Jak się robi doktrynalną rewolucję w Kościele, czyli gotowanie żaby po katolicku!

Od jakiegoś czasu obserwujemy powolne narzucanie jedynie słusznej interpretacji „Amoris laetitia”, a co za tym idzie zmianę nie tyle duszpasterskiej praktyki, ile doktryny wiary. O czym mowa? Otóż - wbrew deklaracjom o tym, że nie ma jedynie słusznej interpretacji tego dokumentu - powoli zmierza się do domknięcia jego rozumienia. I to w duchu liberalnym.




„Amoris laetitia”, warto przypomnieć, a konkretniej jego rozdział ósmy od dawna wzbudza wątpliwości. Część z biskupów i konferencji episkopatów uznaje, że dopuścił on, pod pewnymi warunkami i w pewnych okolicznościach (nie jest jednak jasne w jakich, ani jakie mają być kryteria owego dopuszczenia) rozwodników w ponownych związkach do Komunii świętej. Inni biskupi i inne konferencje episkopatu niezwykle mocno podkreślają, że nic takiego się nie stało, że doktryna nie została zmieniona, bo zmieniona być nie mogła. Papież - jeśli chodzi o oficjalne wypowiedzi - milczy, tak by każdy mógł zachować swoje zdanie. A teologowie i filozofowie toczą spór, i to nie tylko o to, czy „Amoris laetitia” rzeczywiście dopuszcza rozwodników w ponownych związkach do Eucharystii czy też nie, ale także o to, czy liberalne rozumienie jej zapisów nie rozkłada teologii moralnej w ogóle. A w tle, i to też warto dostrzec, dokonuje się powolny proces utrwalania zmiany doktrynalnej, jaka w wielu Kościołach lokalnych już się dokonała. 

 

Zacznijmy od krótkiego przypomnienia, co się w zasadzie wydarzyło. Otóż papież Franciszek zwołał dwa synody na temat małżeństwa i rodziny i swoimi decyzjami, a także sugestiami sprawił, że jednym z głównych - nie tylko medialnych, ale także realnych - ich tematów stała się propozycja kard. Waltera Kaspera, by pod pewnymi warunkami dopuścić rozwodników w ponownych związkach do Komunii świętej. Dwa lata dyskusji, sugestii nie doprowadziły wprost do tego celu, bo opór pewnej części biskupów i świeckich audytorów był zbyt mocny, a zwolennicy nowego rozwiązania mieli świadomość, że narzucenie rozwiązań sprzecznych z dotychczasowym nauczaniem Kościoła, w tym z jasnym i oczywistym nauczaniem św. Jana Pawła II, może doprowadzić do schizmy. Dlatego przygotowano dokument nieostry. Podobnie postąpił zresztą papież Franciszek, który opublikował adhortacje, której zapisy były na tyle płynne i nieostre, że bez większego wysiłku zwolennicy Komunii dla rozwodników mogli uznać, że jest ona dopuszczona, a jej przeciwnicy, przy pewnym wysiłku intelektualnym, mogli nadal utrzymywać, że nic się nie zmieniło. Sam papież, gdy zaczęły napływać pytania, milczał. Odmawiał odpowiedzi na jasne „Dubia” czterech kardynałów. Dyskusja trwała, a papież tylko raz wyraził swoją opinię. W prywatnym liście, którego ujawnienie dokonało się za pośrednictwem mediów, i który jako taki nie miał najmniejszego znaczenia doktrynalnego.

 

Mowa oczywiście o liście do biskupów regionu Buenos Aires, który krótko po opublikowaniu „Amoris laetitia” wydali dokument, w którym uznali, że pod pewnymi warunkami, po rozpoznaniu i rozeznaniu, niektórzy rozwodnicy w ponownych związkach, którzy nie zdecydowali się na życie w czystości, mogą zostać dopuszczeni do spowiedzi i Komunii świętej. Franciszek w prywatnym liście napisał, że jest to interpretacja właściwa, i że taka była jego wola. List był jednak prywatny, i jako taki nie mógł i nie może wchodzić w zakres magisterium, a teologowie czy konferencje Episkopatu, mogą go zwyczajnie ignorować lub uznać za wyraz prywatnej, niewiążącej nikogo opinii Franciszka. Oficjalnie bowiem papież milczał, i choć media watykańskie wyraźnie promowały, interpretację liberalną, publikując wszystkie możliwe opinie na jej temat, to w wymiarze doktrynalnym nic to nie znaczyło. Po kilku miesiącach jednak prywatny z natury list nagle został opublikowany na stronach Stolicy Apostolskiej wśród oficjalnych dokumentów. Oczywiście, jak trafnie wskazuje prawnik kanoniczny dr Edward Peters, prawnie nic to nie znaczy, bo dokument zachowuje swoje znaczenie, a strona Watykanu nie jest w żadnym razie sposobem nadawania mocy dokumentom. Jest to jednak ewidentny sygnał, że dokument zaczyna być traktowany jako oficjalna interpretacja stanowiska papieża, a papiescy doradcy doszli do wniosku, że to, co dotąd wyrażane było tylko w liście prywatnym można zacząć nadawać znaczenie (mniej lub bardziej) oficjalne. 

 

Oczywiście nie kończy to debaty, ale daje kolejny argument tym, którzy widzą w „Amoris laetitia” zmianę i zerwanie (niezależnie od tego, czy postrzegają to pozytywnie czy negatywnie) z dotychczasową doktryną, a także pozwala zrekonstruować strategię, jaką przyjęto przy tym dokumencie. Trzeba wywołać debatę, opublikować niejasne i nieprecyzyjne dokumenty, które pozwalają na przyjęcie interpretacji odrzucającej dotychczasowe nauczanie Kościoła, a potem stopniowo naciskać, za pomocą mediów, wprowadzania zmian, na uznanie owej za jedynie słuszną. Wszystko powoli, bez jakichkolwiek doktrynalnych wyjaśnień (milczenie w sprawie „Dubia” jest tego znakomitym przykładem), ale konsekwentnie i wprowadzając radykalną zmianę. W ten sposób powolnie gotując żabę można uniknąć skandalu, awantury, a kto wie, czy nie schizmy, a cel - jakim jest zmiana doktryny - zostanie osiągnięty. Inna sprawa, że ten sposób ma jedną, ale za to istotną słabość, wszystkie zmiany są dokonywane nieco poza prawem, obok niego, bez realnego angażowania autorytetu, tak że można z nich się szybko wycofać. Będzie to jednak trudne, bo wiele z tych decyzji już w niektórych diecezjach weszło w życie. Niełatwo się z tego wycofać.

 

Tomasz P. Terlikowski



Autor: Tomasz P. Terlikowski

Źródło: Maly Dziennik

14:00 3 września 2017







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie