CYWILIZACJA

Księża są źli, bo wypraszają rodziców z płaczącymi dziećmi z kościoła. A czy my rodzice jesteśmy bez zarzutu?

Internet huczy, że w Oleśnicy ksiądz poprosił o wyprowadzenie z kościoła płaczącego dziecka. Na księdza posypały się gromy. Słusznie?

Wiem jedno, na Mszy z dzieckiem łatwo nie jest. Co oczywiście nie zwalnia nas z tego, by sobie niedzielną mszę odpuścić. Jako mama kilkorga dzieci ciągle jeszcze nie zakończyłam etapu tzw. mszy dla dzieci, do których mam mnóstwo obiekcji i zastrzeżeń. Sama każdej niemal niedzieli zadaję sobie to pytanie – czy idziemy właśnie na msze dla dzieci, bo łatwiej wmieszać się w tłum i ewentualne rozrabianie naszych dzieci nie będzie aż tak rzucać się w oczy, czy iść z nimi na mszę dla dorosłych, licząc się z tym, że niejedna osoba ciśnie w nas wzrokiem pełnym gromów gdyby któreś z naszych dzieci akurat postanowiło zachowywać się nie tak, jak powinno. Tłumaczymy im, wyjaśniamy, pokazujemy, jak należy się zachowywać w kościele. I chwilami mam wrażenie, że to walenie grochem o ścianę. Z macierzyńskiego doświadczenia mogę powiedzieć, że dla mnie najtrudniejszym czasem było okiełznanie w kościele dwulatka. Z niemowlętami w wózku problemu nie miałam, ze starszymi też nie, ale dwulatek to nie lada wyzwanie. Jedyne pocieszenie, że to szybko mija, a praca włożona w naukę właściwego zachowania będzie z czasem procentować.

 

Nie wiem, co wydarzyło się dokładnie w Oleśnicy, nie wiem, jak bardzo płakało tam dziecko, którego rodziców poproszono o to, by wyszli z nim z kościoła. Nie wiem, czy rodzice reagowali, czy próbowali wyjść z dzieckiem na chwilę, by je uspokoić. Znam tylko relacje medialne, a te mogą obraz zafałszowywać. Z punktu widzenia księdza może być kłopotliwe mówienie kazania, kiedy jakieś dziecko głośno płacze (a niektóre dzieci mają w płucach taką parę, że hej), albo wspina się na ołtarz i jeszcze pociąga za zwisający obrus. I jestem w stanie zrozumieć prośbę, bo w kościele też są inne osoby, którym również płacz dziecka może przeszkadzać. Rozumiem też rodziców, bo nie jest to dla nich na pewno przyjemna sytuacja. Pewnie do niej by nie doszło, gdyby wszystkim w kościele zależało na tym, by szanować siebie nawzajem.

 

Msza św. z dzieckiem to wyzwanie, niemniej jednak jestem zdania, że chcąc przekazać dziecku wiarę, od początku należy je do kościoła zabierać. I z czasem dziecko się nauczy. Tylko trzeba czasu i cierpliwości. A jak rozrabia, to nie pozostaje nic innego, jak po prostu wyprowadzić je z kościoła. I nie czekać, aż rozrabianie czy złość osiągną apogeum, tylko interweniować wcześniej. Od tego jesteśmy rodzicami. Nikomu krzywda się nie stanie, bez obaw.

 

Rodzicami jesteśmy od tego, by dzieci wychowywać i uczyć, jak należy w kościele się zachowywać. Nie jesteśmy jedynymi uczestnikami mszy, a nasze dzieci to nie święte krowy, i również i one muszą respektować to, że w kościele należy zachowywać się inaczej niż na placu zabaw (a jak one o tym zapominają, to przypominać o tym maja rodzice). Tymczasem obserwacja zachowań niektórych rodziców na Mszy św. pozwala postawić pytanie, czy nie pomylili miejsca.

 

Piknik na Mszy? Dlaczego nie. Więc w ruch idą chrupki, biszkopty, wafle ryżowe, jabłka czy banany. Nie jest niestety rzadkim widokiem maszerujący za dzieckiem po bocznej nawie rodzic karmiący swoją pociechę bananem. Jeśli chodzi o karmienie niemowlęcia piersią, kościół nie jest dla mnie przeszkodą (pisałam o tym na „Małym Dzienniku”), natomiast robienie z Mszy pikniku to już przesada. Trzy, czy czteroletnie dziecko spokojnie wytrzyma godzinę bez podjadania. A jak już z głodu umiera, można wyjść na zewnątrz.

 

Bieganie, skakanie, wspinanie się na schody ołtarza? Pewnie, a jak już zbierze się kilkoro dzieci to i zawody można robić. Nie, nie można. To nie plac zabaw. Rodzicu, interweniuj!

 

Zabawki? Moim dzieciom niestety czasem uda się coś do kościoła przemycić. Ale nie ma naszej zgody na zabawę nimi podczas Mszy. To tylko godzina, przeżyją bez resoraka, lalki czy – o zgrozo – telefonu. Bo i takie obrazki widziałam.

 

Płacz, złość? Chyba nie ma rodzica, który by nie doświadczył płaczu czy złości własnego dziecka w trakcie Mszy. Zamiast więc czekać, aż się mały człowiek sam uspokoi, rozdrażniając przy tym tych, którzy dla płaczu nie mają takiej tolerancji jak rodzice, lepiej wziąć dziecko na ręce i wyjść. Zmiana miejsca, zainteresowanie czymś na zewnątrz uspokoją małego człowieka, a i pozostali wierni będą mieli większy komfort uczestnictwa we Mszy św.

 

To jest możliwe do zrobienia. Wystarczy odrobina empatii. Po jednej i po drugiej stronie. Rodzice z małymi dziećmi niech wiedzą, że są zawsze mile widziani w kościele. Ale niech pamiętają, że nie są jedynymi osobami w kościele i dobrze, żeby potrafili zapanować nad ułańską fantazją swoich dzieci. Bo przecież nie chodzi teraz o to, by zmienić kościół w ring, na którym trwa walka rodzice małych dzieci kontra ksiądz i reszta świata.

 

Małgorzata Terlikowska 

Źródło: Mały Dziennik

Komentarze

Zobacz także

Ostra krytyka ważnego hierarchy: Po decyzji Franciszka kobiety mogą częściej dokonywać aborcji!

Redakcja malydziennik

Kolejna śmierć dzieci w nagrzanym aucie. Dlaczego rodzice są aż tak bezmyślni?

Redakcja malydziennik

Niezwykłe odkrycie polskich naukowców: zabawki dzieci ze średniowiecza są łudząco podobne do…

Redakcja malydziennik
Ładuję....