Tam, gdzie nie liczy się prawda zaczyna liczyć się tylko władza. Nieoczekiwane skutki liberalnej interpretacji „Amoris laetitia"

Walka z klerykalizmem i promowanie miłosierdzia w Kościele zakończyło się wzmocnieniem struktur hierarchicznych i umocnieniem klerykalizmu. Tam, bowiem, gdzie do niedawna rządziły jasne zasady i normy, wstawiono - czysto uznaniową władzę biskupów czy proboszczów.




Przesada? Niestety nie. Wystarczy chwilę pomyśleć, że przy umiarkowanie liberalnej interpretacji „Amoris laetitia” tak właśnie się dzieje. Co ona oznacza? Tyle, że biskup (a czasem proboszcz) mają władzę, by - po rozeznaniu - stwierdzić, że ktoś w nowym związku może przystępować do Komunii.

 

I właśnie to rozwiązanie jest w istocie przeciwne wolności i klerykalne do bólu. Dlaczego? Bo w istocie uzależnia wszystko od „rozeznania” (co ciekawe, bez jasnych kryteriów, a zatem wszystko jest zależne od poglądów, sugestii, opinii) biskupa miejsca czy wręcz proboszcza. On ma w tej kwestii władzę, on może uznać albo nie, rozeznać albo nie.

 

Wcześniej sytuacja była jasna. Kościół miał rozpoznać czy małżeństwo było zawarte ważnie, jeśli nie, to wówczas z mocy rzeczywistości możliwe było zawarcie małżeństwa, jeśli nie… to pozostawała droga opisana w „Familiaris consortio”: albo samotności, albo powrotu do poprzedniego partnera, albo jeśli nie było to możliwe, to decyzji o życiu we wstrzemięźliwości seksualnej. Zasady były jasne, takie same dla wszystkich, nie było w nich miejsca na uznaniowość. 

 

Teraz, jeśli zgodzić się z umiarkowanie liberalnymi interpretacjami i odnieść to do sytuacji, w której nie ma możliwości orzeczenia nieważności (bo w przypadku orzekania sprawa zostaje bez zmian) o wiele więcej, by nie powiedzieć wszystko, zależy od biskupa, a czasem od proboszcza. Rzeczywistość nie musi mieć znaczenia. I to jest właśnie prawdziwy klerykalizm i władza biskupa, której nie ogranicza nawet prawo Boże czy rzeczywistość. 

 

 O interpretacji skrajnie liberalnej - w której każdy sam decyduje, czy przystępować do Eucharystii czy nie, nie mówię, bo ona w istocie oznacza koniec jakiejkolwiek moralności i jakiegokolowiek prawa moralnego. Ale to już zupełnie inna historia. 

 

Tomasz P. Terlikowski



Autor: Tomasz P. Terlikowski

Źródło: MalyDziennik.pl

16:06 7 grudnia 2017







Video
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie