Franciszkanów nie jadam, więc w odróżnieniu od „TP" nie obawiam się spojrzenia im w oczy po śmierci. Czyli dlaczego zwierzęta wolno jeść!

Fot. Twitter
„Tygodnik Powszechny” przechodzi w poszukiwaniu czytelnika samego siebie. Teraz nazwał zwierzęta domowe (pieski i kotki) „mniejszymi Polakami”, którzy mają glos. A jego redaktor senior zadał pytanie: „Co, jeśli na tamtym świecie będę musiał spojrzeć w oczy braciom mniejszym, których zjadłem?”




Zacznijmy od tego drugiego pytania. Otóż tak się składa, że niezależnie od tego, jak bardzo możemy lubić zwierzęta, i jak wiele mamy wobec nich zobowiązań, to nie są one naszymi braćmi. Ani mniejszymi, ani większymi. Braćmi mniejszymi Kościół nazywa franciszkanów, a tak się składa, że zapewne większość z nas (tak jak większość redaktorów „Tygodnika Powszechnego”) zapewne żadnego franciszkanina (ani konwentualnego, ani kapucyna ani nawet reformaty czy bernardyna) zapewne nie zjadło. I dlatego nie musimy się martwić o to, jak spojrzymy się im w oczy po śmierci. 

 

A jeśli chodzi o zwierzęta to też zmartwienie jest… najdelikatniej rzecz ujmując, naiwne. Tak się bowiem składa, że wbrew temu, co probuje nam się wmawiać, zwierzęta nie są nieco innymi ludźmi, nie mają (a przynajmniej Kościół nigdy tego nie nauczał) duszy nieśmiertelnej, i nie obejmujemy ich przykazanie „nie zabijaj”. Trudno też uznać, że będą one miały do nas pretensje za ich zjedzenie, czy że my powinniśmy mieć z tego powodu jakieś wyrzuty sumienia. Gdyby bowiem potraktować pytanie ks. Adama Bonieckiego poważnie trzeba by uznać, że problemy ze spojrzeniem w oczy swoim ofiarom będzie miała także nasza domowa kocica, która niegdyś upolowała gołębia, a także inne koty, które zagryzły myszy. Potężnym problemem teologicznym - w takim świecie - będzie również odpowiedzialność moralna lwów, które zagryzły antylopy (pomyślmy, jak one będą mogły spojrzeć im w oczy) itd. itp.

 

Złośliwie można też zapytać, co z naszymi braćmi najmniejszymi, to znaczy z muchami, komarami, pszczołami i szerszeniami. Czy ze spojrzeniem w oczy im także powinniśmy  mieć problem? I czy możemy - ujmując rzecz moralnie - pić mleko, co jest przecież kradzieżą pokarmu małych cielaczków? A co z miodkiem, który kradniemy pszczołom? Jak będziemy mogli spojrzeć w oczy im, gdy w niebie zadadzą nam pytanie, dlaczego odebraliśmy im zapasy miodu?

 

Ale dość już złośliwości, bo sprawa jest naprawdę poważna. Otóż tak się składa, że takimi okładkami i debatami, jak ta w „Tygodniku Powszechnym” podważa i rozmowy się chrześcijańską antropologię. Ta ostatnia zawiera w sobie nie tylko uznanie, że ziemia powinna być - zgodnie ze słowami księgi Rodzaju - „poddana człowiekowi” (co nie oznacza, że możemy zrobić z nią wszystko), ale i istotną różnicę między człowiekiem a zwierzęciem (każdym). Jesteśmy kim innym, a dzieło zbawcze dokonało się przez Wcielenie w człowieka. Nie ma powodów, by przyjmować pochodzącą z ewolucjonistycznego darwinizmu uznania, że człowiek jest tylko jednym ze zwierząt, a przyznanie mu szczególnych praw to jedynie forma „szowinizmu gatunkowego”. Tego typu myślenie narusza fundamenty ontyczne chrześcijańskiego myślenia. I prowadzi nas w głąb darwinowskiego rozumienia człowieka, który niczym nie różni się od psa czy kota, kury czy krowy. Istotnym błędem takiego myślenia jest także utrata dostrzeżenia tego, czym odróżnia się człowiek od zwierzęcia, na czym polega szczególna godność człowieka, która sprawia, że braćmi i siostrami mogą być dla nas ludzie, a nie kurki czy gąski, a grzechem czy zbrodnią jest zabicie człowieka i przygotowanie z niego steku, a nie jest nim zarżnięcie krowy, z której zrobimy stek.

 

Tomasz P. Terliikowski



Autor: Tomasz P. Terlikowski

Źródło: MalyDziennikpl

7:25 9 czerwca 2017







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie