POLITYKA

Sumliński zdradza jak to "bohaterowie" Solidarności zdradzili swoje ideały na rzecz…

Fragment najnowszej książki Wojciecha Sumlińskiego pt. Oficer. PRZECZYTAJ!

MENAŻERIA CZYLI – FOLWARK ZWIERZĘCY

 

Biuro Obserwacji, jako jedyny pion, miało szkolnictwo niezależne od Biura Kadr i Szkolenia UOP. Komendantem Szkoły był Bogdan Musiał, dobry chłop w stopniu majora i randze naczelnika wydziału. W rzeczywistości więc Szkoła Obserwacji była jednym z Wydziałów Biura, co dawało dużą niezależność w kształtowaniu programu nauczania i pozwalało na realizację w dowolnym czasie zajęć szkoleniowych. Szkoła Obserwacji mieściła się w budynkach należących do UOP przy ulicy Samochodowej w Warszawie – w tym samym miejscu, co Wydziały Biura Techniki, Obserwacji i AG. Placówka miała własną krytą strzelnicę, basen, salę gimnastyczną oraz część wypoczynkowo-rekreacyjną, z siłownią i sauną. Na pierwszym piętrze mieściła się część hotelowa, w której kwaterowano słuchaczy, na drugim zaś i ostatnim sale wykładowe, kameralna aula oraz sale do ćwiczeń z zajęć technicznych. Dwu i trzyosobowe pokoje kursantów zostały bogato wyposażone i to, rzecz jasna, w każdym tego sformułowania znaczeniu, bo oczywiście wszystkie zostały uzbrojone w PP (podsłuch pokojowy) i PDF (dokumentacja fotograficzna).

 

Zasadą każdej ze szkół czy ośrodków szkolenia Urzędu Ochrony Państwa w Łodzi czy później Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Emowie oraz Agencji Wywiadu w Kiejkutach była pełna kontrola słuchaczy podczas pobytu na terenie ośrodków. Służyło to przede wszystkim poszerzeniu wiedzy o funkcjonariuszu, jego skłonnościach i nałogach, zachowaniu pod wpływem alkoholu, stosunku do kolegów i wykładowców, dyskrecji oraz innych cechach charakterologicznych. Rzecz jasna, wszyscy o tym wiedzieli, ale z czasem przyzwyczaili się do takiej sytuacji i przestali na ów fakt zwracać jakąkolwiek uwagę. Złośliwi, a tych jak wiadomo nie brakuje nigdy i nigdzie, na organizowanych imprezach celowo prowokowali rozmowy dotyczące zajęć i kadry szkoły, wyrażając przy tym krytyczne uwagi, często uzasadnione.

 

Teorię dotyczącą takich zagadnień jak system prawny RP, pragmatyka służbowa, przepisy wewnętrzne w UOP czy zasady pracy operacyjnej wykładali byli funkcjonariusze Biura Prawnego UOP, natomiast zajęcia z przedmiotów praktycznych – kadra kierownicza wydziałów obserwacji w Warszawie. Teorią nikt się tu nie przejmował, najważniejsze bowiem były przedmioty praktyczne – obserwacyjne, bo tak naprawdę kurs podoficerski miał dać nam wiedzę o metodach prowadzenia obserwacji, o taktyce czy planowaniu środków i sił. Jednym słowem – miał po prostu wychować wywiadowcę. Zajęcia odbywały się przez cały dzień. Rankiem teoria w wymiarze trzech godzin, później, do wieczora, nauka praktyczna: zajęcia w ciemni fotograficznej, obsługa sprzętu foto i video, jazda operacyjna w warunkach prowadzenia obserwacji na specjalnym torze, zajęcia strzeleckie oraz ćwiczenia z charakteryzatorni. Zajęcia praktyczne w zdecydowanej większości składały się z prowadzenia obserwacji za pozorantami – i to nie byle jakimi pozorantami. Naszymi „przeciwnikami” byli nieznani nam słuchacze Ośrodka Szkolenia Wywiadu w Kiejkutach, czyli przyszli oficerowie operacyjni, ćwiczący trasy sprawdzeniowe. Słuchacze OSW w Kiejkutach byli w połowie trwania swojego kursu, mieli więc już jakie takie pojęcie o obserwacji, bo ćwiczyli ją w Delegaturach z wydziałami terenowymi. Zadanie, jakie przed nimi postawiono, to wykrycie obserwacji. Prawda była taka, że absolwent OSW, który nie wykrył obserwacji, nie miał najmniejszych szans na zostanie agentem wywiadu, tak więc nie była to zabawa, lecz bardzo poważna rozgrywka.

 

Poważna, także z naszego punktu widzenia – a naszym zadaniem było po prostu nie dać się wykryć. Po zakończeniu ćwiczeń każda ze stron szkolenia, we własnym gronie, sporządzała swoją dokumentację. Wywiadowcy podawali szczegółowe rysopisy, opisywali elementy ubioru, ulice i miejsca, w których prowadzili obserwację za pozorantami. Z kolei kursanci wywiadu sporządzali dokumentację wskazującą osoby, które typowali jako wywiadowców oraz miejsca, w których obserwatorzy zostali przez nich wykryci. Porównanie obu tych dokumentacji dawało bezcenne pole do analiz. Atmosfera panująca na kursie była doskonała, choć przecież wcześniej nikt z nikim się nie znał. Wyjścia na miasto były limitowane – wyłącznie po uzyskaniu specjalnej przepustki wystawionej przez oficera dyżurnego – zakupy można było robić tylko podczas wyjazdów na posiłki i generalnie obowiązywał rygor wojskowy. Jednym słowem – byliśmy zdani na siebie. Większość kursantów stanowili funkcjonariusze w młodym wieku, z kilkunastomiesięcznym stażem. Był tylko jeden, który drastycznie przebijał wiekiem pozostałych: mój współlokator, który miał czterdzieści lat. Nazywał się Roman Jankowski i – jak się okazało – był legendą „Solidarności”. Romek trafił do UOP w tym samym czasie, co ja, do analogicznego Wydziału Obserwacji Delegatury w Gdańsku i pomimo dzielącej nas różnicy wieku polubiliśmy się i zaprzyjaźniliśmy bardzo szybko. Wieczorami długo rozmawialiśmy, często przy mocnym trunku, na bieżące tematy polityczne – i zresztą nie tylko polityczne. Z racji swoich gdańskich kontaktów był doskonale zorientowany w kulisach bieżącej polityki i niuansach zakulisowych politycznych „gier”. Pamiętam, że oglądając w telewizji pełne frazesów gęby polityków, a jednocześnie wiedząc od Romka to i owo, czyli kto jest naprawdę kim, kto z kim sypia, kto z kim pije wódkę i jakie robi interesy, niejednokrotnie gorzko uśmiechałem się do swoich myśli. Bo powiedzieć o tej menażerii bagno, to tyle, co nie powiedzieć nic… Jankowski już wtedy – a był to rok 1994 – opowiadał o kulisach powstania KLD, ugrupowania, z którego wyrosła Unia Wolności, i o roli politycznej dzisiejszego „prezydenta Europy” Donalda Tuska, a także Jacka Merkla – tajnego współpracownika SB – czy Jana Krzysztofa Bieleckiego. Opowiadał o ich kontaktach z Wiktorem Kubiakiem, współpracownikiem komunistycznego wywiadu, a później także mafii pruszkowskiej, który finansował powstanie KLD – bynajmniej nie za swoje pieniądze – o roli Służby Bezpieczeństwa–czy WSW i WSI, w kształtowaniu polskiej rzeczywistości początków lat dziewięćdziesiątych. Opowiadał o zdradzie ideałów przez przywódców „Solidarności” i o czołowych działaczach „S”, którzy poszli na współpracę z komunistami. Tematy naszych rozmów były dla mnie tyleż interesujące, co przygnębiające, bo już wówczas przywodziły na myśl „Folwark zwierzęcy” Orwella, zwłaszcza końcową scenę, w której świnie dogadały się z ludźmi naigrywając się po cichu z innych – oszukanych – zwierząt. Romek nie był typem karierowicza i nie chciał wykorzystywać swoich kontaktów do robienia politycznej kariery lub znalezienia intratnej posady. Karierę zawodową w UOP rozpoczynał od stanowiska wywiadowcy, podobnie jak ja, a następnie przeszedł wszystkie szczeble w UOP i ABW. Są ludzie, którzy dla kariery i pieniędzy zrobią wszystko, złamią przyjaźń, zdepczą zasady, zniszczą lub nawet pogrzebią innych ludzi. Ale są też tacy, którzy idą przez życie prostą drogą, bo tak im nakazują zasady i przyzwoitość – i Roman takim właśnie był człowiekiem. 

 

Po ukończeniu kursu przez szereg lat utrzymywaliśmy żywy kontakt, jednak upływ czasu, dzieląca nas odległość i nawał zajęć nie sprzyjały utrzymaniu tej relacji. Tym samym, raz jeszcze przekonałem się, że ciężko uratować przyjaźń podtrzymywaną znaczkiem pocztowym.

 

sumlinski.com

Źródło: Facebook

Komentarze

Zobacz także

Putin był osobiście zaangażowany w tajne akcje podczas wyborów w USA?

Redakcja malydziennik

W Polsce arktyczne mrozy. Szykuj się na masakryczny atak zimy

Redakcja malydziennik

„Zdejmij jarmułkę…” Trudno o głupsze hasło! Narodowcy w awangardzie walki z dobrym imieniem Polski

Ładuję....