Kiedy może wybuchnąć wojna światowa?

PAP/EPA
Jeśli stawiamy pytanie o to kiedy może wybuchnąć kolejny światowy konflikt, to znaczy, że na pytanie czy faktycznie może coś takiego się stać już sobie odpowiedzieliśmy w sposób twierdzący.



Rzeczywiście może coś takiego spotkać ludzkie dzieje choćby dlatego, że zwycięstwo wyborcze Donalda Trumpa i świadomość geopolityczna nowej ekipy rządzącej z Białego Domu będzie jak się zdaje większa od tej, która odeszła i tej, która mogłaby przyjść w sytuacji zwycięstwa Hilary Clinton. Większa świadomość może oznaczać zwiększenie dynamiki działań, a w konsekwencji i wydarzeń będących reakcją na poczucie niekoherentności prowadzonej dotychczas polityki. Paradoksalnie, złe rozpoznanie stosunku sił panujących w świecie pomiędzy mocarstwami, może wydłużać okres stabilności i prowokować do krytyki protagonistów geopolitycznej zmiany. Nie jest jednak dobrze, gdy pokój światowy opiera się na złudzeniu istnienia określonych przewag i możliwości. Konflikt, który potem wybucha jest gwałtowniejszy, bardziej długotrwały i przynosi znaczne koszty ludzkie i materialne. Takim - jednak - złudzeniem były gwarancje sojusznicze w Europie w roku 1939. Oczywiście często trudno jednoznacznie określić kto ulega politycznemu złudzeniu,  kto prowadzi grę,  jednak warto podać jedną przesłankę, która sprawia, że polityka, z jaką w układ sił międzynarodowych wkracza Donald Trump wydaje się bardziej wiarygodna.

 

Coraz szerzej dostępne analizy sytuacji geopolitycznej wskazują, że amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa zarówno dla całej Europy leżącej w obszarze sojuszu północnoatlantyckiego jak i dla krajów sprzymierzonych obszaru zachodniego Pacyfiku nie mają pokrycia w możliwościach militarnych Stanów Zjednoczonych. W wywiadzie niedawno opublikowanym na portalu Wirtualna Polska Joseph Stiglitz sugeruje, że pojawiająca się w przekazie relatywizacja owych gwarancji jest po prostu nieodpowiedzialnością Trumpa. Jednak fakty zdają się przeczyć tej opinii - Amerykańska projekcja siły rzeczywiście słabnie. Warto dodać, że Stiglitz jest znanym krytykiem neoliberalnego modelu światowej gospodarki - m. in. w imię tej właśnie krytyki wygrał wybory Donald Trump, zatem krytyka Stiglitza wobec prezydenta-elekta wydaje się wiarygodna, ponieważ nie jest tak całkowicie nacechowana emocjonalnym i politycznym antagonizmem. A jednak nie jest prawdziwa.

 

Przewaga militarna USA nad Chinami topnieje w oczach, a jeszcze do tego sprzyja Chińczykom tyrania jaką narzuca Waszyngtonowi ogrom wód Pacyfiku, który oddziela lądy Ameryki i Azji. Amerykanie są dopiero na etapie opracowywania nowej strategii wojennej dla Zachodniego Pacyfiku, co więcej nie wiadomo, czy to co ostatecznie za 10 czy 15 lat zostanie przeznaczone do wprowadzona w życie okaże się na tyle skuteczne by utrzymać dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych z morzach przybrzeżnych Chin. Co więcej - patrząc w perspektywie historycznej - flota USA, jeden z filarów ich potęgi - jest zbyt słaba by kontrolować ocean światowy. Jest też z całą pewnością najsłabsza od lat poprzedzających II wojnę światową, czyli okresu dynamicznego rozwoju nowoczesnej marynarki wojennej. Te wszystkie sprawiają, że Waszyngton pod wodzą Trumpa prawdopodobnie chce się skupić na realnym celu - i to celu priorytetowym ze względu na interesu kraju - jakim jest przygotowanie mocarstwa do konfrontacji z Chinami. Oczekiwane cele “urealnienia są dwa” - wyrwanie sojuszników z politycznego lenistwa charakterystycznego dla bogatych protektoratów oraz skupienie własnej uwagi oraz środków na Państwie Środka. Zdaje się, że USA oceniły swoje możliwości i w zmianie dynamiki politycznej widzą więcej korzyści niż w utrzymywaniu politycznej iluzji kontroli światowych stosunków.

 

Przyspieszenie dynamiki widać już teraz - Amerykanie mając świadomość swojej względnej słabości już rozpoczęli ofensywę polityczną wobec Państwa Środka. Zbliżenie z Tajwanem - nie tylko na poziomie gwarancji bezpieczeństwa, które funkcjonują od lat, ale na praktycznym sugerowaniu możliwego podważenia zasady uznawania jednych Chin (One China policy). Spodziewane w styczniu spotkanie Donalda Trumpa z prezydent Tajwanu byłoby wydarzeniem bezprecedensowym. Jaka będzie reakcja Chin - nie wiadomo, skoro już nawet niedawna rozmowa telefoniczna prezydenta-elekta z panią Tsai Ing-wen określona została jako  „zakwestionowanie 40 lat dobrego politycznego obyczaju”. Podobnie ofensywne znaczenie ma - jak się zdaje - groźba wojny handlowej, której fundamentem byłoby 45 procentowe cło na produkty chińskie. Pytanie wobec, którego stoimy jest takie, czy nowy amerykański prezydent faktycznie już teraz chce zaostrzyć kurs polityki z Chinami prowokując duży konflikt czy w taki sposób zamierza uzyskać jakieś polityczne ustępstwa od Chin i politycznie znów zepchnąć Chińczyków na ich własne plaże. W praktyce oznaczałoby to zyskanie dla swojego krajowi jeszcze nieco czasu na wypracowanie nowej strategii militarnej, której sednem będzie konflikt wojskowy na Pacyfiku. Mogłoby to jednak oznaczać - pomimo obecnego prężenia muskułów - oddanie w ręce Pekinu Tajwanu.

 

Czy jest to możliwe? Możliwe jest wszystko, oznaczałoby to jednak, że w dłuższej perspektywie USA rezygnują ze swojej obecności na Zachodnim Pacyfiku, ponieważ Tajwan jest jednym z kluczowych elementów polityki Zachodniego Pacyfiku.. Trudno w to uwierzyć, ponieważ byłby to cios zarówno dla gospodarki USA jak i dla wiarygodności tego kraju wobec licznych sojuszników (szczególnie Japonii i Australii). Być może zatem chodzi o wariant przejęcia inicjatywy politycznej w oparciu o przekonanie Amerykanów, że to jednak wciąż Chińczycy mają więcej do stracenia w sytuacji ewentualnej otwartej konfrontacji gospodarczej. Jeśli do konfliktu dojdzie podniesie to napięcie pomiędzy obydwoma krajami, z których żaden nie jest - także we własnym nawet przekonaniu - przygotowany do zbrojnej konfrontacji. Byc może jednak Chiny jeszcze raz się cofną wobec Stanów Zjednoczonych. Tu jednak wkraczamy już w obszar przyszłości, którą spowija zasłona niewiedzy i rozmaite możliwości oraz scenariusze rozwoju konfliktu. Trudno wątpić, czy do niego w formie militarnej dojdzie, ale jest on możliwy nawet w 2017 roku, choć przy obecnej sytuacji możemy mieć do czynienia raczej z przypadkami incydentów morskich. Gdyby jednak Donald Trump faktycznie zdecydował się na wojnę handlową z Chinami i dodał do tego (wariant niemal nieprawdopodobny) blokadę Zachodniego Pacyfiku być może to Pekin zdecydowałby się na “strząśnięcie” z siebie przeciwnika. Wtedy wojna stałaby się rzeczywiście prawdopodobna. Wiele zależy od chińskich kalkulacji - legitymizacja władzy Pekinu ma dzisiaj w znacznej mierze charakter ekonomiczny - decyzja będzie zależała od tego co przyniesie niższy rachunek strat.

 

Tomasz Rowiński

 

Autor jest redaktorem pisma Christianitas.

 



Autor: Tomasz Rowiński

Źródło: MalyDziennik.pl

20:13 4 stycznia 2017






Popularne

O tej porze roku nikt się tego nie spodziewał! A…

Ale akcja! Brytyjczycy starają się o polskie paszporty…



BRAWO Trump. Ktoś wreszcie powiedział prawdę lewakom…

Brexodus stał się faktem. Coraz mniej Polaków na…

Masz smartfon? Lepiej szybko go wyrzuć. Podziękuje…


Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie