Rowiński: Złe amerykańskie wybory

CBS.com
Te amerykańskie wybory po prostu nie są dobre dla Polski. Niezależnie kto w nich ostatecznie zwycięży mamy do czynienia ze znakomitym przykładem degeneracji demokracji, która jako system nie potrafi powstrzymać procesu wypłukiwania się zasad i wartości wykraczających poza prostą wolę mocy rządów i ich ludów.




O stanowisko najpotężniejszej osoby na świecie zmagają się dwie osoby, które są reprezentantami mrocznych interesów grup trzymających władzę na świecie. Być może Trump postanowił być w tej kwestii przez jakiś czas freelancerem i dziś drażni establishment, ale nie miejmy wątpliwości, że intencje jakimi się kieruje chociaż leżały obok zasad chrześcijańskich czy klasycznego myślenia o polityce, które ma na wzgląd dobro wspólne. Oczywiście, być może gdy mówił o sprawiedliwości społecznej, o opodatkowaniu najbogatszych mówił szczerze. Być może nawiązywał do dawniejszej tradycji amerykańskiej, która krzywo patrzyła na luksus i go srogo opodatkowywała. Być może jest w pewnym sensie “nawróconym” społecznie miliarderem. Równie dobrze może być tylko ambicjonerem szaleńczo pożądającym władzy.

 

W rzeczywistości bowiem choć odwołuje się do konserwatywnych wyborców amerykańskich trudno orzec, co tak naprawdę sądzi, ponieważ jego wypowiedzi były niespójne, a kwestii polityki zagranicznej wręcz niepokojące - mam na myśli choćby jego stosunek do zapisów traktatu Sojuszu Północnoatlantyckiego (NATO), czy puszczanie oka w kierunku Rosji. Co bowiem może oznaczać niespójność? Nie znającą granic chęć zdobycia władzy. Rozsądek zatem nakazywałby by Polska i Polacy przyjaznym okiem patrzyli na kandydaturę Hillary Clinton. Jest ona gwarantem kontynuacji polityki Baracka Obamy, która choć była słaba to jednak równocześnie stanowiła przewidywalny element w porządku światowym. Także dla nas.

 

Niestety, jeśli jednak Trump jest establishmentowym freelancerem to Clinton znajduje się w samym centrum tego konglomeratu interesów i ideologii, którą można określić mianem cywilizacji śmierci - aborcjonizm, polityka depopulacyjna, wspieranie politycznego ruchu homoseksualnego, a za tym wszystkim jeszcze polityczno-finansowe i korporacyjne gry o władzę skryte za rekwizytorium demokracji. Zatem wszystko co można określić mianem miękkiego totalitaryzmu za zasadą liberalizmu. Czy kogoś takiego ma popierać chrześcijańska Polska?

 

Oczywiście to nie nasze wybory, nie mamy na nie żadnego wpływu, ale warto uświadomić sobie w jak bardzo niejednoznacznej rzeczywistości przychodzi nam funkcjonować, jak daleko jesteśmy od przejrzystości zawartych sojuszy. Dla świata w XXI pierwszy wieku coraz bardziej chrześcijanie i chrześcijańskie społeczności, a także ich zasady są ciałem obcym. Dlatego też chrześcijanie i ich państwa muszą prowadzić własną politykę, nie uciekać od odpowiedzialności, nie pozwalać by inni czuli, że mogą po prostu przesuwać te społeczności chrześcijańskie po mapie własnych interesów. Odwracając powiedzenie wielkiego teoretyka wojny - Clausewitza - trzeba stwierdzić, że dziś polityka to wojna prowadzona bez użycia środków bezpośredniej przemocy, a zatem to także broń konieczna w arsenałach chrześcijańskiego świata. Tymczasem chrześcijanie często myślą, że polityka jest po prostu zła, więc albo trzeba jej unikać lub dostosować się do nurtów, które ją ogarnęły dzisiaj.

 

Z tego wynika pytanie do polskiego rządu - czy widzi on, że zachowanie suwerenności i chrześcijańskiego charakteru naszego kraju to dwie zmienne, które bez siebie nie mogą występować i nie wystąpią? Chrześcijaństwo jest wręcz instytucją naszej niezależności, zapewnia własny sposób myślenia i spojrzenia na świat. Bez niego będziemy tylko przybudówką bez właściwości w imperiach Clintonów i Trumpów. Wiedzieć kim się jest i działać w zgodzie z tą wiedza to podstawa siły.

 

Autor jest redaktorem pisma “Christianitas”. 



Autor: Tomasz Rowiński

Źródło: Mały Dziennik

11:05 8 listopada 2016







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie