I o co ten szum? Czy papież miał zrzucić premiera z homoseksualnym partnerem ze schodów?

EPA/MAURIZIO BRAMBATTI PAP/EPA
Liberałowie mają nowy powód do zaciemniania przesłania Franciszka. Od kilku dni podniecają się faktem, że papież „przyjął premiera Luksemburga” z jego homoseksualnym „małżonkiem”. Tyle, że nie bardzo wiadomo, o co to podniecenie. Z sytuacji tej bowiem nic nowego nie wynika.




I wystarczy doczytać same doniesienia medialne, by to wiedzieć. Tak się składa, że premier Xavier Bettel pojawił się na spotkaniu z głową Kościoła razem ze swoim „mężem”, architektem Gauthierem Destenayem. Spotkanie było publiczne, wieloosobowe i gości witali rzymscy hierarchowie. Pytanie zatem, co miało się stać, gdy premier Luksemburga przybył z facetem? Czy gwardziści szwajcarscy mieli go zrzucić ze schodów? A może sam papież miał rozedrzeć sutannę i zakazać wstępu? Toż to absurd. Premier przybył z kim chciał (pytanie, czy powinien tak zrobić, to zupełnie inna kwestia), a Stolica Apostolska uszanowała jego decyzję. Tak jak szanuje fakt, że premierzy czy prezydenci przybywają ze swoimi drugimi, trzecimi czy czwartymi żonami, choć Kościół rozwodu nie akceptuje. I z faktu spotkania z nimi nie wynika uznanie rozwodów czy pseudo-małżeństw homoseksualnych.

 

Jakby tego było mało, także samo spotkanie, nie oznacza akceptacji dla grzechu czy grzesznych pomysłów. Jezus spotykał się z prostytutkami, rozmawiał ze złodziejami i zdrajcami narodu. I wcale nie oznaczało to, że akceptuje prostytucję, zdrady, złodziejstwo czy służbę okupantom. Jedyne, co z tego wynikało to mocne przypomnienie, że każdy człowiek zasługuje na spotkanie, każdy ma godność, a grzech nie może nam jej przesłonić. Nie, wcale nie było wiadomo, że prostytutki się nawrócą, a celnicy rozdadzą swój majątek. Jedni pewnie tak zrobili, a inni powrócili do swoich dawnych zajęć. Czy to oznacza, że Jezus nie miał się z nimi spotkać, że nie miał objąć ich swoim pełnym miłości wzrokiem? Może niektórzy z nich nawrócili się wiele lat później, gdy w otchłani grzechu nie mieli już żadnej nadziei? A może nie. Nie wiemy tego, ale wiemy, że chrześcijanie nie są powołani do zgorszenia grzesznikiem, a Bóg nie gorszy się grzechem. Bóg chce okazał miłosierdzie, a my mamy je głosić.

 

Bo wbrew temu, co wydaje się wielu (także nam chrześcijanom) chrześcijaństwo nie jest mieszczańskim oburzeniem na grzeszników, nie jest zgrozą wywołaną przez niezgodny z zasadami sposób życia, ani nieustannym byciem zgorszonym. Nie ma w nim także zaskoczenia grzechem czy strachu przed grzesznikiem. Chrześcijaństwo w ogóle niewiele ma wspólnego z mieszczańską hipokryzją. Ono jest świadome grzechu, także grzechu w każdym z nas, nie buduje się myślą, że my jesteśmy od innych lepsi, i że oddycha z ulgą, gdy pomyśli, że inni są gorsi. Chrześcijaństwo to wielka, dobra nowina o miłosierdziu, które dotyka każdego i każdemu musi być głoszone. Nie ma nikogo, kogo powinniśmy - ze zgorszeniem - omijać albo pomijać. Papież Franciszek, nie po raz pierwszy, mocno nam o tym przypomina. 

 

Nie jest jednak także, o czym też warto pamiętać, chrześcijaństwo akceptacją grzechu. On jest faktem, tak jak faktem jest istnienie piekła, do którego możemy trafić. Akceptacja osób, przyjmowanie homoseksualistów, nie oznacza uznania, że Pismo Święte, Tradycja, tak mocno wyrażona w Katechizmie, przestały obowiązywać. Nic bardziej błędnego. Chrześcijaństwo nie jest i nie może być akceptacją grzechu, a poklepywanie grzeszników po ramieniu z prostym przekazem: „to nie ma znaczenia”, nie ma nic wspólnego z miłosierdziem. To także mieszczańskie, postoświeceniowe podejście, które więcej ma wspólnego z dawną hipokryzją, niż z Ewangelią.

 

Tomasz P. Terlikowski



Autor: Tomasz P. Terlikowski

Źródło: MalyDziennik.pl

9:36 27 marca 2017







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie