O niebezpieczeństwie jednostronności w głoszeniu uzdrowienia

Jednostronność czy przesadne akcentowanie pewnych zjawisk nigdy nie było cechą katolicyzmu. Postawa „tylko” bywa bowiem zwyczajnie niebezpieczna. I nie inaczej jest z bujnie rozwijającym się zjawiskiem modlitw o uzdrowienia.




Zacznę od rzeczy oczywistych. Nie neguję, że Duch Święty działa w ten sposób, mało tego uważam, że tak wielki rozwój fenomenu modlitwy o uzdrowienia jest jakoś szczególnie związany z naszymi czasami. Bóg działa w ten sposób i należy się z tego cieszyć. Msze z modlitwą o uzdrowienie, wielkie rekolekcje, w czasie których świeccy i duchowni modlą się o łaskę zdrowia dla chorych czy wyzwolenia dla zniewolonych –  choć to stosunkowo nowy element naszej pobożności i religijności już się w niej zakorzeniły. Charyzmatycy, niezależnie od tego czy duchowni czy świeccy, stają się powoli bohaterami masowej, katolickiej wyobraźni, a ich nauki stają się elementem formacji katolickiej dla wielu, nie tylko młodych, ludzi. 

 

I bardzo dobrze, bo dobrze, że ludzie modlą się, szukają duchowej strawy i powierzają swoje troski, choroby i cierpienia Bogu. Jednak pewna jednostronność w przekazie kaznodziejskim wydaje się być zagrożeniem. O czym mowa? Otóż ogromna większość kaznodziejów duchownych i świeckich posługujących modlitwą o uzdrowienie bardzo jednostronnie skupia się na uzdrowieniu, całkowicie pomijając chrześcijańskie znaczenie cierpienia. To zaś budzi obawy o integralność katolickiego nauczania.

 

O czym mówię? Choćby o opinii, powracającej wśród wielu charyzmatyków, że cierpienie jest zawsze złem i zawsze od złego pochodzi. „Choroba jest w pewnym sensie narzędziem, którym szatan się posługuje, aby sprawować władzę nad człowiekiem, aby go dręczyć i upokarzać. To on rozsiewa zarazki, przyczynia się do powstawania różnych chorób, wywołuje kłótnie między ludźmi, powoduje różnego rodzaju kataklizmy. Oczywiście Bóg to dopuszcza, ale to nie od niego pochodzą nieszczęścia, które spadają na człowieka. Wszelkie zło od zła pochodzi. Zbawienie jest wyzwoleniem człowieka ze stanu i okoliczności, które uniemożliwiają mu wejście do nieba. Choroby czy inne nieszczęścia też są taką przeszkodą, bo człowiek cierpiący może bluźnić Bogu, a nawet Go porzucić” - oznajmia jeden ze znanych polskich charyzmatyków (a podobne opinie można spotkać także u wielu innych). Nie zamierzam podawać ani jego nazwiska, ani książki, z której pochodzi ten  fragment, bo nie chodzi mi o samą polemikę czy o wskazywanie winnych, a o pokazanie pewnego zjawiska czy zadanie pewnych pytań, które zniknął, gdy zaczniemy zajmować się tym, kto i kiedy to powiedział. 

 

Wolą Boga jest byśmy byli zawsze zdrowi i silni, byśmy mieli dobre samopoczucie. A jeśli tak nie jest? To znaczy, że gdzieś po drodze zabrakło nam wiary, za mało zaufaliśmy albo na przeszkodzie stoi tradycyjne rozumienie wartości cierpienia. I takie opinie coraz częściej można usłyszeć w polskich świątyniach.

 

Jaki jest z nimi problem? Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze zrzuca ono odpowiedzialność za chorobę na chorych czy ich bliskich, czyniąc ich winnymi za słabej wiary, która uniemożliwia uzdrowienie. A przecież może być tak, że w konkretnej sytuacji drogą do zbawienia (a to ono, a nie uzdrowienie fizyczne jest celem Boga dla nas), drogą do nawrócenia, drogą do przemiany życia rodziców czy bliskich? Krzyżem, który jednoczyć trzeba z Krzyżem Chrystusa?

 

I tu dochodzimy do drugiego problemu z jednostronnością przekazu. Otóż tak się składa, że cierpienie, o czym wspaniale przypomina choćby św. Jan Paweł II w liście o chrześcijańskim sensie cierpienia, ma sens. „Poprzez wieki i pokolenia stwierdzono, że w cierpieniu kryje się szczególna moc przybliżająca człowieka wewnętrznie do Chrystusa, jakaś szczególna łaska. Tej łasce zawdzięcza swoje głębokie nawrócenie wielu świętych, jak choćby św. Franciszek z Asyżu, św. Ignacy Loyola i wielu innych. Owocem owego nawrócenia jest nie tylko to, że człowiek odkrywa zbawczy sens cierpienia, ale nade wszystko to, że w cierpieniu staje się całkowicie nowym człowiekiem. Znajduje jakby nową miarę całego swojego życia i powołania. Odkrycie to jest szczególnym potwierdzeniem wielkości duchowej, która w człowieku całkiem niewspółmiernie przerasta ciało. Wówczas, gdy to ciało jest głęboko chore, całkowicie niesprawne, a człowiek jakby niezdolny do życia i do działania — owa wewnętrzna dojrzałość i wielkość duchowa tym bardziej jeszcze się uwydatnia, stanowiąc przejmującą lekcję dla ludzi zdrowych i normalnych. Owa wewnętrzna dojrzałość i wielkość duchowa w cierpieniu z pewnością jest owocem szczególnego nawrócenia oraz współpracy z łaską ukrzyżowanego Odkupiciela. Tak On sam działa pośród ludzkich cierpień przez swego Ducha Prawdy, przez Ducha Pocieszyciela. To On przetwarza niejako samą substancję życia duchowego, wskazując człowiekowi cierpiącemu miejsce blisko siebie. To On — jako wewnętrzny Mistrz i Nauczyciel — uczy swojego cierpiącego brata lub siostrę tej przedziwnej zamiany, która tkwi w samym sercu tajemnicy Odkupienia. Cierpienie samo w sobie jest doznawaniem zła. Chrystus uczynił z niego najmocniejszą podstawę ostatecznego dobra, jest to zaś dobro zbawienia wiecznego. Cierpieniem swoim na Krzyżu dosięgnął samych korzeni zła: grzechu i śmierci. Pokonał sprawcę zła, którym jest Szatan, i jego permanentny bunt wobec Stwórcy. Wobec swojego cierpiącego brata lub siostry Chrystus stopniowo otwiera i roztacza horyzonty królestwa Bożego: świata nawróconego do Stwórcy, świata wyzwolonego od grzechu, budującego się na zbawczej potędze miłości. I do tego świata, do tego królestwa Ojca Chrystus powoli, ale skutecznie wprowadza człowieka cierpiącego, niejako poprzez samo serce jego cierpienia. Cierpienie bowiem nie może być przetworzone i przeobrażone łaską od zewnątrz, ale od wewnątrz. Chrystus zaś, przez swoje własne odkupieńcze cierpienie, znajduje się jak najbardziej wewnątrz każdego ludzkiego cierpienia i może w nim od wewnątrz działać mocą swojego Ducha Prawdy, Ducha-Pocieszyciela” - wskazywał Papież Polak.

 

Nie należy też zapominać, że zbawienie dotyczy życia wiecznego, a nie doczesnego. Bóg w Jezusie wyzwala nas zatem nie z doczesnych problemów czy cierpień, ale z… wiecznego cierpienia, jakim jest potępienie. „Przeciwieństwem zbawienia nie jest więc samo tylko doczesne cierpienie – jakiekolwiek – ale cierpienie ostateczne: utrata życia wiecznego, odrzucenie od Boga, potępienie” - wskazuje św. Jan Paweł II. 

 

Ważne i potrzebne dzieło głoszenia prawdy o uzdrawiającym działaniu Chrystusa powinno być uzupełnione istotną prawdą o chrześcijańskim znaczeniu cierpienia. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że jednostronność jest zawsze niebezpieczna, a po drugie dlatego, że bez Krzyża nie ma wiary, nie ma chrześcijaństwa, a jest tylko głoszenie sukcesu doczesnego. A nie o to, jestem głęboko przekonany, także posługującym modlitwą o uzdrowienie chodzi.

 

Tomasz P. Terlikowski



Autor: Tomasz P. Terlikowski

Źródło: MalyDziennik.pl

19:54 4 października 2017







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie