On był w piekle NEW AGE. Koniecznie PRZECZYTAJ!

flickr.com
W czasie seminarium reiki, gdy medytowaliśmy i przyzywaliśmy doktora Usui, przyszedł do mnie Jezus. Tak. Jezus Miłosierny. Był i wyciągał do mnie swe dłonie. Później okazało się, że dokładnie w tym momencie we wspólnotach we Wrocławiu i w Warszawie przyjaciele modlili się o moje nawrócenie.




Dzięki znajomemu udało mi się wyjechać do Wiednia. Zacząłem pracę. Był to jak na mnie duży sukces. Wstawałem codziennie rano i pracowałem przez kilka czy kilkanaście godzin. Zarobione pieniądze przeznaczałem na spłatę długu. Początkowo przez chwilę roznosiłem gazety, później zacząłem pracę w firmie budowlanej, która zajmowała się oczyszczaniem piwnic. Traktowałem to jak pokutę. Był to dla mnie niezbędny czas, żeby odwdzięczyć się tym, którzy mi pomogli. Praca miała jeszcze jeden walor. Będąc w niej po kilka, kilkanaście godzin w ciągu dnia, nie dało się tego pogodzić z narkotykami. Używałem ich jednak jeszcze jakiś czas, ale już nie tak intensywnie jak w Polsce. Spędziłem w Wiedniu 2 lata. Tyle wystarczyło, żeby oddać dług. Pod koniec dobrze zarabiałem – pracowałem w firmie, która kładła parkiety.

 

Nie mogłem pogodzić się z tym, ze nie byłem z M. Potwornie tęskniłem. Ona też wyjechała, do Holandii, i nie miałem od niej żadnych wieści. Szukałem ulgi. Próbowałem znaleźć ją w praktykach duchowych. Głębokie zanurzenie. Wchodzę po uszy w praktyki newage'owe. Szukam po omacku i nie znajduję w żadnej z nich ukojenia, zmieniam je co kilka miesięcy. Z hinduskiej medytacji i praktyki oddechowej wchodzę w buddyzm Diamentowej Drogi, a później w Dzogczen – przedbuddyjskie praktyki z Tybetu. Nie znajduję w nich ani spokoju, ani końca mych poszukiwań duchowych. Jestem nienasycony duchowo. Próbuję Huny – praktyk wywodzących się z Hawajów. Też nie starczyły na długo. W pewnym momencie wydawało mi się, że znalazłem. Uczestniczyłem w seminarium reiki – najpierw pierwszego stopnia, potem drugiego. Jest to praktyka leczenia i samouzdrawiania wywodząca się z Japonii, której twórcą jest doktor Usui. Zaczęło wydawać mi się, że będzie to dla mnie wiodąca praktyka duchowa. Z czasem zacząłem myśleć o tym, że może to być dla mnie sposób na życie. Codziennie praktykowałem reiki na sobie, zacząłem też szukać ludzi, którym mogę zaoferować zabiegi. Doktora Usui nurtowało pytanie, czy można dosłownie traktować relacje o uzdrawianiu przez nakładanie rąk. Odpowiedzi szukał w buddyjskich sutrach i w Biblii. Opracował system inicjacji energetycznych, otwierających pewne kanały, którymi zaczyna płynąć energia. Drugi stopień reiki umożliwia również przekazywanie tej energii na odległość. Zauroczyłem się. Poznałem tajemne symbole, pozycje rąk umożliwiające uzdrawianie i samouzdrawianie. Bardzo dużo praktykowałem. Na sobie i innych. Moja pycha znalazła niezłą pożywkę. Ego pęczniało.

 

W reiki jest obowiązek wymiany energetycznej. Czyli, najkrócej mówiąc, pobierania wynagrodzenia pieniężnego lub w innej formie. Zdarzyło mi się, że pomagałem pewnej starszej osobie. Za zabiegi płaciła mi, robiąc dla mnie skarpetki na drutach. W pewnym momencie zaczęła mówić mi o tym, że jej bardzo słabo sprawna ręka wraca do normy. Oczywiście swojej osobie przypisałem to „uzdrowienie”. Nie zauważałem, że bardzo często w moim środowisku działy się niepokojące rzeczy. Ktoś doprowadzał do uzdrowienia u siebie pewnej sfery, a tuż obok w rodzinie np. dziecko zachorowało na nowotwór. Mój mistrz w momencie, gdy go poznałem, żył z żoną, mówił wszem i wobec, że jest katolikiem. Marzył o dziecku. Jednak gdy ono się pojawiło, wyprowadził się z domu do innej kobiety... O Kościele z czasem też przestał mówić, a my musieliśmy zaakceptować jego rozstanie z żoną. Nie wiem, co wynalazł doktor Usui. Być może znalazł pewien nieuprawniony wytrych. Terapeuta reiki nie ma absolutnie żadnej pewności, skąd pochodzi owa energia i co do niej może się przyczepić. Okultyzm. Wtedy nie zauważałem tego, byłem zauroczony.

 

 

Któregoś dnia podjąłem decyzję powrotu do Polski. Dostałem też propozycję pracy, w której mogłem wykorzystać wiedzę z moich studiów. Otworzyliśmy z siostrą i rodziną szwagra biuro nieruchomości. Żeby rozwijać się duchowo, podjąłem studia w szkole ezoterycznej we Wrocławiu. Bardzo poważnie myślałem też o tym, żeby zostać mistrzem reiki. Całe życie zanurzone było w New Age. Wróciły z podwójną siłą stare zainteresowania – uczyłem się astrologii, numerologii, tai-chi, radiestezji, jogi.

 

Wyświetlanie okładka_Maciek.jpg

 

Czułem się dowartościowany. To były jeszcze czasy, kiedy o jodze nie mówiono zbyt wiele. A już na pewno nie pisały o niej wszystkie możliwe kolorowe gazety. Nie mówiono o niej, jak dzisiaj, że to jest gimnastyka. O jodze możemy przeczytać w Upaniszadach, pochodzących z okresu 1000 lat przed Chrystusem. Gdyby któryś z nauczycieli indyjskich usłyszał, że joga to gimnastyka, umarłby ze śmiechu. W latach 70. XX w. joga w Indiach była coraz mniej popularna. Z odsieczą przyszły z Zachodu dzieci kwiaty. Zaczęła się rozwijać, korzystając z napływu uczniów ze Stanów i Europy i modyfikując nieco swe rzeczywiste przesłanie. Samo słowo „joga” oznacza zjednoczenie. Nasze „ja” przejściowe jednoczy się z nieskończonym Brahmanem. Brahman jest hinduistyczną koncepcją bezosobowego boga, który jest pewną duchową substancją leżącą u podłoża wszystkiego. Celem jogi jest osiągnięcie samadhi, czyli zjednoczenia z bóstwem. Joga jest więc praktyką duchową. Jakżeż to inne od wizji z kolorowych pisemek. Szukałem intensywnie takiego zjednoczenia. Byłem przekonany, że dzięki niemu osiągnę szczęście i pełnię.

 

(...)

 

W szkole poznałem dziewczynę. Młodszą ode mnie. Zaczęliśmy być parą. Oboje poszukiwaliśmy swojego miejsca w świecie. Razem stosowaliśmy reiki, razem studiowaliśmy, razem paliliśmy agnihotrę. Pewnego razu wyjechaliśmy na farmę na zachodzie Polski, do jednego z dwóch miejsc, gdzie pali się hinduski ogień. Bardzo poważnie zastanawialiśmy się nad tym, żeby tam zamieszkać. Szukano kogoś, kto podjąłby się prowadzenia tej farmy. Głównie chodziło o codzienne kilkakrotne palenie różnego rodzaju „świętych” ogni. Szukaliśmy mistycznego impulsu, który pozwoliłby na podjęcie dobrej decyzji. Postanowiliśmy, że będziemy czekać na znak, który nam pomoże. Od wczesnego ranka do późnego popołudnia ciągle siedzieliśmy przy piramidce i paliliśmy ogień. Aż nagle stała się dziwna rzecz. Było zimno. Żeby wytrzymać w domu, trzeba było palić cały czas w piecu. W pewnym momencie komin zatkał się całkowicie. Prawdopodobnie odłamał się spory kawał cegieł i całkowicie go zablokował. Pokój wypełnił się dymem. Gdybyśmy zostali w domu, uleglibyśmy zaczadzeniu. Odebraliśmy to jednoznacznie – ten dom nas nie chce. I wyjechaliśmy.

 

Marzyliśmy wspólnie o podróżach. Odbyliśmy razem jedną – po Afryce. Z bardzo niewielką ilością pieniędzy udało nam się podróżować przez 2 miesiące po bezdrożach Kenii, Tanzanii. Dotarliśmy też na Zanzibar. Najcenniejsze z całej podróży okazało się spotkanie z misjonarzem z Niemiec. Żeby zrobić mu przyjemność, pojechaliśmy z nim w góry, gdzie odprawiał Mszę w bardzo biednej chacie dla dzieci z sierocińca. Bardzo mocno to przeżyłem. Przekazywanie sobie znaku pokoju przez przytulanie się z tymi ludźmi, śpiewy w suahili, gra na bębnach. Było w tym coś bardzo prawdziwego, coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem. Zostało jako piękne wspomnienie i nie dawało spokoju.

 

Po powrocie do Polski mieszkaliśmy osobno, wciąż nie mogliśmy znaleźć dla siebie przystani. W pewnym momencie poprzez ludzi, którzy zajmowali się paleniem agnihotry, poznałem niemieckiego biznesmena. Człowiek ten miał największą w Europie hurtownię artykułów ezoterycznych – sprzedawał wahadełka, kadzidła, amulety, znaki runiczne, tysiące artykułów potrzebnych do różnych praktyk New Age. Dobrze nam się rozmawiało, a fakt, że ja również palę agnihotrę, bardzo przychylnie usposobił go do mnie. Zaproponował, żebym był jego przedstawicielem w Polsce. Zgodziłem się bez wahania. Miałem dość nudnej pracy w biurze nieruchomości, tutaj było przecież coś, czym żyłem przez cały czas. Zacząłem przygotowywać się do nowego wyzwania. Moja praca miała polegać na jeżdżeniu po Polsce i zbieraniu po sklepach zamówień na produkty ezoteryczne. Tymczasem wydarzyła się pewna, z pozoru niewielka rzecz. Dwóch moich przyjaciół przeżyło radykalne nawrócenie. Z jednym z nich, Konradem, dość często się widywałem. Widziałem jego zmienioną twarz, dostrzegałem w nim coś innego. Coś, co bardzo mnie pociągało. On dużo mówił o Jezusie, opowiadał o spotkaniu z Osobą. Wracały do mnie wspomnienia z Medjugorja i słowa sprzedawczyni dewocjonaliów o Gospie. Pod jego wpływem zacząłem czytać Biblię. Konrad podsuwał mi też różne świadectwa nawróceń. Po spotkaniach z nim zaczynałem dostrzegać zupełnie nową jakość. Jezus znów się pojawił. Był blisko jak wtedy, gdy pierwszy raz zaczynałem Go wzywać, chwilę przed próbą samobójczą. Nie wiedziałem, co z tym zrobić. Jak pogodzić te światy?

 

Któregoś dnia w sobotę wieczorem byłem na seminarium reiki. Przeżyłem wówczas coś niesamowitego. Nagle, gdy medytowaliśmy i przyzywaliśmy doktora Usui, przyszedł do mnie Jezus. Tak. Jezus Miłosierny. Był i wyciągał do mnie swe dłonie. Pojawił się, zapraszał mnie do siebie. Nie chciałem o tym mówić nikomu, żeby nie wyjść na osobę z zaburzeniami psychicznymi. Powiedziałem tylko Konradowi. On zdziwiony nie był. Okazało się, że zarówno on we Wrocławiu, jak i nasz wspólny kolega Krzychu w Warszawie modlili się dokładnie w tym momencie o moje nawrócenie w swoich wspólnotach!

 

Byłem zszokowany, czułem, że coś się we mnie zmienia. Zacząłem porównywać śmierć Jezusa ze śmiercią Buddy. To było bardzo mocne doświadczenie. Uczyłem się przecież mowy ciała, wiem, co ona znaczy. Z jednej strony Budda – odchodzący w pozycji medytacyjnej, zwrócony do siebie, do wewnątrz. Z drugiej umierający Jezus w najbardziej otwartej na innych pozycji, z rozciągniętymi na krzyżu ramionami, umierający nie dla siebie, lecz dla nas. Coś bardzo mocnego zaczęło się dziać w moim sercu.

 

Ale wydarzenia niezwykłe dopiero nadchodziły. Szukałem wtedy po omacku. Powiedziałem sobie: Jezus tak, ale Kościół, zwłaszcza katolicki, na pewno nie.

 

I wciąż omijałem go szerokim łukiem. Któregoś dnia poszedłem do parku. To był już czas, w którym próbowałem modlitwy. Kompletnie nie wiedziałem, jak się do tego zabrać, więc chodziłem do odludnych miejsc i próbowałem wzywać Jezusa swoimi słowami. W takiej właśnie chwili zdarzyła się przedziwna sytuacja. Siedziałem na ławce w parku, byłem sam i nagle zacząłem czuć woń kościelnego kadzidła. Przeraziłem się. W pierwszej chwili myślałem, że to jest flashback, czyli sytuacja, która występuje czasami u osób nadużywających LSD. Niekiedy po wielu nawet latach pojawiają się objawy takie jak po zażyciu narkotyków. Ja już wtedy od jakiegoś czasu nic nie brałem i z jednej strony bałem się tego, a z drugiej było w tym coś bardzo pociągającego, spokojnego, niezwykłego. Wstałem z ławki i postanowiłem pójść do znajomych. Moje zdziwienie spotęgowało się, bo zaraz od progu znajomi przywitali mnie pytaniem: – Byłeś w kościele? – A dlaczego pytacie? – Bo pachniesz bardzo mocno kościelnym kadzidłem!

 

Wyszedłem stamtąd szybko i nie mogłem się uspokoić. Było coś niezwykłego w tym przeżyciu. Pod jego wpływem poszedłem sam do kościoła. Było to dla mnie niezwykłą ulgą i czymś niesłychanie podniosłym i radosnym. Poczułem się tam tak bardzo dobrze i spokojnie. Powiedziałem o wszystkim Konradowi. Ucieszył się. Zaproponował mi, żebym zdecydował się na spowiedź. Nie chciałem tego początkowo. Coś stawiało opór. W międzyczasie dostałem informację, że Niemiec, dla którego miałem pracować, wysyła do mnie katalog. A to oznaczało, że gdy go dostanę, powinienem ruszyć w Polskę i szukać zamówień na produkty ezoteryczne. Zaczynałem czuć się tak, jakby dwa światy upominały się o mnie.

 

Wtedy znowu pojawił się Konrad. Zaproponował mi pielgrzymkę do Medjugorja. Bardzo tęskniłem za tym miejscem, ale miałem też poczucie obowiązku, że obiecałem komuś, że zaraz po otrzymaniu katalogu rozpocznę działalność. A ten ciągle nie przychodził... Konrad wciąż namawiał mnie na wyjazd. Któregoś dnia powiedział mi, że zrezygnowała jedna osoba, która już zapłaciła, i mogę jechać za darmo. To był dla mnie ważny argument, bo nie miałem pieniędzy na taki wyjazd. Na dodatek katalog wciąż nie przychodził. Postanowiłem wtedy, że pojadę. Konrad powiedział mi, że ten wyjazd jest pielgrzymką i ma sens wtedy, kiedy całkowicie pojednam się z Bogiem i zdecyduję się na spowiedź. Biłem się z myślami. Bałem się spowiedzi, coś we mnie próbowało mnie od tego odepchnąć. Zmagałem się z tym kilka dni i w końcu zdecydowałem się pójść. Nie było łatwe przygotować się do takiego wydarzenia komuś, kto przez tyle lat żył w rzeczywistości, która ciągle przekonywała, że nie ma grzechu… Koleżanka wybrała mi doświadczonego zakonnika. Umówiłem się z nim i poszedłem. W konfesjonale spędziłem grubo ponad godzinę. Sapałem ja, mówiąc moje przewinienia, sapał głośno i mój spowiednik, słysząc to wszystko, co robiłem. Spadły ze mnie niewyobrażalne ciężary. Poczułem się bardzo oczyszczony, lekki. Po wszystkim przybiliśmy piątkę, wyściskaliśmy się i poryczeliśmy jak bobry. Była to największa ulga, jaką w życiu przeżyłem.

 

Katalogu wciąż nie było, więc pojechaliśmy. Tydzień pielgrzymki to jeden z piękniejszych momentów w moim życiu. Na początku myślałem, że jadę tam spotkać się z Gospą. Ale Ona pokornie schowała się w cieniu swojego Syna. Pokazała mi Jezusa. To był czas łaski. Miałem tysiące pytań, które stawiałem sobie każdego dnia. Mówiłem wciąż językiem nieprzystającym do nowej rzeczywistości. Szukałem nowych słów, ale ich jeszcze nie znałem. Pan Bóg jednak, całe szczęście, działa poprzez ludzi. Postawił wtedy u mojego boku prawdziwych chrześcijan, żyjących na co dzień Pismem Świętym i modlitwą. To był przedziwny czas, bo stawiałem rano pytania i natychmiast dostawałem odpowiedzi – od braci z pielgrzymki lub w Słowie. Zdarzyło mi się płakać ze szczęścia. To były łzy oczyszczenia. Po tygodniu wróciliśmy. Wracałem z niepokojem. Nie wiedziałem, co z moją planowaną pracą i z katalogiem. Pierwsze kroki skierowałem do skrzynki pocztowej. Znalazłem w niej oczekiwany katalog. Wyciągałem go z niepokojem. W rogu zauważyłem mały niepozorny znaczek. A na nim Matkę Bożą Zwycięską!!!

 

Nigdy wcześniej ani nigdy później takiego już nie widziałem. Popłakałem się jak bóbr. To był dialog. Poczułem interwencję Bożą w moim życiu!!! Zrozumiałem, że to dzieje się naprawdę. Okazało się po czasie, że katalog został wrzucony do skrzynki w Polsce, ok. 50 km od Tychów. Szedł kilka tygodni. Tyle, ile potrzebowałem. To nie był przypadek. Znaczek z wizerunkiem Matki mojego Boga to potwierdzał. Z wielką ulgą i mocą wyrzuciłem katalog do kosza.

 

Odstąpiłem od Złego, ale Zły nie odstąpił ode mnie. Przez długi czas byłem atakowany w nocy. Ktoś mnie dusił. Było to okropne uczucie. Traciłem oddech, dusiłem się, nie miałem czym oddychać. Na ratunek przychodziła wtedy modlitwa. Ta najprostsza, różańcowa, była najskuteczniejsza. Chwilę po jej rozpoczęciu to coś puszczało. Zawsze budziłem się wtedy wyczerpany, zlany potem. Nie wiedziałem, jak żyć. Oczekiwałem jakichś nowych praktyk. Poszedłem na rozmowę z księdzem Siemieniewskim (aktualnie biskupem). Usłyszałem najprostszą i najskuteczniejszą receptę na dobre życie duchowe. Ksiądz powiedział mi wtedy: – Maciek, nie oczekuj, że Kościół da ci jakieś nowe, konkretne praktyki. Jedyne, co masz zrobić, to całym sobą przylgnąć do Jezusa Chrystusa! Bardzo mu jestem wdzięczny za tę receptę. Jakżeż to było inne od wszystkiego, czego próbowałem.

 

W moich wschodnich praktykach tak wiele trudnych rzeczy robiło się po coś, dla osiągnięcia oczekiwanych efektów. A tu? Przylgnąć do osoby mojego Boga! Jakie proste! I jakie trudne! Zwłaszcza dla osoby karmionej ciągle sloganami, że to nasze myśli kształtują nasze życie. Ciągle słyszałem, że mam być sobą. Mam, fakt. Ale sobą stajemy się w Bogu. Bo to On nas zaplanował i wyposażył. Bez Niego będziemy szukać swojego ego, nie siebie samego, jakim On nas stworzył.

 

Przez cały ten czas, kiedy byłem poza Kościołem, wyobrażałem sobie chrześcijaństwo jako religię opresyjną, pełną zakazów. Dzisiaj bardzo mocno przemawia do mnie scena, w której Mojżesz schodzi z góry Synaj, niosąc kamienne tablice z dziesięcioma przykazaniami. Dowiedziałem się, że w Izraelu kobiety rodziły w pozycji kucającej. Używały do tego celu kamiennych tablic, na których stawały w trakcie porodu. To było dla mnie niesamowite odkrycie. Naród Izraela w kamiennych tablicach z przykazaniami musiał widzieć kamienie porodowe!!! Tak, dziesięć przykazań nie jest represją. Dziesięć przykazań to dowód na wielką miłość Boga do nas, dzięki nim niejako wszyscy, którzy wierzymy, możemy „urodzić” nowego człowieka. Stać się tym, kim Bóg chce, żebyśmy się stali. Bo On wie najlepiej, co jest dla nas dobre. Pokazał nam to i zostawił nas z tym. Mamy wolną wolę. Wybór należy do nas. Żadnej represji, żadnego przymusu. To jest wreszcie to prowadzenie, którego szukałem.

 

Będąc posłusznym Jemu i Jego słowu, nie da się zabłądzić. I piękne jest to, że pokazując drogę, zostawił nam wolność.

 

Bardzo ważnym wydarzeniem dla mnie była modlitwa wstawiennicza, w czasie której przerywano więzy łączące mnie z moimi mistrzami duchowymi, z grzechem...

 

Poczułem się wolny.

 

Przydarzył mi się jeszcze jeden, bardzo znaczący incydent na koncercie. Grał zespół Frühstick. Ostra muza. Pod koniec wokalista zaprosił na scenę wszystkich tych, którzy pragną przyjąć Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Bardzo chciałem pójść, ale nie mogłem. Toczyłem walkę. Czułem, jakbym miał głębokie korzenie w podłodze. Zmagałem się. Po kilku minutach udało się. Wyznałem ustami, że Jezus Chrystus jest moim Panem. 

 

Fragment książki Macieja Sikorskiego „Byłem w piekle. Nie polecam. Opowieść o nawróceniu z Ryśkiem Riedlem w tle”, Wydawnictwo Niecałe 2017. 



Autor: Maciej Sikorski

Źródło: Wydawnictwo Niecałe

21:53 12 kwietnia 2017







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie