Abp M. Jędraszewski: Kościół nie może być zamknięty w murach kościołów!

Dialogi w katedrze
Młodzi kwestionują postawę swoich rodziców, którzy kilkanaście lat temu zdecydowali, że polskość to coś wstydliwego albo nieeuropejskiego, o czym należałoby wstydliwie zapomnieć. Kwestionują postawy swoich rodziców, nawiązując świadomie do swoich dziadków - mówi PAP abp Marek Jędraszewski, metropolita krakowski.



Artur Dmochowski: Ksiądz Arcybiskup jest od wielu już lat znaczącym głosem polskiego Kościoła, a teraz - w związku z objęciem stolicy Metropolii Krakowskiej - ten głos słychać jeszcze wyraźniej. Mam w związku z tym pytanie o diagnozę wiary Polaków - teraz, w XXI wieku. Czy np. dane statystyczne, mówiące o liczbach powołań, uczestnictwie we mszy świętej itd., stanowią powód do radości, czy raczej do obaw? Może zaczniemy od strony optymistycznej, od mocnych stron?

 

Abp. M. Jędraszewski: Powiem tak: te mocne strony na pewno są. Natomiast jeśli mówimy: coś jest dobre, mocne, czy też przeciwnie – złe, słabe, to to zawsze wynika z porównania z czymś innym. Otóż z porównania ze światem zewnętrznym, zwłaszcza z Europą Zachodnią, może wynikać pewien optymizm w ocenie sytuacji Kościoła w Polsce. W niektórych krajach, które miały korzenie tradycyjnie chrześcijańskie, możemy bez trudu dostrzec objawy potężnego kryzysu. Tymczasem patrząc na dane statystyczne, można nawet powiedzieć, że jesteśmy zieloną wyspą.

 

Natomiast dostrzegając w Kościele katolickim w Polsce pewną dynamikę zmian w perspektywie kilkunastu minionych lat, np. patrząc na liczbę osób uczestniczących w mszach św., liczbę powołań, a najbardziej chyba dramatyczna zmiana dotyczy powołań do zakonów żeńskich, to aż tak wielkich powodów do radości nie mamy. W tym roku szczególnie znamienne będzie to, ilu młodych wstąpi do seminariów duchownych, bo za tym będzie się kryła odpowiedź na pytanie, na ile zaistniał tzw. efekt Franciszka, a zwłaszcza efekt Światowych Dni Młodzieży.

 

Niektórzy sądzą, że po tych naprawdę wspaniałych dniach z zeszłego roku będziemy mieli boom powołaniowy. Ja nie jestem takim optymistą, choć chciałbym bardzo się mylić, bo niewątpliwie to, czego mogliśmy doświadczyć rok temu, to obraz Polski młodej, wspaniałej, ogromnie gościnnej, cieszącej się swoją przynależnością do Kościoła i odkrywającej nagle, że to, co przeżywaliśmy podczas Światowych Dni Młodzieży: najpierw w diecezjach całego kraju, a następnie w Krakowie, jest ogromnym zaskoczeniem dla młodych pochodzących z innych krajów. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Francji mówił mi np., że u nich byłoby to po prostu niemożliwe. Nawet noszenie krzyżyka na piersiach powoduje zarzuty o nietolerancję, czy o nieuznawanie tzw. wartości europejskich, czyli ich francuskich, republikańskich. Natomiast to, co się działo w Polsce w ramach ŚDM, ludzie decydujący o obrazie kulturowym tamtych krajów określiliby jako stojące na granicy śmieszności, fanatyzmu albo wręcz nienormalności. Tymczasem w rzeczywistości stało się przecież coś dobrego i pięknego. Widzieliśmy piękną Polskę. Ale wiem jednocześnie, że to nie była i nie jest, niestety, cała Polska.

 

A.D.: Czyli efekty, które zobaczymy, pokażą, jaka jest rzeczywista sytuacja Kościoła i stan wiary?

 

ABP: Tak, bo oprócz tej Polski, która była wtedy z papieżem, jest też i taka, która ulega temu, co sączą nieustannie niektóre media. Tymczasem to właśnie w nich, szczególnie w tych najnowszych, internetowych, toczy się życie młodych. Dla starszych ten świat jest często daleki, nawet niezrozumiały. Na pewno moje pokolenie nie do końca potrafi docenić jego wagę, choć wiemy, że znaczenie nowych środków komunikacji jest ogromne.

 

A.D.: Tego dotyczy moje kolejne pytanie: Kościół a media. Przeciętny Polak spędza przed ekranem telewizora, komputera czy smartfona ponad 4,5 godziny dziennie. A w kościele raz na tydzień słucha 20-minutowej homilii…

 

ABP: Jest pan optymistą, gdy mówi o tych 20 minutach słuchania…

 

A.D.: Ksiądz Arcybiskup poświęcił jeden ze swych listów pasterskich, jeszcze na poprzedniej stolicy biskupiej, w Łodzi mediom i potrzebie życia w prawdzie.

 

ABP: To chyba była pierwsza rzecz, którą napisałem.

 

A.D.: To był wtedy, kilka lat temu, bardzo ważny głos w debacie nad stanem kraju. Myślę, że ten list jest również teraz aktualny, gdyż pomimo wielu zmian, które się dokonują od dwóch lat, mamy nadal do czynienia z masową obecnością kłamstwa i manipulacji w życiu publicznym i w mediach, co prowadzi do pogłębiania podziałów między Polakami. Coraz nam trudniej ze sobą rozmawiać, nawet rodziny są czasami podzielone. To w oczywisty sposób osłabia Polskę. Jakie mogą być skutki takich działań na dłuższą metę?

 

ABP: Jeżeli człowiek lub jakaś część społeczeństwa ucieka od tego najbardziej podstawowego kryterium spotkania, jakim jest prawda i lekceważy jej wspólne, uczciwe poszukiwanie, to musi z tym się wiązać postępująca destrukcja. Jeżeli dyskurs polityczny, ale także społeczny, również medialny, odbywa się przede wszystkim na poziomie emocji, przekrzykiwania się i obrażania innych, to co to za dyskurs? Gdzie próba zrozumienia siebie nawzajem?

 

Mówi się często o dialogu - to takie modne słowo-wytrych - a to przecież żaden dialog. To raczej obraza dialogu w klasycznym rozumieniu tego, czym powinien on być: dia-logos, czyli spotkanie się poprzez słowo. A my tutaj się nie spotykamy, tylko dzielimy. Albo jesteśmy dzieleni.

 

A.D.: Czym to może grozić społeczeństwu i państwu?

 

ABP: Destrukcją. Z tym wiąże się pytanie: czy jest to destrukcja będąca winą tylko nas samych, Polaków, o których zbyt łatwo się mówi, że z samej swej natury nie potrafimy się porozumieć, tylko się kłócimy?

 

Warto się w tym kontekście zastanowić, czy inspiracje do tego, żebyśmy byli coraz bardziej i głębiej podzieleni, pochodzą od samych tylko niektórych liderów polskiej rzeczywistości? I czy w tej globalnej wiosce, w jakiej się znajdujemy i w sytuacji geopolitycznej, od której przecież uciec nie można, nie trzeba brać pod uwagę tego, że jest wiele ośrodków dla których silna Polska nie jest rzeczą mile widzianą.

 

A.D.: Czy jesteśmy bezradni wobec tych wpływów, czy też są jakieś kroki, które można podjąć?

 

ABP: Na szczęcie nie jesteśmy bezkształtną masą, którą można dowolnie manipulować. A że tak naprawdę jest świadczy chociażby to, że Kościół w Polsce jest w miarę żywotny. Proszę przy tym zwrócić uwagę na fakt, że ataki na Kościół w Polsce nie są bynajmniej wymysłem ostatnich lat. Jest to rzeczywistość, z którą przyszło się nam zmierzyć – i to w wymiarze prawdziwie dramatycznym – już od początku II wojny światowej. Różne były oczywiście ośrodki, które uderzając w Kościół chciały dokonać anihilacji - i narodu i państwa i społeczeństwa polskiego. Od 1939 roku upłynęło już jednak wiele dziesięcioleci i jakoś się ostaliśmy. Jest zatem ciągle w nas, Polakach, jakaś przedziwna zdolność do tego, żeby nie dać się do końca pokonać. Mam nadzieję, że tak będzie dalej.

 

A.D.: Czy jednak dzisiejsze metody manipulacji nie są nieporównywalnie bardziej skuteczne niż kiedyś?

 

ABP: Bez wątpienia tak. Natomiast powinien budzić niepokój fakt, że przeciętny Polak jest z jednej strony, tak bardzo otwarty na media, na to wszystko, co z nich codziennie płynie przez wiele, wiele godzin, a odtrutką na to, z drugiej strony, jest – optymistycznie patrząc – najwyżej 20 minut niedzielnej homilii. Natomiast ogromną siłę dostrzegam w różańcu. Jeśli bowiem przeciętny Polak będzie codziennie odmawiał jedną jego dziesiątkę, a daj Boże, całą cząstkę, to przez około 10-20 minut dziennie będzie żył Ewangelią. Rozważanie życia Pana Jezusa z Matką Bożą jest naprawdę kolosalną odtrutką na falę kłamstw i próby uczynienia z nas powolnej na wszystko masy. Właśnie w Ewangelii jest potęga prawdy i miłości z niej wynikającej.

Zatem z tego punktu widzenia, czysto socjologicznego i statystycznego, licząc te godziny i minuty, można lepiej zrozumieć fakt, że ostatnie objawienia Matki Bożej wiążą się z wezwaniami do modlitwy różańcowej, która ma nam pomóc i nas ocalić. Ja w tym widzę naprawdę wielką siłę. Mówię tu także o swym osobistym doświadczeniu.

 

A.D.: Chciałbym spytać o problematykę dotyczącą kontaktu między Kościołem a narodem i państwem, o obecność Kościoła i chrześcijan w życiu kraju. Spotykamy się tutaj z dwiema postawami. Są tacy, którzy mówią, że wiara ma się zamykać w murach kościołów…

 

ABP: Tak, najlepiej w kruchcie i zakrystii…

 

A.D.: Natomiast drugi punkt widzenia dostrzega prawo Kościoła i chrześcijan do udziału także w życiu społeczeństwa w rozmaitych jego wymiarach. Jak Ksiądz Arcybiskup widzi tę sprawę?

 

ABP: Odpowiem tak: lansuje się od jakiegoś czasu w niektórych mediach wizję tzw. Kościoła otwartego. A tymczasem Kościół jest otwarty od czasów Wieczernika i wychodzi on na świat ze swoim programem. Bynajmniej nie jest on programem dewocji, która ma się zamknąć w zakrystii, mówiąc językiem współczesnych sloganów.

 

To jest pewien program życia. Proszę popatrzeć na pierwszych chrześcijan. Od nich poganie, przywódcy największego wówczas państwa, Imperium Rzymskiego, domagali się rzeczy drobnej, mało znaczącej: złożenia jednego ziarenka kadzidła przed pomnikiem cesarza.

 

A.D.: Wystarczyło, by oddali symboliczny hołd i byliby wolni. Zwykła formalność…

 

ABP: I nic więcej właściwie się z tym nie wiązało, bo sami Rzymianie mieli przecież daleko idący dystans do swoich panteonów. Co więcej, myślę, że zabijając co jakiś czas kolejnych cesarzy, którzy żądali dla siebie tytułu „boski” – a przewrotów pałacowych i zamachów na życie władców w historii cesarstwa rzymskiego było, jak wiadomo, niemało – tak bardzo ich boskością się nie przejmowali. Byli realistami, jak sądzę, aż do bólu. A jednak zależało im na tym ziarenku kadzidła. Tymczasem chrześcijanie mówili: dla tego ziarenka, a dokładniej, dla odmowy złożenia tego ziarenka, warto iść drogą męczeństwa...

 

A.D.: Warto oddać życie...

 

ABP: I to okazało się ich siłą. Nie chcieli wchodzić wprost w jakieś dyskursy czy walki polityczne. Jednakże świat pogański zażądał od nich pewnych decyzji, które można było także interpretować w kategoriach politycznych. I oni na to wyzwanie odpowiedzieli. Nie wycofali się do zakrystii, mówiąc: „Ach, tutaj mogę rzucić to ziarenko, ale tam spotkamy się w naszej gminie, w katakumbach i wszystko będzie dobrze”.

 

Myślę, że patrząc na różne postawy dzisiaj narzucane, wtłaczane czy czasem rzeczywiście wynikające z własnych przekonań można odnieść wrażenie, że ci, którzy by chcieli nas do zakrystii zamknąć, nie rozumieją, czym jest Kościół. Oni go traktują jako jedną z wielu instytucji tego świata, działających według jego reguł. Ponieważ nie dla wszystkich chrześcijaństwo jest wygodne, to usiłuje się zminimalizować jego zasięg społeczny. Tymczasem Kościół z natury jest misyjny, więc musi głosić Chrystusa. Co więcej, mając swą naukę społeczną, uważa, że ma prawo zabierać głos w ważnych sprawach politycznych, ekonomicznych i tych wszystkich, które dotyczą życia społecznego. Dlatego właśnie jest głosem sumienia i niekiedy sprzeciwu.

 

A.D.: Zgadzam się, że głos Kościoła wydaje się potrzebny i w pełni uprawniony przy rozmowie o takich problemach, jak niesprawiedliwość, krzywda społeczna, korupcja, bieda czy emigracja. A konkretnie: mamy rok 2017, okres przełomu, gdy w Polsce dokonują się głębokie zmiany na rozmaitych polach: w polityce, czy gospodarce. Czy w takiej sytuacji Kościół powinien dawać wskazówki wiernym, które decyzje i programy są lepsze, a które gorsze? Czy powinien tutaj dokonywać ocen?

 

ABP: W jakiejś mierze tak i w jakiejś mierze nie. Tak – dlatego że musi na tę rzeczywistość społeczną, polityczną, ekonomiczną i wszelką inną patrzeć w kategoriach Ewangelii.

 

A.D.: To oczywiste, że Kościół stosuje to właśnie kryterium do oceny, które działania czy plany są bliższe, a które dalsze od jego nauki.

 

ABP: Jednakże trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że dla wielu osób wystarczy, jeśli w swym nauczaniu Kościół nakreśli w sposób dość ogólny kryteria, jakimi należy się kierować wobec pewnych zjawisk społecznych czy politycznych. Będą jednak również takie osoby, które będą pytały: „Jak mam się w tej konkretnej sytuacji zachować?”. To, oczywiście, sytuacja bardzo delikatna, zwłaszcza w sytuacji przedwyborczej, kiedy wiele organizacji i partii chciałoby szukać w Kościele wsparcia dla siebie, a przynajmniej jego neutralności.

 

Jakoś ich rozumiem, bo każdy szuka dla siebie poparcia, ale to jest ich gra. Natomiast jasną jest rzeczą, że jeśli Kościół głosi pewne zasady i wymaga pewnej spójnej postawy, czyli całościowego spojrzenia na życie w kategoriach Ewangelii, to jedne rozwiązania czy programy polityczne, a także społeczne, są bliższe Ewangelii, inne są dalsze, a jeszcze inne wręcz wobec niej wrogie.

 

A.D.: A konkretnie: prezydent ogłosił niedawno, że rozpoczyna debatę nad projektem nowej konstytucji. Czy to jest sprawa, w której Kościół powinien zabrać głos?

 

ABP: Myślę, że jeszcze nie na tym etapie. Jak rozumiem, jest to inicjatywa pana prezydenta, która ma pobudzić ludzi do pewnej aktywności politycznej, w dobrym rozumieniu tego słowa. Chodzi o to, aby sam naród zdecydował wstępnie, jaki typ struktury politycznej państwa powinien u nas zaistnieć. Mówiąc w pewnym skrócie, czy to miałby być system bardziej prezydencki, jak np. we Francji czy Stanach Zjednoczonych, czy bardziej parlamentarno-gabinetowy. Czy tu jest miejsce na to, żeby Kościół się wypowiadał? Wydaje mi się, że nie.

 

Natomiast będzie bardzo ważne, czy w tym zarysie konstytucji, w możliwych jej wariantach, będzie miejsce np. na preambułę z Bogiem – czy bez Niego. Tu niewątpliwie jest akurat miejsce na to, żeby Kościół zabrał głos, ponieważ otwiera się wymiar aksjologiczny. Odwołałbym się w tym miejscu do tego, co czynił Jan Paweł II jako głowa Kościoła katolickiego, tocząc prawdziwą batalię o to, aby w preambule konstytucji Unii Europejskiej znalazło się odniesienie do Boga.

 

A.D.: Co się zresztą nie stało.

 

ABP: No tak, ale patrząc na konsekwencje tej decyzji, przychodzą na myśl słowa Dostojewskiego: „Jeśli Pana Boga nie ma, to wszystko wolno”. Bo okazuje się dzisiaj, na początku XXI wieku, że wszystko wolno. A nawet więcej – jeśli np. Polska nie chce zgodzić się na aborcję na życzenie, na małżeństwa homoseksualne itd., to jest piętnowana, ponieważ jakoby nie uznaje tzw. wartości europejskich. Nie byłoby tego problemu, gdyby w preambule znalazło się miejsce dla Boga.

 

A.D.: Jakie są źródła tego antykatolickiego czy antychrześcijańskiego stanowiska, źródła ataku na wiarę? Mieliśmy przecież także w Polsce polityków, którzy mówili, że nie będą klękać, były próby wprowadzenia konwencji genderowej etc. Jakie są źródła tej nieprzyjaznej wobec Kościoła atmosfery, która pojawiła się w niewielkiej może, ale dosyć agresywnej grupie?

 

ABP: Może nielicznej, jednak mającej ogromne wsparcie finansowe i medialne. Choć mówimy o ostatnich latach, o bieżącej dyskusji, jaka ma miejsce w Europie i na świecie, zwłaszcza w świecie zachodnim, to pojawienie się nurtu wyraźnie antychrześcijańskiego miało miejsce w dobie Oświecenia, czyli już w XVIII wieku. Wtedy to chrześcijaństwo zostało zakwestionowane w imię rozumu. Potem XIX wiek poszedł jeszcze dalej i stwierdził, że wystarczy materialistyczne i biologiczne spojrzenie na człowieka.

 

Tymczasem, jak bardzo celnie zauważył Leszek Kołakowski, religia odgrywa w życiu społecznym niezwykle ważną funkcję, którą powinni dostrzec i uznać również ludzie niewierzący. Warto przy tym zauważyć, że on sam nigdy nie zdeklarował się jako osoba związana z jakąś określona wspólnotą kościelną. Kołakowskiemu chodziło jedynie o czysto funkcjonalne spojrzenie na religię. Zauważył bowiem, że wykreślenie tego elementu z życia społecznego prowadzi po prostu do katastrofy. Jeszcze bardziej radykalnie wyraził to w eseju, który ukazał się trzy lata temu pt. „Jezus ośmieszony” („Jesus ridicule”). Ja przetłumaczyłbym ten tytuł raczej jako „Jezus Śmieszny”. Bo teza Kołakowskiego jest następująca: dzisiaj już nie dyskutuje się, czy prawdy zawarte w Ewangelii są dobre czy niedobre, słuszne czy niesłuszne. Do Ewangelii nie podchodzi się zatem, stosując kategorie moralne. Podchodzi się do niej z szyderstwem, twierdząc, że Chrystus ze swą Ewangelią jest po prostu śmieszny. Doszło już do tego, że z naszego dyskursu, ale także z myślenia o życiu społecznym usunięto kategorię prawdy obiektywnej. Są tylko rozmaite narracje. Właśnie przez niektóre z nich ośmiesza się chrześcijaństwo…

 

A.D.: Ponowoczesna płynność…

 

ABP: Tak, to właśnie coś takiego. Mamy post-prawdę i brak już w ogóle namysłu nad wartością prawdy w życiu społecznym. W jakiejś mierze wracamy zatem do pańskiego pytania – jeśli liczy się tylko to, co teraz, a tym, co teraz, jest tylko przyjemność, to kwestionuje się wszystko: własne człowieczeństwo, poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka, i za jego życie. Dlatego nawet pojęcie solidarności wydaje się zupełnie przebrzmiałe i właściwie godne już tylko tego, aby je wrzucić do lamusa, a jeszcze 40 czy 20 lat temu było to niezwykle nośne hasło. Dzisiaj już niemal nic z tego nie zostało. Jeśli tak dalej pójdzie, to naprawdę zmierzamy w stronę autodestrukcji.

 

A.D.: Jak temu przeciwdziałać? Co Kościół i wierni mogą zrobić, żeby do tego nie dopuścić?

 

ABP: Wrócę do tego, co staram się mówić już od wielu lat, nawiązując do nauczania Jana Pawła II – wizjonera, który nie patrzył na świat tylko w kategoriach tego, co teraz, lecz swym spojrzeniem sięgał bardzo daleko. Przewidując nowe niebezpieczeństwa, już wtedy wskazywał na odpowiedź, jaką musimy dać, żeby się ocalić: Jezus Chrystus. On jest kluczem do zrozumienia człowieka. Jeżeli z Nim złączymy swój los na dobre i na złe – często, niestety, narażając się na cierpienie – to wtedy się ocalimy. Nie ma właściwie innej odpowiedzi.

 

A.D.: Jak powinien być skierowany wysiłek duszpasterski Kościoła, by ta odpowiedź dotarła jak najszerzej?

 

ABP: Musimy iść w tym kierunku, żeby ludzie tę prawdę usłyszeli, zrozumieli, przyjęli i mieli jeszcze odwagę pod natchnieniami Ducha Świętego ją urzeczywistniać. Nie jest to łatwe, ale nie jest też beznadziejne. To po prostu jedyna racjonalna odpowiedź, tyle że wyrażona nie w kategoriach filozofii czy socjologii, ale religii.

 

A.D.: Na pewno nie jest to łatwe tym bardziej, że często się słyszy i w Kościele, i poza nim, że Kościół „ma słuchać ludzi”, co wydaje się stać w pewnej sprzeczności z nakazem ewangelicznym „Idźcie i nauczajcie”. Czy ta dychotomia myślenia utrudnia działanie Kościoła?

 

ABP: Kościół - myślę tutaj o hierarchii na różnych poziomach – powinien słuchać ludzi, to znaczy wsłuchiwać się w ich nadzieje, ale także w ich cierpienia, żeby nie dać się od nich oddzielić. Warto zwrócić uwagę na genialne słowa, którymi zaczyna się jeden z najważniejszych dokumentów Soboru Watykańskiego II „Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym. Gaudium et Spes”: „Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych”.

 

Czyli musimy się wsłuchiwać, bo jesteśmy, z jednej strony, w tym świecie, jednakże, z drugiej strony, nie z tego świata. To znaczy nasza nauka nie jest z tego świata - jest to przecież nauka Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, którą mamy głosić w porę i nie w porę, czy się komuś podoba, czy nie. Zatem mamy nauczać, zdając sobie sprawę, że jedni odpowiedzą tak, jak uczynili Grecy na Areopagu Ateńskim wobec Pawła: „Posłuchamy cię innym razem”, inni mogą wyśmiać, a jeszcze inni mogą podburzyć tłum i wygnać, ubiczować lub wrzucić do więzienia. Różne mogą być reakcje.

 

A.D.: Wydaje mi się, że mamy do czynienia z unikalnym doświadczeniem Kościoła polskiego, które wyróżnia się na tle całego świata, a Europy szczególnie. Widać wszak kontrast między tą zieloną wyspą Kościoła i resztą kontynentu. Czy te unikalne doświadczenia można jakoś przekazać innym i na czym polega ich istota?

 

ABP: Myślę, że tutaj znowu trzeba wrócić do Jana Pawła II. On prawdopodobnie ideę Światowych Dni Młodzieży zaczerpnął z polskiego doświadczenia, ponieważ zobaczył w tamtych czasach, czasach komunizmu, jak bardzo ważną rzeczą jest to, by młodzi ludzie mogli się spotkać i policzyć. On na pewno tego doświadczył, zwłaszcza podczas swej pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny w 1979 roku. Doświadczył wtedy siły narodu, który się policzył. I to sprawiło, że ludzie zaczęli podnosić głowy i przestali się bać.

 

Tym bardziej jest to potrzebne młodym, wrażliwym ludziom, ciągle szukającym siebie i swojego miejsca w społeczeństwie. To unikalne doświadczenie Jan Paweł II uczynił doświadczeniem całego Kościoła powszechnego, nawet wbrew swoim najbliższym współpracownikom w Watykanie, którzy uważali, że pomysł ŚDM absolutnie się nie uda. Wiadomo też np., z jakim sceptycyzmem do zorganizowania Światowych Dni Młodzieży w Paryżu podchodzili biskupi francuscy, którzy po prostu obawiali się u siebie klęski Kościoła. Tymczasem stało się zupełnie inaczej, i dostrzegamy znaczącą dynamikę obecności młodych z Francji na kolejnych Światowych Dniach – także rok temu w Polsce.

 

A.D.: A młodzi w Polsce? Jak można określić ich relację z Kościołem? Nadzieja czy kryzys? Były przecież niepokojące dane, gdy np. kilka lat temu co czwarty młody wyborca głosował na antychrześcijański Ruch Palikota...

 

ABP: Na pewno trzeba szukać nowych form spotkania z młodymi ludźmi. Oni żyją nie przez cztery, ale więcej godzin ze smartfonem czy też z innym urządzeniem komunikacji. Widzę tu pewien paradoks polegający na tym, że choć młodzi ludzie nieustannie są zasypywani rozmaitymi informacjami i obrazkami, to z drugiej strony są często bardzo samotni. W konsekwencji uciekają w narkotyki, alkohol, w samobójstwa. Czyli ten nawał informacji wcale nie przekłada się na jakość życia, na spełnienie ich oczekiwań, pragnień, czy marzeń. Prawdą jest, że pewna ich część dała się uwieść wspomnianemu przez pana owemu politykowi, ale on zszedł już ze sceny. Natomiast obecnie jest rzeczą znamienną, że znacząca część młodych ludzi odkrywa z pasją historię Polski i nią żyje. Odnajdują się w świecie wartości, który dla ich rodziców wydawał się już dawno przebrzmiały czy śmieszny, choć niekoniecznie dla ich dziadków. To coś fascynującego.

 

A.D.: Był taki trend w ostatnich latach odcinania się od historii. Pojawiały się publikacje i filmy, które zniekształcały obraz historii Polski…

 

ABP: Kazali nam się wstydzić naszej polskości…

 

A.D.: Komu i dlaczego może zależeć na pozbawianiu Polaków pamięci?

 

ABP: Dobre pytanie.

 

A.D.: Choć wydaje się to nielogiczne…

 

ABP: Nie – ja bym powiedział, że to bardzo logiczne! Wie pan, znów wracamy do tego, czy wszystkim zewnętrznym potęgom zależy na silnej Polsce. Myślę, że odpowiedź jest stosunkowo łatwa. Natomiast to pragnienie, by odkryć prawdę o Polsce, o swoich przodkach, także w wymiarze narodowym, jest fascynujące. Tego jeszcze kilka lat temu nie było. Nawiążę tu do tego, co usłyszałem, kiedy byłem w roku 2000 na Światowych Dniach Młodzieży w Rzymie. Wielu ich obserwatorów fascynowała ogromna liczba młodych: Włochów, Francuzów, Hiszpanów, czy Niemców, uczestniczących wtedy – a było tam 40 st. w cieniu. To było coś niewiarygodnego! I ten entuzjazm i radość… Według opinii, które pojawiały się wtedy w różnych włoskich stacjach radiowych, ci młodzi zakwestionowali wybory swoich rodziców, które wynikały z rewolucji 68 roku.

 

Myślę, że z analogicznym procesem mamy do czynienia dzisiaj w Polsce. Młodzi kwestionują postawę swoich rodziców, którzy kilkanaście lat temu zdecydowali, że polskość to coś wstydliwego albo nieeuropejskiego, o czym należałoby wstydliwie zapomnieć. Kwestionują postawy swoich rodziców, nawiązując świadomie do swoich dziadków. To fenomen, budzący ogromną nadzieję: mimo wszystko nie ulegli przecież „politycznej poprawności”.

 

A.D.: I to wydaje mi się bardzo dobrą puentą rozmowy. Choć trudno nie wspomnieć jeszcze o ks. Kazimierzu Sowie...

 

ABP: To dla Kościoła w Polsce bardzo obolały problem – i to od dłuższego już czasu. Rok temu upomniał go ks. kardynał Dziwisz. Sam osobiście spotkałem się z nim w końcu kwietnia, polecając mu zamknięcie jego działalności w Warszawie i powrót do własnej Archidiecezji, czyli do Krakowa, jeszcze w czerwcu. Forma i treść tego, co zostało utrwalone z jego rozmów w „Sowa i przyjaciele”, po prostu zawstydzają. Na pewno nie przejawiła się w tym z jego strony ani kapłańska miłość do Kościoła, ani też zatroskanie o to, by prawda Ewangelii mogła wybrzmieć w całym swym pięknie i w całej swej prawdzie. Było, niestety, wręcz przeciwnie. Jako biskup ks. Sowy wyrażam z tego powodu mojego głębokie ubolewanie.

 

Księże Arcybiskupie, dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiał Artur Dmochowski (PAP)



Autor: mm

Źródło: PAP

19:33 14 czerwca 2017







Video
Opinie
Polityka
Cywilizacja
Religia
Opinie