Czy wszyscy samobójcy idą do nieba? Niebezpieczne słowa o. Adama Szustaka

Nie mam fobii ojca Adama Szustaka. Ani pozytywnej, ani negatywnej. Nieczęsto go słucham, ale kiedy już mi się to zdarzy podziwiam jego ton. Czasem uważam, że stawiane przez niego tezy są przesadzone, ale nie na tyle, bym uważał, że trzeba z nimi polemizować. W przypadku nocnego vloga o samobójstwach jest jednak inaczej. Tu trzeba, łagodnie, ale jednak interweniować.



Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, ojciec Adam Szustak ze słusznych skądinąd założeń, wyciąga wnioski, których teologicznie czy filozoficznie obronić się nie da, a które - co gorsza - są niezmiernie szkodliwe pedagogicznie. A jakby tego było mało do budowania nieprawdziwych wniosków służą mu błędnie zinterpretowane słowa Katechizmu Kościoła Katolickiego.

 

Co takiego niedopuszczalnego jest w słowach o. Szustaka? Zacznijmy od tezy pierwszej (pomijam wstęp dotyczący tego, jak ciężkim grzechem jest samobójstwo), wedle której ogromna większość (jeśli nie wszystkie) osób popełniających samobójstwo znajduje się w stanie braku wolności i pełnej świadomości.

 

Oczywiście, jeśli mówimy o takiej sytuacji, w której mamy do czynienia z osobą chorą na depresję czy chorobę dwubiegunową trudno mówić o moralnej odpowiedzialności. Choroba ją znosi (co nie znaczy, że znosi odpowiedzialność za wszystkie inne decyzje, bo to bardziej skomplikowane). Inne sytuacje, zapętlenia, braku świadomości dobrego wyjścia itd., są już jednak o niebo bardziej skomplikowane i niejednoznaczne. Możemy przyjąć, że wolność czy świadomość jest ograniczona, pomniejszona, osłabiona, ale nie jesteśmy w stanie ocenić tego, w jakim stopniu. I czy rzeczywiście nie można tu już mówić o odpowiedzialności moralnej (nawet jeśli słabszej). Gdyby na poważnie przyjąć rozważania o. Szustaka, to w ogóle trudno mówić o pełnej wolności, a zatem pełnym grzechu. NIkt z nas nie funkcjonuje bowiem w całkowitej wolności, ani w pełnej świadomości.

 

Ale wracając do samobójstwa, owszem - za Katechizmem i za współczesną psychiatrią - możemy przyjąć, że samobójca znajduje się w stanie osłabionej świadomości, gigantycznego nacisku psychicznego, który osłabia jego wolę życia i sprawia, że wybór śmierci nie jest w pełni wolny, ale nie jesteśmy w stanie ocenić, bo taką wiedzę ma tylko Bóg, czy to rzeczywiście wyłącza czy nie wolność w pełni, czy jedynie częściowo? I czy rzeczywiście mamy do czynienia z czynem osoby całkowicie nie-wolnej, a zatem wolnej od odpowiedzialności? Możemy mieć nadzieję, możemy się modlić, możemy ufać, ale nie możemy powiedzieć, bo nie mamy ku temu danych, że „ogromna większość” albo nawet wszystkie osoby popełniające samobójstwo „pójdą do nieba”. To jest poza naszą wiedzą, naszą możliwością poznania. Od oceny czy czyn był wolny czy nie, czy popełniony był w zaćmionej okolicznościami świadomości czy nie, jest Pan Bóg, a nie sympatyczny skądinąd dominikanin (tak jak nie jestem od tego ja).

 

Ale idąc dalej - samobójstwo jest tylko czynem ostatnim, a sądzeni będziemy za całość naszego życia. I także dlatego teza o niebie dla wszystkich lub niemal wszystkich samobójców, jest… najdelikatniej rzecz ujmując nieuprawniona. Przyczyny, dla których człowiek znalazł się w takiej a nie innej sytuacji, która prowadzi go do samobójstwa, mogą leżeć po jego stronie, on może ponosić za nie odpowiedzialność, i mogły być one podejmowane w pełnej świadomości i wolności. I już tylko za to może on ponosić konsekwencje. Nie inaczej jest z wieloma innymi czynami, wyborami, decyzjami. I za nie człowiek także może odpowiadać. Nie nam sądzić, jak Bóg go oceni. Ale nie osądzanie oznacza nie tylko brak tezy, że pójdzie on do piekła, ale także brak twierdzenia, że na pewno pójdzie do nieba. To Kościół zawsze pozostawiał Bogu.

 

Nadinterpretacją wydaje się także sugestia o. Szustaka, że Kościół dopuszcza jakieś działanie miłosierdzia Bożego po śmierci. Dominikanin używa tu terminów nieostrych, nieprecyzyjnych, ale jednak sugeruje, że pomoc Bożego miłosierdzia nadejdzie jakoś po śmierci. A to jest niezgodne z nauczaniem Kościoła. Śmierć jest pewnym procesem, ale gdy ona następuje, gdy się dokona, to jest nieodwracalna i kończy możliwość nawrócenia. Nadzieja, na którą powołuje się Kościół dotyczy czasu przed śmiercią (niekiedy niezmiernie krótkiego, ale przecież czas nie ma dla Boga znaczenia), czasu czy momentu między decyzją - jej urzeczywistnieniem - a samą śmiercią. Wtedy Bóg może wkroczyć z ogniem miłosierdzia. My możemy mieć na to nadzieję, możemy się o to modlić, ale nie możemy mieć, co do tego pewności. Nadzieja, wiara w miłosierdzie nie może za łatwo, a tak - jak się zdaje - dzieje się w przypadku ojca Szustaka przekształcać się w niemal pewność. A już na pewno nie może prowadzić do wniosku, że PO śmierci (a nie w jej trakcie) możemy nadal podjąć decyzję o przyjęciu miłosierdzia. Gdyby tak było, to pytanie, dlaczego miałoby to dotyczyć tylko samobójców, a nie także innych?)

 

Niezależnie od wszelkich zastrzeżeń, trzeba też powiedzieć, że rozważania ojca Szustaka, są bardzo niewychowawcze, niepedagogiczne, utrudniają pracę psychiatrom i psychologom, bo – niezależnie od intencji dominikanina – usprawiedliwia samobójstwo. Lęk przed potępieniem nie jest może najważniejszym faktorem, ale jednak - co potwierdzają także pracownicy ośrodków psychiatrycznych - ma znaczenie dla osób mających myśli czy skłonności samobójcze. Ma on znaczenie także w przypadku nastolatków, którzy często - w chwiejnych emocjach, braku świadomości - podejmują absolutnie nieodwracalne decyzje. Człowiek o takiej charyzmie powinien o tym pamiętać, że ciekawe (choć moim zdaniem nieprawdziwe i przeinterpretowane) rozważania teologiczne mają także wymiar wychowawczy i mogą wpływać na decyzje ludzi. A w przypadku ludzi w depresji, chorych na chorobę dwubiegunową czy w tragicznej sytuacji mogą wpływać na nie inaczej niż chciałby tego ojciec Szustak.

 

Na koniec chciałbym też zaznaczyć, że nie twierdzę, że wszyscy samobójcy nie pójdą do nieba, że są oni skazani na piekło. To jest poza możliwością oceny kogokolwiek. Nie znamy sumienia, sytuacji, ograniczeń wolności, stanu zdrowia, ani ostatnich momentów życia samobójcy i nie możemy dokonywać takich ocen. Ale, tak jak nie możemy stwierdzić, że osoby te pójdą do piekła, tak nie wolno nam twierdzić, że wszystkie lub niemal wszystkie pójdą do nieba. To także pozostaje poza nasza możliwością oceny. I choć możemy mieć nadzieję, możemy się modlić, to nie wolno nam nadziei na miłosierdzie przekształcać w doktrynę. To bowiem jest zwyczajne oszukiwanie rodzin, bliskich, a także ludzi, którzy mają myśli samobójcze. I dlatego prosiłbym ojca Szustaka, by nieco przemyślał swoje opinie, a może także je zrewidował. Dla dobra tych setek tysięcy młodych ludzi, dla których jest niewątpliwie autorytetem.

 

Tomasz P. Terlikowski



Autor: Tomasz P. Terlikowski

Źródło: Mały Dziennik

11:38 17 stycznia 2017







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie