Powiem wam w sekrecie, jaki jest mój ulubiony moment w byciu mamą

Flickr
Życie mamy nie jest usłane płatkami róż. A jeśli już czymś, to prędzej porozrzucanymi klockami (kto choć raz na nie nadepnął lub się na nich przejechał, wie, o czym mówię). Wokół mamy bywa głośno, gwarnie i że tak się wyrażę dość chaotycznie.




Nie, nie narzekam na macierzyństwo. Nie będę się użalać, jaka jestem z tego powodu zmęczona i przytłoczona macierzyńskimi obowiązkami i tymi wszystkimi „musisz to, musisz tamto”, bo inaczej, jeśli tego nie zrobisz, dostaniesz medal, ale w kategorii na najgorszą matkę świata. Mam to szczęście, że w żadnych matczynych zawodach udziału nie biorę i z nikim się na wzór matki nie ścigam. Jestem taką sobie zwykłą mamą, która ma gorsze dni, alergicznie reaguje na dobiegające z każdego pomieszczenia krzyki i bajzel, który niczym tornado robią moje dzieci. Jestem mamą, która także ma swoje emocje i swoją wytrzymałość. Jestem mamą, która uwielbia swoje dzieci, ale czasem chętnie oddałaby wszystkie pieniądze, by choć na chwilę uciec do krainy spokoju. Ale jestem też mamą, którą zjadają wyrzuty sumienia, kiedy gdzieś sobie idzie, zostawiając dziatwę pod dobrą opieką.

 

I kiedy ta mama tak sobie czasem wyjdzie, żeby ochłonąć, dotlenić się i podładować ledwo chodzące akumulatory, zaczyna ta mama rozglądać się wokół siebie. Idzie, idzie i patrzy, jak ktoś „negocjuje” ze swoim potomkiem wyjście z placu zabaw. I choć zachowuje się niczym zawodowy policyjny negocjator, słodki synek lub córeczka płacze w niebogłosy, bo do domu iść nie zamierza. I wtedy tak mamie robi się nawet miło i w głębi serca sobie mówi: „Jak to dobrze, że to nie moje” (w tym momencie, bo i jej zachowuje się w takiej sytuacji identycznie).

 

Dalej mama idzie i zachodzi do sklepu, żeby w spokoju zrobić zakupy. Bez żadnego: „Mamooo, kup mi to! Mamo, ja chcę taką buuuułkę” i bez stresu, że ten hałas to właśnie spadający towar zahaczony przez nasze dziecię. I kiedy mama tak sobie przechodzi między półkami i słyszy: „Mamoooo, ja chcę….”… znów oddycha z ulgą, że to nie jej dziecko krzyczy.

 

Ostatnio taki „prezent” moje dzieci zrobiły innej mamie. Byliśmy wspólnie na spotkaniu, a jako że pora zrobiła się późna, a dzieci (tym razem moje własne) przypomniały sobie, że jednak są zmęczone, i jeden przez drugiego zaczęły płakać. Ja je grzecznie proszę, żeby się ubrały, a one jeszcze głośniej. Mi już pot zaczął cieknąć ciurkiem po plecach, bo i gorąco, i stresująco, zacne towarzystwo wokół, a one koncert urządzają. I wtedy ta mama z pięknym uśmiechem i spokojem odwraca się do mnie i mówi: „ A wiecie co jest najpiękniejsze, że to nie moje tak płacze”. I za to tę mamę szalenie lubię.

 

Bo tamta trafiła w samo sedno. My matki już tak mamy, że dobrze nam się robi na sercu, kiedy zobaczymy, że inni czasem też mają pod górkę, tak jak my. Pewna znajoma zwierzyła mi się kiedyś, że jak dadzą jej w kość jej dzieci, to wtedy zawsze ciepło myśli o mnie. Bo jeśli ona ma przechlapane z dwójką, to co ja mam dopiero z piątką.

 

Wcale się na nią nie obraziłam, tylko gdzieś w duchu się zaśmiałam. Idealne i grzeczniutkie dzieci są tylko na obrazkach, w rzeczywistości nawet te najgrzeczniejsze potrafią pokazać swoje emocje. I czasem dobrze jest zobaczyć, że inni, tak jak my, mierzą się z podobnymi problemami, a ich dzieci też płaczą i rozrabiają. A najlepiej przyglądać się temu, kiedy nasze dzieci są z daleka i pod opieką kogoś innego niż mamy. Która z nas nie lubi takiej chwili? Ale to wcale nie jest radość z cudzego nieszczęścia. Naprawdę. Nie posądzajcie mnie o takie niecne intencje.  



Autor: Małgorzata Terlikowska

Źródło: Mały Dziennik

13:57 28 listopada 2017







Video
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie