"To całe macierzyństwo jest ch****” - powiedziała Chylińska. Czy rzeczywiście?

Mały Dziennik
Będzie trudno, będziecie zmęczone, będziecie miały chwilowo dość. Ale nie dajcie sobie wmówić, że macierzyństwo to tylko jakieś nieprawdopodobne poświęcenie, rezygnacja z siebie i wieczna droga pod górkę.




„To całe macierzyństwo jest ch****” - obwieściła Agnieszka Chylińska, mama trojga dzieci. I w sieci zawrzało. Z jednej strony posypały się gratulacje za odwagę, za to, że w końcu ktoś powiedział, jak jest naprawdę, że nie słodził, ani nie lukrował. Jest beznadziejnie. I tyle. Proszę to przyjąć do wiadomości i trzy razy się zastanowić, zanim podejmiemy decyzję o powiększeniu rodziny. Z drugiej podniosły się głosy oburzenia – że jak to, tak wulgarnie wypowiadać się o tym, co jest takie piękne. „Tiu, tiu, tiu”. I te różowe pulchne, zawsze uśmiechnięte bobasy, które nigdy nie chorują, nie ulewają, i na pewno nie brudzą stosu pieluch. No i dała Agnieszka Chylińska temat do dyskusji o blaskach i cieniach macierzyństwa.

 

Jeśli ktoś się spodziewał, że zawsze będzie tylko sielanka, to się przeliczył. I faktycznie w zderzeniu z rzeczywistością może czuć się rozczarowany. Nie tak miało być, nie tak sobie to wyobrażał. I w takiej sytuacji jak najbardziej pasuje dość dosadne określenie piosenkarki. Lepiej więc na nic się nie nastawiać, nie mieć żadnych oczekiwań, niczego sobie zawczasu nie wyobrażać. Wystarczy brać życie takie jakie jest. Jednego dnia będzie trudniej, drugiego łatwiej, ale – po trzynastu latach bycia mamą wiem jedno – bilans wychodzi na plus. Mimo nieprzespanych nocy, mimo zmęczenia, chaosu, hałasu i wszystkich tych niespodziewanych pomysłów, na jakie mogą wpaść tylko dzieci, kiedy zauważą, że czujne oko rodzica zajęte jest czymś innym. Wysmarowana kremem podłoga, wymalowana w efektowne wzorki ściana czy biała kanapa to naprawdę nie koniec świata. Jeszcze z tego będziemy się śmiać.

 

Rozczarowanie będzie mniejsze, jeśli uświadomimy sobie, że przez jakiś czas naszych planów nie zawsze uda nam się zrealizować. Zamiast więc się złościć, lepiej zawczasu mieć w tyle głowy maksymę: „Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, zacznij planować”. Wtedy przestawienie czy zburzenie misternie ułożonego planu dnia przyjmiemy z większym dystansem. Choć, oczywiście, łatwe to nie jest. Niektórzy, tak jak ja, uczą się tego przez całe życie. A poza wszystkim strasznie drażnią mnie pytania o to, w jaki sposób moje życie zostało ograniczone. Jasne, z pewnych rzeczy musiałam zrezygnować, ale z kolei otworzyły się przede mną inne perspektywy. Nie czuję się zakładnikiem moich dzieci, ani więźniem we własnym domu. Swoją aktywność często muszę dzieciom podporządkować, choćby po to, żeby dom mógł normalnie funkcjonować, ale bez przesady. Kiedy jestem w pracy przecież też nie mogę sobie z niej dowolnie wychodzić, tylko muszę pracować. I podobnie jest z domem i dziećmi. Jestem za nie odpowiedzialna, a poza tym nie zawsze wszędzie muszę być. Spokój i dobro moich dzieci są priorytetowe. I nie rozpatruję tego z perspektywy poświęcenia. Tylko miłości. Kocham, więc chcę z nimi być, a nie ciągle uciekać w poszukiwaniu jakiegoś wyimaginowanego szczęścia.

 

Przychodzą takie dni, o których już bladym świtem wiadomo, że nie powinny się w ogóle zacząć, a najlepiej jakby się już skończyły, tak byśmy mogły zgasić światło i pójść spać. Żeby nikt nie marudził, nie płakał, nic od nas nie chciał. Można oczywiście zamknąć się w łazience i udawać, że nas nie ma, można schować się w najbardziej zapyziały kąt. Ale… i tak prędzej czy później nasza kryjówka zostanie odkryta. Nie chcę nikogo martwić, stanie się to szybciej, niż nam się wydaje. I szybciej niż zdążymy pomyśleć o tym, że schowałyśmy się przed całym światem. I jak już nas znajdą, to co? Czas na telefon terapeutyczny. Trzeba zadzwonić do innej mamy. Może ma jeszcze gorzej (czego nikomu nie życzę)? A może powie coś, co i nam przywróci utracony sens życia. Nikt tak dobrze nie zrozumie matki, jak druga matka z uwieszonymi przy nodze dziećmi, zastanawiająca się, czy najpierw wstawić pralkę, szykować obiad, czy może ogarnąć himalaje prania. Podczas pogawędki robota się raczej sama nie zrobi (a szkoda), za to nam będzie lżej na sercu i na duszy. Taka pogawędka to lepsze niż SPA.

 

W całej tej dyskusji o blaskach i cieniach macierzyństwa byłabym jednak bardzo ostrożna. Nie byłybyśmy matkami, gdybyśmy nie miały dzieci. Nie żaliłybyśmy się na te wszystkie cienie i niedogodności, gdyby nie sprawcy całego zamieszania, czyli dzieci. Dlatego ze względu na dzieci zalecam pewną ostrożność. Ten negatywny przekaz bardzo łatwo może wpędzić je w poczucie winy, bo to w końcu z ich powodu wstajemy w nocy, jesteśmy zmęczone, niewyspane, złe. Tyle że te złe emocje, złe nastroje nie powinny nami zawładnąć, nie powinny sprawiać, że na dzieci będziemy patrzyły jak na największych wrogów, przez których nasze życie wygląda tak a nie inaczej. Dlatego wolę mówić o pozytywach, nawet jeśli czasem ktoś to odbiera jako lukrowanie rzeczywistości. Dlatego wolę się uśmiechać, mimo zmęczenia czy złości na to, że nie uda mi się zrealizować tego, co sobie zaplanowałam. Bo moje dzieci to nie kula u nogi (choć bywa bardzo ciężko i trudno), tylko sama radość. I chcę, żeby kiedyś wspominając swoje dzieciństwo, pamiętały mamę zadowoloną i uśmiechnięta, a nie skrzywioną i narzekającą non stop. Cienie niech więc będą jedynie pod oczami, a nie na sercu.

 

Małgorzata Terlikowska

 



Autor: Małgorzata Terlikowska

Źródło: Mały Dziennik

18:43 19 listopada 2016







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie