Jezus umarł na Krzyżu za reżysera „Klątwy” Olivera Frljića. A my jesteśmy posłani, by jemu i aktorom o tym powiedzieć

To, co miałem napisać o rzekomej rewolucyjności „Klątwy” już napisałem. Nic w niej nowego, nic odkrywczego, zwykła żenada. Żenada, w której, aby ranić ludzi inaczej, niż aktorzy myślących wykorzystuje się krzyż. Znak miłości do każdego.



Masturbowanie się krzyżem, ścinanie krzyża - to sceny, które mają rewolucjonizować teatr. Ale w rzeczywistości pokazują one głęboką kulturową, duchową zapaść aktorów i reżysera. I nie chodzi o to, że są oni niewierzący, ale że nie są w stania uszanować emocji, uczuć innych i znaku straszliwej męki. Męki, która dotknęła człowieka za to, że chciał służyć innym.

 

Pierwszym uczuciem w takiej sytuacji jest złość, rozgoryczenie, niechęć, chęć odegrania się, ukarania ich. A potem przychodzi głęboki smutek, współczucie dla ludzi, dla których krzyż jest tylko zabawką, nic nie znaczącym symbolem, a może symbolem, który dla nich oznacza tylko postrzeganą przez nich jako wroga organizację. A przecież na tym krzyżu, także za nich, umarł Bóg. Bóg, który ukochał ich, tak jak nas, do szaleństwa. Szaleństwa straszliwej śmierci, i poprzedzającej ją męki. Męki i śmierci, która dała nam życie, zbawienie.

 

I ten drugi moment zmienia perspektywę. Nie, nie chodzi o to, by odstępować od stosowania prawa, by nie organizować bojkotów konsumenckich sponsorów, ale o to, by na osoby zaangażowane w spektakl spojrzeć jak na ofiary. Ofiary satanicznego zwiedzenia, może głębokiego poranienia, może braku katechezy i formacji, a może nawet takie, które nigdy nie spotkały się z głoszeniem Miłości Chrystusa. Osoby, które są skrzywdzone już przez to samo, że nie spotkały Jezusa Chrystusa, nie dostrzegły w Jego krzyżu znaku swojego, osobistego zbawienia. 

 

Ale to nie może być koniec. Chrześcijanin jest przecież posłany do osób zagubionych, pozbawionych nadziei, oddzielonych od Boga. Ma się z nimi spotkać i próbować ich ewangelizować. Opowiedzieć im o miłości Jezusa do nich, do Olivera Frljića, do aktorów, którzy na scenie masturbują się krzyżami, do pań, które przyznają się do aborcji, i do polityków, którzy bronią coś, czego obronić się nie da. On tak bardzo ich kocha, że oddał za nich swoje życie. Na krzyżu, który oni profanują. I oni, tak jak my, w każdej chwili mogą do Niego wrócić. Wystarczy jeden gest, jedno westchnienie. Bóg jest obok nich. Czeka…

 

A jeśli nie możemy tego zrobić, jeśli nie jesteśmy w stanie, to odmówmy za nich modlitwę. O odnalezienie drogi, o zrozumienie czym jest piękno, o odkrycie Bożej miłości. Różańce w dłoń, Koronka do Miłosierdzia Bożego może działać cuda. Cuda w sercach autorów przerażającej sztuki. Naszym, chrześcijańskim celem nie jest ich pokonanie przed sądem, ani poniżenie, ale nawrócenie. A w tej sprawie nie ma innej drogi niż modlitwa i post. I oddanie sprawy Bogu.

 

Tomasz P. Terlikowski



Autor: Tomasz P. Terlikowski

Źródło: MalyDziennik.pl

20:36 21 lutego 2017




Klątwa, bluźnierstwo, kościół, Masturbowanie się krzyżem, ścinanie krzyża - to sceny, które mają rewolucjonizować teatr. Ale w rzeczywistości pokazują one głęboką kulturową, duchową zapaść aktorów i reżysera. I nie chodzi o to, że są oni niewierzący, ale że nie są w stania uszanować emocji, uczuć innych i znaku straszliwej męki. Męki, która dotknęła człowieka za to, że chciał służyć innym. Pierwszym uczuciem w takiej sytuacji jest złość, rozgoryczenie, niechęć, chęć odegrania się, ukarania ich. A potem przychodzi głęboki smutek, współczucie dla ludzi, dla których krzyż jest tylko zabawką, nic nie znaczącym symbolem, a może symbolem, który dla nich oznacza tylko postrzeganą przez nich jako wroga organizację. A przecież na tym krzyż, także za nich, umarł Bóg. Bóg, który ukochał ich, tak jak nas, do szaleństwa. Szaleństwa straszliwej śmierci, i poprzedzającej ją męki. Męki i śmierci, która dała nam życie, zbawienie. I ten drugi moment zmienia perspektywę. Nie, nie chodzi o to, by odstępować od stosowania prawa, by nie organizować bojkotów konsumenckich sponsorów, ale o to, by na osoby zaangażowane w spektakl spojrzeć jak na ofiary. Ofiary satanicznego zwiedzenia, może głębokiego poranienia, może braku katechezy i formacji, a może nawet takie, które nigdy nie spotkały się z głoszeniem Miłości Chrystusa. Osoby, które są skrzywdzone już przez to samo, że nie spotkały Jezusa Chrystusa, nie dostrzegły w Jego krzyżu znaku swojego, osobistego zbawienia. Ale to nie może być koniec. Chrześcijanin jest przecież posłany do osób zag, pozbawionych nadziei, oddzielonych od Boga. Ma się z nimi spotkać i próbować ich ewangelizować. Opowiedzieć im o miłości , do Olivera Frljića, do aktorów, którzy na scenie masturbują się krzyżami, do pań, które przyznają się do aborcji, i do polityków, którzy bronią coś, czego obronić się nie da. On tak bardzo ich kocha, że oddał za nich swoje życie. Na krzyżu, który oni profanują. I oni, tak jak my, w każdej chwili mogą do Niego wrócić. Wystarczy jeden gest, jedno westchnienie. Bóg jest obok nich. Czeka… A jeśli nie możemy tego zrobić, jeśli nie jesteśmy w stanie, to odmówmy za nich modlitwę. O odnalezienie drogi, o zrozumienie czym jest piękno, o odkrycie Bożej miłości. Różańce w dłoń, Koronka do Miłosierdzia Bożego może działać cuda. Cuda w sercach autorów przerażającej sztuki. Nasz, chrześcijańskim celem nie jest ich pokonanie przed sądem, ani poniżenie, ale nawrócenie. A w tej sprawie nie ma innej drogi niż modlitwa i post. I oddani, Oliver Frljić, krzyż, miłość, ewangelizacja



Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie