Dobrzy ludzie też idą do piekła! A katolicy nie mają być „dobrymi ludźmi”

Fot. Tomasz P. Terlikowski
Uwielbiam to głębokie przekonanie ateistów i niewierzących, że katolicy są przekonani, że tylko oni są dobrymi ludźmi. I poszukiwanie autorytetów w Kościele, które to potwierdzą. Teraz został nim śp. ks. Jan Kaczkowski.



I dobrze, że został, bo to sprawa oczywista, że niewierzący mogą być dobrymi ludźmi. Kłopot z tą opinią jest tylko taki, że większość tych, którzy ją wyrażają, zdaje się zakładać, że bycie dobrym człowiekiem zbawia, że jeśli ktoś jest dobrym człowiekiem, to na pewno będzie zbawiony, i że w związku z tym jest zupełnie obojętne, czy jest wierzący czy nie.

 

Ale to nie ma nic wspólnego z Ewangelią czy chrześcijaństwem. „Bycie dobrym człowiekiem” to mieszczańska, zlaicyzowana, ateistyczna (a przynajmniej agnostyczna) wersja świętości, która opiera się na standardach danej epoki. Dobry człowiek to zatem ktoś, kto wypełnia standardową definicję moralności swoich czasów. Za królowej Wiktorii był więc purytański do bólu i przekonany o wielkości misji kolonizacyjnej Wielkiej Brytanii i o niższym statusie dzikusów. Teraz zapewne jest tolerancyjny, otwarty, akceptujący wszelkie wybory i głęboko wstydzi się kolonizacji. Wtedy potępiałby samotne matki, teraz oburzałby się na każdego, kto sugeruje, że rozwód jest szkodliwy dla dzieci. Jednym słowem sformułowanie „dobry człowiek” oznacza w istocie człowieka, który spełnia standardy swojej epoki. Nic więcej i nic mniej. Daleko stąd jeszcze do świętości. Daleko do pewności, że będziemy zbawieni, a nie zakończymy naszej drogi w piekle.

 

Bycie dobrym człowiekiem nie wystarcza bowiem do zbawienia. Człowiek nie może się zbawić sam. Ewangelia nie naucza, że Jezus ogląda nas i stwierdza: o to dobry gość, to go zbawię, ale że zbawienie dokonuje się przez mękę i śmierć Jezusa Chrystusa, przez przyjęcie ich z wiarą. „Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do sprawiedliwości, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia” - podkreśla św. Paweł w Liście do Rzymian. Poza Jezusem nie ma zbawienia, poza wiarą (która oczywiście owocuje uczynkami) nie ma zbawienia.

 

Zbawienie to jest nam ofiarowane. Nam grzesznikom, nam upadającym. Bez świadomości własnego grzechu (czyli właśnie tego, że nie jestem dobrym człowiekiem, fajnym facetem) nie ma chrześcijaństwa. Jezus nie jest potrzebny zdrowym, dobrym, porządnym ludziom. „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” - mówił Jezus. A chrześcijaństwo prowadzi nas stopniowo do odkrywania, że nikt z nas nie jest sprawiedliwy, dobry, pobożny. W każdym z nas jest grzech, nieczystość, faryzeizm, upadek. Bóg kocha nas właśnie takimi, ale my - aby stanąć w prawdzie o sobie - musimy uznać grzech. I spokojnie powiedzieć sobie, że nie jestem dobrym człowiekiem. To pierwszy, ale bardzo ważny krok. Krokiem drugim jest uświadomienie sobie, że powołani jesteśmy nie do bycia dobrymi, ale do świętości. A to zupełnie inna droga. Nie ma ona nic wspólnego ze standardami moralnymi mieszczaństwa, ale jest drogą, jaką zaplanował dla nas Bóg. 

 

Tomasz P. Terlikowski



Autor: Tomasz P. Terlikowski

Źródło: MalyDziennik.pl

9:50 29 marca 2017







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie