo on tracił przytomność. W końcu jednak sami doszliśmy do tego, że coś jest nie tak, wezwaliśmy lekarza i Jan pomału zaczął stawać na nogi. To był też czas, gdy on przyjmował sterydy, bardzo przytył. Było mu wtedy ciężko. Ale z czasem jego stan się unormował i wrócił do pracy w hospicjum. Nawet lekarz wydał mu zaświadczenie, że jest zdolny do pracy. On wtedy zupełnie poświęcił się hospicjum. Kupił sobie samochód i po całej Polsce zaczął jeździć na swoje żebracze kazania. Denerwowałem się czasami, że takie długie trasy pokonuje. Bałem się o niego. Kiedyś zaproponowałem mu pomoc. Zgodził się. Mieliśmy jechać do Płocka. Tyle że on obiecał jakimś wolontariuszom, że też ich zabierze, i nie chciał, żebym to ja prowadził. Uważał, że sam da sobie świetnie radę. Chciał się po prostu popisać. Byłem wtedy strasznie zły na niego. Siedziałem z tyłu, nic się nie odzywałem i Jan wiedział, że mnie wkurzył. Później mu tłumaczyłem, że to jest zupełnie nieodpowiedzialne, bo naraża nie tylko swoje życie, ale także tych młodych ludzi. I chyba jakoś od tamtego momentu zacząłem z nim jeździć coraz częściej. Pomagałem mu, kiedy tylko mnie poprosił. Zbiegło się to zresztą z jego leczeniem w Szwajcarii. Pierwszy raz Jan pojechał do Zurychu z siostrą, a później już i ja mu towarzyszyłem. On dobrze znosił to leczenie. Miał naświetlania przez dziesięć minut, a później mieliśmy wolne, zwiedzaliśmy sobie miasto, jeździliśmy na wycieczki. Bardzo tam było miło.

 

 

Zresztą my zawsze lubiliśmy wspólnie podróżować. wyjechaliśmy chociażby na wyprawę szlakiem naszych przodków do Mołdawii. I lubiliśmy sobie o tym wszystkim rozmawiać, zwiedzać. Jan zawsze obowiązkowo odprawiał mszę świętą i ja musiałem mu w tym towarzyszyć. Nie było rady. Mimo że nie jestem wierzący, to Jan mnie najzwyczajniej w świecie przymuszał. Pamiętam, jak kiedyś wysłał mnie po chleb, bo był mu potrzebny do mszy. Biegałem po jakimś małym miasteczku i w żadnym sklepie już nie było pieczywa. W końcu kupiłem paluszki. Wracam, a Jan za głowę się złapał: „co ja z tymi paluszkami mam teraz zrobić?”, pytał. A później jednak je wykorzystał i powiedział, że nie było źle.

 

Jan w tym swoim chorowaniu był bardzo dzielny. Nigdy się nie skarżył. Właściwie to niewiele rozmawialiśmy o tym, jak on się czuje. Nie lubił tego typu zwierzeń. On się rzucał w pracę i w taki sposób tę chorobę oswajał. To było zadziwiające, jak on to początkowo dobrze znosił, nawet chemię. Czasami tylko wymiotował raz czy dwa, ale tak to był po prostu nie do zdarcia. W końcu jednak niestety przyszło pogorszenie. Zaczął coraz gorzej chodzić, szybko się męczył, było mu trudniej. I przez długi czas było tak, że w Polsce lekarze mówili, że są niekorzystne zmiany w mózgu, a w Szwajcarii ciągle nic nie widzieli i twierdzili, że nie wykorzystali jeszcze wszystkich metod, uspokajali Jana. Aż w końcu przyszedł dzień, kiedy w Zurychu powiedzieli, że już jest bardzo źle i oni nic nie są w stanie pomóc, że muszą zakończyć leczenie. I Jana to strasznie sieknęło. Widziałem, że jest załamany. Tylko że wtedy też nie prowadziliśmy jakichś rozmów na ten temat. Jan powiedział, że chce jak najwięcej pracować, i prosił, żebym mu pomógł. I ja z nim jeździłem do chorych i na te żebracze kazania. Myślę, że on wtedy wpadł w jakiś trans, bo coraz gorzej się czuł, ale nie chciał odpocząć. Pamiętam, jak kiedyś źle usiadł w łazience i upadł. Nie mógł wstać. To były ciężkie historie. Musiałem później w łazience zamontować takie specjalne podnośniki. Pomagałem mu myć się, ubierać. On już poruszał się tylko na wózku. Kiedyś Filip opowiadał mi, że Jan się skarżył, że przez tę chorobę musi znowu „do starych się przyzwyczajać”. Wcześniej przecież, kiedy budował hospicjum i był zajęty, to nie mieliśmy takiego kontaktu. Był zajęty i oddaliliśmy się od siebie. A później, kiedy jego stan się pogorszył, to spędzaliśmy ze sobą prawie całą dobę. I ja też bywałem przemęczony. Pamiętam, że wracaliśmy kiedyś z chemii z Olsztyna. Lał deszcz, staliśmy w takim długim korku. Jan przysypiał, a ja za kierownicą walczyłem ze zmęczeniem. Poruszaliśmy się wolno i nie wiem kiedy, ale też zasnąłem. Obudził mnie jakiś dziwny odgłos. Okazało się, że bokiem samochodu ocieram się o tira. Jeszcze chwila i byłoby nieszczęście. Na szczęście udało się uniknąć wypadku. To był czas, kiedy obaj byliśmy wykończeni.

 

Umarł spokojnie, jak dziecko. Byliśmy przy nim wszyscy. On właściwie od kilku dni już nic nie mówił. Był słaby. Wcześniej jeszcze lubił, gdy przewoziliśmy go przed telewizor. Później już nie chciał. Chyba zbyt go już to męczyło.

 

Tyle czasu już minęło, a ja nadal mam poczucie, że on jest gdzieś blisko mnie. Może dlatego jestem w stanie o nim opowiadać. Nie wiem tylko, czy na śmierć dziecka można się przygotować. Chyba nie. Nigdy z Ja- nem nie rozmawialiśmy o tym, co będzie, gdy go już zabraknie. Żartowaliśmy ciągle, że może to jednak ja wcześniej umrę. Uważam, że tak byłoby bardziej w porządku. Robiliśmy więc zakłady, kogo śmierć dopadnie szybciej. Obaj jednak mieliśmy świadomość, że odchodzenie jest naturalną częścią życia. Jan przecież każdego dnia żegnał po trzy osoby. On z tą śmiercią obcował ciągle, a ja razem z nim. Mimo to bardzo trudno jest bez niego. Najbardziej brakuje mi naszych zwyczajnych, normalnych rozmów. Często komentowaliśmy to, co dzieje się w polityce, co piszą w gazetach. Nadal trudno mi w to uwierzyć, że już nie mogę do niego choćby zadzwonić. 

 

Powyższy tekst to fragment książki "Czekam na Was, ale się nie śpieszcie", autorstwa Izy Bartosz i Kapsydy Kobro-Okołowicz, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne 



Autor: MT

Źródło: Wydawnictwo Czerwone i Czarne

17:09 28 marca 2017







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie